Ratuj Głuszca
mw

Kiedy przyszedł na świat tata spojrzał na jego miniaturowe wówczas dłonie i stwierdził: „Marcin to na pewno będzie grał na akordeonie!”. Dziś ten sam chłopak z Jeleniej Góry pije kawę z prezydentem, ożywia wnętrze Sali Kongresowej, a w wolnych chwilach jeździ na rolkach. Co zmieniło się po programie „Mam talent”? – Wreszcie się wysypiam, mówi.

Ana Miler: Taki sprzęt (red. akordeon) wymaga dobrej kondycji…

Marcin Wyrostek: – Dlatego cały czas staram się prowadzić aktywny tryb życia. Poranny bieg, prysznic i na Akademię Muzyczną do moich studentów.

Jeździsz też sporo na rolkach, grasz w piłkę, sporo jak na kogoś, kto większość czasu poświęca muzyce.

Często jeżdżę na rolkach. Jeszcze w liceum miałem taki czas skejtowy. Minął, ale rolki zostały do dzisiaj i – kiedy tylko jest możliwość staram się na nich jeździć. Przykładowo teraz wybierając się do Sopotu na festiwal „Top Trendy” na pewno zabiorę kółka ze sobą, bo są tam idealne promenady dla rolkarzy. Rolki to fajna sprawa, można uprawiać sport, a przy tym cieszyć się widokami. Tylko jak wiadomo jest jeden warunek: odpowiedni asfalt. W piłkę również gram na hali, kiedy jeździmy do Zabrza z ekipą z kopalni Wujek. Z tym, że piłka jest jednak sportem kontaktowym. Choć mnie osobiście nie spotkał żaden incydent to, co chwilę słyszę, że ktoś łapie kontuzję. Co innego, kiedy pracuje się w biurze, gdzie w każdej chwili ktoś może cię zastąpić. W moim przypadku kontuzja wyklucza całe życie sceniczne. Mnie nikt nie zastąpi na scenie, nikt nie wyjdzie i nie zagra za Marcina Wyrostka.

Sobowtór?

Przydałby się.

A więc ogłaszamy oficjalny casting na sobowtóra Marcina Wyrostka.

To mogłoby być ciekawe.

Jak zmieniło się Twoje życie po finale?

Jeżeli chodzi o kwestie muzyczną niewiele się zmieniło. Wcześniej współpracowałem z teatrem w Gliwicach, nadal też wykładam na Akademii Muzycznej. Zespół „Coloriage” również funkcjonował wcześniej, „Corazon „drugi mój skład „For People” w Krakowie, Asia Sowińska z Krakowa, z którą też grywałem, formacja „Farfarello” z Niemiec, która wiązała się z ciągłym koncertowaniem, próbami, audycjami szkolnymi dla dzieci, absorbowały mnie czasowo. Przez cały ten czas strasznie się katowałem, noce spędzałem w samochodzie, w trasach, na wyjazdach, w studiach.

Teraz również jeździmy, gramy koncerty pod tym kątem jest podobnie, zmieniła się za to ranga naszych działań. Dziś grywamy w Sali Kongresowej, o której kiedyś tylko słyszałem. Opera Narodowa, Teatr Wielki… nie wspominając o współpracy z Kayah, Ryszardem Rynkowskim czy Marylą Rodowicz na Festiwalu „Top Trendy”.

No i przede wszystkim częściej się wysypiam. To jest duży plus, bo moje zdrowie już dawało o sobie znać. Wylądowałem w szpitalu na dwa dni przed finałem. Wtedy też równolegle, nawet w trakcie „Mam Talent” przygotowywałem warsztaty, koncerty, wyjeżdżałem za granicę. Spałem po 2-3 godziny i to musiało się odbić na zdrowiu. Ale teraz mam ogromny komfort wysypiania się. Reasumując: prestiżowe koncerty, większe możliwości muzyczne to jest to, co wyniosłem z tego programu. Plus zakup nowego instrumentu, także diametralnie się nic nie zmieniło, jedynie nabrało rozpędu.

Wcześniej nie udzielałeś wywiadów

Oj, tu się akurat nie zgodzę… Zdarzały się sporadyczne wywiady, kiedy jeździłem na różne festiwale miałem wywiad m.in. w „Dzienniku Zachodnim”, „Polska Presse” w Katowicach, „Śląskim Informatorze Kulturalnym”, pamiętam też swój występ w telewizji, w jednym z programów. Na festiwalu w Opolu jeszcze przed „Mam Talent” z Asią Sowińską. Pojawiały się więc sporadyczne okazje. Coś zaiskrzyło i nic, coś zaiskrzyło i nic, no i wciąż próbowałem wskrzesić tę iskrę i w końcu się udało.

Czyli sukces był jedynie następstwem twojej ciężkiej pracy, a nie łutem szczęścia.

To była ogromna szansa, a ja staram się ją dzisiaj mądrze wykorzystać. Dużo wcześniej udało mi się zdobyć doświadczenie muzyczne, wyjazdy, wszystkie teatry, Akademia Muzyczna to wszystko mnie nauczyło takiego muzycznego rozwoju. Jednak to nie miałoby szansy istnienia gdyby wcześniej ktoś mnie nie usłyszał. Choć zupełnie przypadkowo wynikła sytuacja z programem, był to idealny moment na wzięcie udziału w „Mam Talent”. Patrząc z perspektywy czasu, gdyby odbyło się to 5 lat wcześniej pewnie bym tego nie wykorzystał, bo nie miałbym, co zaoferować, co zaprezentować samym sobą. Casting był tylko jednym z działań. Cały czas próbowałem, cały czas chciałem się gdzieś pokazywać, inwestowałem w siebie. Miałem nawet szalony wyjazd do Stanów gdzie udało mi się znaleźć sponsorów. Chodziłem po firmach, wysyłałem płyty, organizowałem spotkania, choć jak doleciałem to byłem tak wyczerpany, że nawet nie do końca orientowałem się, co się dzieje.

Potrafisz już wszystko?

Skąd! Cały czas próbuję sprostać swoim oczekiwaniom i nie potrafię. Z każdym dniem uświadamiam sobie jak wiele jeszcze przede mną.

Popularność?

To są miłe momenty, ktoś podchodzi, chce zrobić zdjęcie, wziąć autograf. Kiedy przyjechałem po finale do domu moi sąsiedzi, których bardzo słabo znałem przygotowali na miejscu mojego samochodu kartkę z napisem: „WITAMY ZWYCIĘZCĘ”. Ludzie, których praktycznie nie znałem, z którymi gdzieś tylko mijaliśmy się na korytarzu, ponieważ nigdy nie było okazji porozmawiać, przygotowali taką niespodziankę. Bardzo, bardzo sympatycznie. I nawet tolerują też to, że czasami gram w nocy, ale staram się to robić cicho. Ogólnie ludzie są naprawdę przyjaźnie nastawieni, pozytywnie to odbierają. Podobnie koledzy na uczelni mówią, że zwiększył się nabór do szkół do klasy akordeonu, więcej dzieci chce grać na tym instrumencie.

Rośnie nam pokolenie akordeonistów…

Zawsze namawiałem dzieci do grania, szczególnie tam gdzie brakło już miejsca do klasy fortepianu czy gitary. Stoi taki mały delikwent, który chce grać na instrumencie, ale nie ma miejsc, więc mu mówię: – Słuchaj, akordeon jest fajny, a on na to twardo: – Nie i kropka. Więc ja tu gram na akordeonie, mówię: „Zobacz, jaki fajny jest instrument” i on dopiero słysząc, jakie dźwięki potrafi wykrzesać z siebie akordeon zmienia zdanie.

Niektórzy ze środowiska muzycznego nie kryli oburzenia jakoby oczywistym było, że akordeon jest instrumentem koncertowym, ale wcale to nie jest takie oczywiste, ponieważ wiele osób traktowało i nadal traktuje go jako biesiadno – tramwajowo – uliczny instrument, a w rzeczywistości jest to narzędzie koncertowe i właśnie ten stereotyp chcemy obalić najbardziej.

Muzyka zawsze była obecna w Twoim domu, dziadek grał na liściu…

Rodzinnie to tato rozpoczął tę tradycję. Dziadek grał na liściu, na grzebieniu i innych przedmiotach. Były takie uroczystości rodzinne pamiętam, że kiedy przyjeżdżały wszystkie ciocie, cała rodzina – a na imieninach dziadka potrafiło być ze 40 osób – zawsze śpiewano, grano, a dziadek wykonywał przyśpiewki góralskie, tata zaś przygrywał na akordeonie.

Podobno już, kiedy się urodziłem tato spojrzał na moje dłonie i stwierdził: „Marcin będzie dobry na akordeonie!”(śmiech). Miałem 5-6 lat chodziłem po domu z mini akordeonem i grałem pierwsze dźwięki, w przedszkolu również pierwszy występ, już nie pamiętam, jaka piosenka, ale wiem, że ten instrument był w moim życiu od najmłodszych lat.

Potem przyszła szkoła muzyczna i konkursy. Poznawałem wielu wspaniałych ludzi, którzy mnie wspierali i pozwalali uwierzyć w siebie, m.in. profesora z Katowic, którego spotkałem w 1992 roku i dzięki któremu przyjechałem tu na Śląsk z Jeleniej Góry. Był przewodniczącym jury konkursu regionalnego i w dużym stopniu właśnie dzięki niemu jeździłem na kolejne konkursy, szersze ogólnopolskie, międzynarodowe. Słuchałem również nagrań studentów z Katowic, co było dla mnie wielką nobilitacją. Siedziałem w garażu i spisywałem nuty, co przerodziło się w czyste szaleństwo muzyczne, potem studia w Katowicach oczywiście.

To chyba niełatwy kawałek chleba?

Właściwie byłem na własnym rachunku już od 8 klasy podstawówki, już wtedy zarabiałem na akordeonie grając na różnych uroczystościach. Nawet miałem dosyć krótki epizod weselny. Potrafiłem się utrzymać, lecz nie były to wielkie sumy. Tato obiecał mi, że jeżeli coś uda mi się odłożyć to on dołoży mi drugie tyle i to było fajne, motywujące. Potem doszły studia, dojazdy na koncerty i był taki okres, że zatankowałem samochód, opłaciłem akademik i zostawało mi w kieszeni 8 złotych na cały tydzień, z tego musiałem wyżyć, co najmniej przez 5 dni. Potem jechałem znowu coś zarobić i nie był to czysty zysk, bo dochodziły koszty transportu, ubezpieczenie w samochodzie, telefon, więc znów mi zostawało 8 złotych. Pamiętam, że tak przez trzy tygodnie totalnie koczowałem i to był wybór va bank. Zawsze kierowałem się muzyką, nie zyskiem. Bardzo często grałem u jakichś ludzi, później zapomniałem podpisać umowę, więc oni nie mogli mi wypłacić wynagrodzenia, musiałem, więc jeździć z powrotem podpisywać te umowy, ale zawsze cieszyłem się, że to jakiś nieoczekiwany zastrzyk gotówki.

Nigdy też się nie nastawiałem na zysk, ale też nie można kierować się zasadą: „A nie będę o tym myślał to na pewno się uda”, bo to też nie jest tak. Zawsze gdzieś w podświadomości wiedziałem, że to się będzie zgadzało, bilans był zawsze taki, że miałem, co zjeść, za co dojechać na miejsce. Natomiast sam zysk nigdy nie był dla mnie priorytetem.

Słowem dobry z ciebie przedsiębiorca.

Dokładnie (śmiech). Mam wyjątkowo słaby zmysł do biznesu. Zawsze, kiedy się za coś zabierałem to więcej traciłem niż zyskiwałem. Począwszy od sytuacji, kiedy pożyczyłem od mamy wiaderko, wpadliśmy, bowiem na pomysł z chłopakami, że będziemy sprzedawali bez. I poszliśmy na cmentarz sprzedawać ten bez, wiaderko oczywiście rozwaliłem, trochę bzu sprzedaliśmy, ale kupiłem za to jakąś oranżadę, a byłem w końcu i tak zostałem na minusie. Tak mam do dzisiaj. Co się imam jakichś finansowych rzeczy to dokładam do biznesu. A że nie mam sumienia z kogoś zedrzeć to sprzedaję jeszcze taniej niż kupiłem, ale generalnie jakby nie było efekt końcowy zawsze jest na plus, więc nie przejmuję się tym tak bardzo.

Nie myślałeś nigdy o tym, żeby rzucić to wszystko w kąt, „wydorośleć” i pójść do „normalnej” etatowej pracy?

Miałem takie myśli właśnie w 2009 roku tuż przed finałem MT, kiedy przyszpiliły mnie sprawy szpitalne. W 2007 roku byłem o 20 kilo lżejszy i zaczynałem myśleć, że powinienem robić coś mniej wyczerpującego, coś co nie będzie kosztowało mnie tyle zdrowia. Byłem totalnie wyczerpany fizycznie i powiedziałem, że daję sobie spokój do końca roku, wieszam białą flagę i zajmę się czymś innym, bo tak, bo inaczej się nie da, no bo nie. Nigdy nie miałem bogatych rodziców, którzy by mi wszystko zapewnili, czy koneksji i kontaktów. Już myślałem, że po prostu się poddam z uwagi na to, żeby nieco dłużej pożyć i tak się to wszystko zmieniło.

Tuż przed metą…

Dokładnie.

Na szczęście miałeś wsparcie rodzinne, żona  rozumiała twoją pasję, a to duże szczęście mieć kogoś takiego.

Tak, miałem wsparcie rodzinne. Rodzina dopingowała mnie w moich działaniach, mój tato był zawsze zapatrzony w to, co robię. Moja żona Ala również pozytywnie, rozumiała i doceniała to, co robię. Z akordeonem tworzymy już rodzinę trzyosobową. Żonę poznałem w podstawówce, ponoć ona mnie upatrzyła na jakimś apelu, już wtedy brałem udział w akademiach i dziwnym zbiegiem okoliczności znaleźliśmy się w tej samej klasie liceum w Jeleniej Górze. No i potem były urodziny naszej wspólnej koleżanki i postanowiliśmy, że trzeba by razem kupić jej prezent i tak już zostało do dziś, że kupujemy wszystko wspólnie.

A jak to było z tą współpracą z Kayah?

Zapukałem do garderoby i zaoferowałem, że gdyby miała pomysł na użycie akordeonu w swoich aranżacjach to jestem do dyspozycji. Kasia powiedziała, że super. I tak znowu przypadkowo odbył się kolejny koncert, wieczór francuski firmy „Oceanic”, której Kayah jest ambasadorką i wspólnie z Dorota Suszyńska prezes firmy zaproponowała, że może wspólnie coś z Kayah wykonamy. W lutym zaprosiłem Kayah na nasz koncert i zaproponowałem, że może wspólnie coś zaaranżujemy z zespołem, no i Kayah powiedziała, że okej i tak się zaczęło. Później razem byliśmy na festiwalu w i potem rozmawialiśmy o wspólnej płycie, no i po nitce do kłębka…

Przypadek?

Myślę, że złożenie się kilku czynników. Gdybym nie poszedł do MT, nie nagrał wcześniej płyty w Radiu Katowice, nie zapukał do garderoby Kayah to by nic takiego się nie wydarzyło. Bardziej powiedziałbym, że proces przyczynowo- skutkowy. Jakimś działaniem prowokujesz kolejne działanie. Ale wiesz co? Kiedyś jak byłem w liceum to sobie marzyłem, żeby występować na takich festiwalach, choć wiedziałem, że z punktu teoretycznego nie jest to niemożliwe to z punktu widzenia praktycznego jest to niemożliwe.

Miałem podobne myśli jeszcze w czasach liceum czy na studiach i nie wiem, czym to jest spowodowane, być może podświadomie do tego dążyłem. Cały czas jeździłem, pokazywałem się, żeby zaistnieć. Byłem nawet na castingu do „Jaka to melodia”. Wszystkie te wyjazdy, ciągłe szarpanie się po to by to marzenie wreszcie się ziściło. Trochę byłem rozczarowany w tym 2009 roku, kiedy pomyślałem, że zmienię profesję. Było mi szkoda, że tyle lat, tyle wyrzeczeń i że się nie udało. Trudno, pomyślałem. Trzeba mieć również odwagę, żeby przyznać się do tego, że się nie udało, że podjęło się złą decyzję w życiu, ale jednak gdzieś tam, mimo że rezygnowałem to ciągle próbowałem do końca.

Lubisz uczyć?

Lubię uczyć, bo to też uczy, kiedy muszę coś komuś  wytłumaczyć najpierw sam dokonuję werbalizacji swoich myśli, żeby móc je możliwie najprościej i obrazowo przekazać. To odświeża świadomość. Słuchając studentów również dużo się uczysz.

Jak widzisz siebie za 10 lat? Albo, w jakiej scenerii chciałbyś się zobaczyć?

Chyba w takiej samej jak dzisiaj. Móc robić to, co robię teraz. Spełniać się muzycznie, prywatnie życiowo, wszystko idzie w fajnym kierunku. Kiedy idziesz do pracy, gdzie dostajesz pieniądze za coś, co nie daje ci satysfakcji, to w zasadzie sprzedajesz swoje życie. Najlepiej jest wtedy, kiedy możesz robić to, co kochasz najbardziej.

Komentarzy: 13 w artykule: ”Próbowałem wskrzesić tę iskrę i w końcu się udało – rozmowa z Marcinem Wyrostkiem”

  1. olga ka-ce pisze:

    Świetny! Cudowny wywiad!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  2. Krzych pisze:

    Człowiek niesamowicie utalentowany, trzymałem kciuki od samego początku pisałem sms-y wlaśnie na niego, super! Panie Marcinie oby tak dalej!

  3. Kasia i Tome pisze:

    SUUUUPEEEEER!!!!

  4. Kasia i Tome pisze:

    Świetny facet, skromny i autentyczny. Widać, że sodówka nie uderzyła mu do głowy co jest rzadkością gdy ktoś osiąga tak wielki sukces, ale widać też ile pracy włożył w swoją pracę, dzięki temu artykułowi mam motywację, żeby dalej pracować, niestety tylko w biurze ;D

  5. ewelina pisze:

    Trafiłam tu przez przypadek, uwielbiam Marcina Wyrostka, emanuje od niego ciepło i optymizm, a przy tym ogromny widać ma ogromny dystans do siebie.

  6. Kondrad pisze:

    juz sam fakt zrobienia w polsce kariery to duzo, a na akordeonie to juz prawdziwa sztuka

  7. agnieszka pisze:

    Szanuję go nie tylko jako artystę, ale i człowieka, widać że nie epatuje swoim sukcesem. Skromny, zna umiar.

  8. marynarz pisze:

    wkurza mnie ze wszyscy oceniaja czlowieka, jego jakby conajmniej go znali, a nie to co robi i jaka gra muzyke zallll ludziska zal.pl ;/////

  9. Brazilian body wave…

    so i’ve any Brazilian body wave possible to enjoy there isn’t any do not like to assist you to will say in public so don’t be sure to take that will for boasting! definitely they are the most desirable Brazilian body wave sometimes! evryone i see te…

  10. vgffrfb pisze:

    vgffrfb…

    I adore this site – its so usefull and helpfull…

  11. standing scooter…

    I was so joyful when I finally received standing scooter! I’m still incredibly pleased with my standing scooter :)

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.