Ratuj Głuszca
MarekNiedzwiecki

W moim przypadku przepisem na sławę jest autentyczność, nigdy nie chciałem być ani Piotrem Kaczkowskim, ani Wojciechem Mannem, wyznaje.

Ana Miler: Warto podróżować PKP, ponieważ przy odrobinie szczęścia można trafić na pana.

Marek Niedźwiecki: – Tak, czasem podróżuję pociągiem, choć dziś o mały włos nie byłoby mnie w Katowicach z powodu blokady dróg w Warszawie przez strajkujących taksówkarzy. Obawiałem się, że nie będę miał, czym przyjechać na dworzec. Zwykle, gdy jadę pociągiem i ktoś mnie rozpoznaje to w przedziale tworzy się spotkanie autorskie na dobre dwie i pół godziny. Dziś akurat trafiłem na bardzo sympatyczne starsze małżeństwo, które jechało do Wiednia – był to pociąg z Warszawy do Wiednia – nawet miałem spokojną podróż, czytałem sobie książkę.

Co pan czyta?

Czytam taką książkę napisaną przez Polkę mieszkającą w Melbourne na temat Australii. Właściwie akcja toczy się w Australii. Autorka zapytała mnie kiedyś mailowo czy chciałbym przeczytać jej książkę i wypowiedzieć się na jej temat i teraz, jeżeli mam trochę wolnego czasu podczytuję lekturę. W pociągu dobrze się czyta, choć szybko dopada zmęczenie.

Książka o Australii to trochę jak lizanie lodów przez szybę.

Ach no oczywiście, ale staram się śledzić też właśnie takie rzeczy jak ta książka, to również kawałek Australii. Autorka opisuje wspomnienia i przygody związane z tym kontynentem, szczególnie swój przyjazd, ale też przyrodę, zwierzęta, ludność. Znajduje w niej wiele odniesień do moich wspomnień. Jak człowiek znajdzie się już tam, na miejscu wpada w to wszystko i ogarnia go to praktycznie z każdej strony.

Zliczył pan już swoje podróże do tego miejsca?

Jedenaście razy od 1995 roku, co daje wynik mniej więcej raz na dwa lata. Zostałem nawet ambasadorem wina Jacobs’s Creek. Zapytano mnie czy nie chciałbym zostać ambasadorem marki odparłem, że bardzo bym chciał, bo to jedno z lepszych australijskich win, dobra marka, więc nie ma żadnego wstydu, ale też mam bardzo dobre kontakty z ambasadą australijską. Zapraszają mnie na różne imprezy, niedawno podczas targów książki w Warszawie odwiedziłem również stanowisko australijskie.

Australia jest miejscem, do którego łatwo dotrzeć, szczególnie teraz. Parę lat temu należało jechać do ambasady po drugiej stronie Wisły i odstać swoje w kolejce, choć przyznaje miałem łatwiej, bo za którymś razem, gdy już załatwiałem formalności panie przy okienku rozpoznawały mnie. Ale w tej chwili wystarczy wejść na stronę ambasady australijskiej, wypełnić kwestionariusz i otrzymuje się wizę drogą online, nawet nie trzeba jechać do ambasady. Troszkę się bałem, ponieważ ta wiza jest przyznana wirtualnie, nie ma jej wklepanej do paszportu i obawiałem się, że kiedy będę przekraczał granicę ktoś powie: „No, ale gdzie wiza?”, ale przy odprawie wbili tylko moje nazwisko, przybili pieczątkę i dodali znajome:”WELCOME TO AUSTRALIA”. Daleko, rzeczywiście, ale już, kiedy trafi się na miejsce to sama radość.

Książka miała być o Australii…

Tak, książka miała być o Australii. Sam nigdy nie odważyłbym się, żeby napisać książki o sobie, autobiografii. To chyba jeszcze nie pora, nie czas na podsumowania, ale wydawca mnie namówił, ponieważ zagląda na mojego bloga zaproponował, że opublikujemy zdjęcia z podróży i przeniesiemy treść z bloga, gdyż spodobał mu się sposób, w jaki piszę. Jednak na blogu pisze się przecież w formie dziennika, a tu miała być forma zamknięta, dlatego zgodziłem się na przeniesienie zdjęć, ale tekst pisałem od podstaw. Wkrótce odezwał się do mnie wydawca i powiedział: „Wszystko fajnie, ale Australia musi poczekać, bo to, co pan pisze obok Australii, czyli o sobie jest dużo bardziej interesujące dla czytelników” i tak oto z Australii wzięła się książka o mnie, chociaż o Australii też trochę jest i o Indiach i innych podróżach, ale nieco mniej obszernie. Czytelnicy piszą, że książka jest krótka, ale wolę, żeby pisali, że za krótka niż za nudna. Nie jestem taki płodny jak Beata Pawlikowska, moja radiowa koleżanka, która wydaje kilkanaście książek rocznie. Ona była zaledwie raz w Australii i w dodatku jedynie kilka dni i wydała dwie książki o Australii i Tasmanii. Szczerze podziwiam i zazdroszczę, bo zliczając moje wszystkie pobyty na tym kontynencie – a łącznie przebywałem w nimi ponad rok – jeszcze nie napisałem książki o tym miejscu. Stąd właśnie próba napisania czegoś z nadzieją, że tym razem się uda.

„Nie wierzę w życie pozaradiowe”?

Ponieważ lubię bawić się słowem, tytuł – wymyślony zresztą przez wydawcę wygrzebany z archiwum mojego bloga – od razu przypadł mi do gustu. Publikacja jest stosunkowo krótka, ponieważ wydawcy zależało, aby pozycja ukazała się przed grudniowymi targami książki, a miałem zarezerwowany już lot do Indii i stanąłem przed faktem dokonanym jej ukończenia. Kilka zdjęć z Indii pochodzi właśnie z tego pobytu. Jeszcze po przyjeździe po opracowaniu udało się dorzucić kilka najnowszych fotografii i w ten sposób powstała całość. To niesamowite, bo wyszła pierwszego grudnia, a Empik podsumował ją jako bestseller w swojej kategorii. I to było niezwykłe, że dostałem zaproszenie na wręczanie nagród „Bestseller Empiku”, choć wcześniej powiedziałem do wydawcy, że nie jadę, bo na pewno nie dostanę żadnego wyróżnienia. Ale najbardziej cieszy mnie, że książka nie zalega gdzieś na kiermaszach i półkach z napisem: „Książki za darmo”, tylko sprzedała się i to bardzo miłe, że spotkała się z takim odbiorem, bo nie ma chyba nic gorszego, niż zrobienie czegoś, co ludziom jest niepotrzebne.

Patrząc chłodnym okiem jest pan przecież tylko spikerem radiowym. W Polsce mamy setki spikerów, ale chyba żaden nie zyskał, aż takiej popularności i estymy. Marek Niedźwiecki to marka wzbudzająca zaufanie, skąd ta sława, przecież nie zabiegał pan nigdy o nią w sposób szczególny?

Ale spiker radiowy to naprawdę bardzo fajny zawód, zresztą mój pierwszy. w 78 roku wygrałem konkurs na spikera w łódzkiej rozgłośni polskiego radia i tak się zaczęło. Teraz spikerów z prawdziwego zdarzenia już tak naprawdę coraz mniej. Parę lat temu spiker to był taki facet, czy też kobieta – ten zawód wykonywały kiedyś głównie kobiety m.in. Krysia Czubówna, Bożena Targosz, Agnieszka Rogińska, ale mężczyźni oczywiście też przykład: Janusz Szydłowski, to są najsłynniejsi polscy spikerzy – byłem takim małym spikerem w Łodzi, który zapowiadał: „Dzień dobry państwu, rozgłośnia radiowa w Łodzi na falach ultrakrótkich w paśmie – tu zmyślam – 50MhZ. Zapraszam państwa na program, na który składają się audycja Krystyny Pietranek, potem wiadomości To był dzień”, tak zaczynałem, trudno było się dostać do radia w latach 90. kiedy kończyłem studia, a wymarzyłem sobie, że będę pracował w radiu, więc to stanowisko było dla mnie prawdziwym wybawieniem. Potem zacząłem współpracować z „Jedynką”, z „Trójką”, a potem wprowadzono stan wojenny, po którym „Trójka” wracała na antenę i 82 rok to już jest lista.

Skąd się wzięła ta popularność? Przypadkiem. Może z tego, że sama lista przebojów zyskała ogromną popularność, lista, która jest moim drugim imieniem. Właśnie minęło 30 lat i ta audycja jest wciąż obecna na antenie. Kiedy słuchacze z okazji 50-lecia „Trójki” brali udział w plebiscycie na „33 najpopularniejsze audycje w historii radia” to wygrała lista przebojów, więc to jest dla mnie ogromna nobilitacja. Nie wygrała żadna inna kultowa audycja trójkowa chociażby „60 minut na godzinę” czy „Powtórka z rozrywki” tylko lista i to wszystko tak się skumulowało przez te 30 lat, a jeżeli robi się coś długo i w dodatku na antenie to pewnie ludzie to zapamiętują.

Nigdy się panu nie znudziło przychodzenie do radia?

Gdybym miał dosyć przestałbym to robić. Jestem już w tym wieku, że wielu rzeczy po prostu nie muszę. Miałem przejściowy epizod, kiedy zmieniłem stację radiową, ale nie polegało to na tym, że miałem dosyć „Trójki”, ale na tym, że sytuacja polityczna radia oraz to, kto nim kierował sprawiała, że czułem się niekomfortowo i to właśnie, co powiedziałem, mam już swoje lata i mogłem to zmienić, ale ponieważ to jest mój program, to jest moje życie i drugi dom przy nadarzającej się okazji wróciłem. Nie ma mowy o znudzeniu czy monotonii, dlatego, że w radiu każdy dzień jest inny. Niby w poniedziałki mam do południa, we wtorki nagrywam tonację w „M Premium”, środy mam trochę wolniejsze, czwartki mam tonację „Trójki”, w piątki mam „LP Trójka” albo listę, a tak naprawdę każdy z tych dni jest inny, bo codziennie mam spotkania z innymi ludźmi. Z artystami bądź też, no po prostu z ludźmi i nie mam takiego poczucia, że coś robię z musu. To wszystko polega raczej na pasji i fascynacji niż na tym, że to jest mój zawód siadam przy biurku i „odbębniam” swoje.

Przygotowuje się pan starannie do swoich audycji?

Właściwie już nie przygotowuję się do audycji tak jak przygotowywałem się wcześniej. Nie wyznaczam sobie, że tematem dzisiejszej audycji będzie coś takiego, czy innego. Zawsze zapraszam gości, teraz w sobotę będzie Dorota Miśkiewicz i przez pół godziny będę z nią rozmawiał, i grał jej piosenki i to również determinuje cały program. Nowości plus starocie, plus kalendarz muzyczny, plus to, jaka jest pogoda za oknem, plus to, że wychodzą nowe płyty. Także nie ma tak, że coś sobie notuję, piszę a potem z tego korzystam. Pierwszą piosenkę zawsze mam wymyśloną, ale też ją wymyślam intuicyjnie, a cała reszta musi się zadziać sama jak na fali, jeżeli mi się udaje jest okej, jeżeli nie myślę sobie, że następnym razem będzie lepiej i jakoś to płynie.

Czym jest osobowość radiowa?

Głos. Dlatego, że radio to przede wszystkim głos. Ludzie radia to są ludzie głosy.

Właściwego głosu i osobowości można się nauczyć?

Nie. To znaczy, oczywiście można poprawić parę rzeczy i cały czas uczymy się na własnych błędach. Czasami słuchacze piszą, że tak się nie mówi i niestety często muszę z tym zgodzić. Popełniam takie same błędy jak popełniamy my wszyscy, bo pewne naleciałości językowe wchodzą do języka, a ponieważ słyszę je w różnych mediach to zaczynam je sam popełniać. Osobowość to jest to, co się chce w radiu powiedzieć słuchaczowi. Głos można polepszyć albo pogorszyć. Przez te lata wydaje mi się, że mój nieco się obniżył, co jest akurat atutem, ale też nie dbam o niego w sposób szczególny. Ale głos to jest jedna z elementów, to coś, co się ma w środku jest chyba najistotniejsze.

Czyli co?

Chyba to, że jestem taki i nikogo nie udaję. Jeżeli udało mi się to przenieść na antenę i pisać coś na blogu czy mówić na antenie i ludzie to akceptują i chcą mnie słuchać, co tydzień to chyba to jest ta osobowość radiowa. Autentyczność. Nie wolno nikogo udawać. Nie chciałem być nigdy ani Piotrem Kaczkowskim, ani Wojciechem Mannem. Nie wiedziałem jak będzie to u mnie, ale wyszło tak jak jest i myślę, że osobowość radiowa przejawia się tym, że my jako odbiorcy chcemy włączać radio, żeby usłyszeć swojego prezentera.

Plany na najbliższy czas?

Nie mam planów. Właśnie ostatnio widziałem w telewizji, Kazika kiedy mówił, że po depresji, którą kiedyś przechodził, a ma swojego psychologa trenera i ten mu powiedział, że nie wolno planować na więcej niż na tydzień. I to mi się strasznie spodobało. Ja mam tylko ten tydzień zaplanowany.

Jak się to ma do zalecanego przez coachów wyznaczania długoterminowych celów?

Tak oczywiście wiem, że w styczniu 2013 po raz dwunasty polecę do Australii, chociaż zawsze po powrocie mówię, że to był ostatni raz, bo podróż jest długa i męcząca, ale potem zapominam i znów ciągnie mnie w tamte rejony. Ale nie mam takich planów, które wyznaczałyby, co jeszcze chciałbym zrobić w radiu. Chcę żyć takim normalnym, zwyczajnym życiem codziennym, bo to mi się bardzo podoba, więc nie wyznaczam sobie, to znaczy oczywiście teraz będzie Opole, a potem jeszcze parę innych rzeczy, ale teraz po tych obchodach 30-lecia trójki będę się starał wyciszać, ponieważ nie jestem człowiekiem mediów, takim, który musi przyjść na każde spotkanie, dać się zaprosić w każdej telewizji. Raczej od tego uciekam.

Ostatnio dostałem wpierdy od słuchacza, który powiedział, że należałoby mnie tam zakopać pod tym drzewem, bo mają już dosyć tego Niedźwieckiego. No, ale chyba nigdy nie ma tak, żeby zawsze było dobrze.

Komentarzy: 3 w artykule: ”Nikogo nie udaję mówi Marek Niedźwiecki w rozmowie z Aną Miler”

  1. Grazyna pisze:

    PAmiętam jeszcze, że jak byłam dzieckiem zawsze leciała u nas Trójka. Głos Pana Marka jest dla mnie niesamowitym powrotem do przeszłości…

  2. Olek pisze:

    Bardzo szanuję pana Marka, ciekawy wywiad

  3. monika (slaskie) pisze:

    ciekawy, ale krótki

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.