Ratuj Głuszca
laos

Po wyprawie przychodzi czas wypoczynku a potem pojawia się to zwodnicze kuszenie gdzieś z tyłu głowy „Byłeś tu, może pojedź tam”. Po trzymiesięcznych przeprawach w najdziksze regiony świata mówi, że najchętniej wraca do domu, do Polski, ale na krótko, bo potem znów ciągnie go w górzyste rejony Ziemi, egzotyczne miasta… W podróże te małe i duże zgodził się zabrać nas globtroter, autor projektu „Azymut Wschód”, człowiek niesłychany – Łukasz Czabanowski.

Co by Pan poradził ludziom, którzy chcieliby z dnia na dzień rzucić wszystko i wyruszyć w świat, ale boją się, że rodzina, praca, że obyczaj…

Powiedziałbym, że już tam są – że wchodzą na zardzewiałą wieżę otoczoną wapiennymi skałami porośniętymi dżunglą w Ha Long Bay w Wietnamie, obserwują monstrualne Kanadyjskie ciężarówki sunące po równinach Saskachewanu, słuchają muezinów nawołujących o poranku do modlitwy siedząc na wzgórzach Arbel przy jeziorze Genezaret, bądź dyszą ciężko na szczycie Elbrusa trzymając czekan w przemarzniętej dłoni. Patetyczne? Być może, ale to kwestia podjęcia jednej decyzji. Nigdy nie będzie dobrego momentu by wyjechać. Zróbmy, więc rachunek sumienia i pomyślmy czy trzymające nas w domu sprawy są istotniejsze niż marzenie. Jeżeli odpowiedź brzmi „nie” znaczy to, że szukamy wymówek a ograniczeni jesteśmy jedynie własną wolą. Im dłużej zwlekamy z podjęciem decyzji, tym bardziej będziemy się wahać. Ustalmy konkretny termin wyjazdu, może być odległy i nierealny. Niech będzie to perspektywa roku lub dwóch lat. Da nam to motywacje do działania z jednej strony a z drugiej przyniesie ulgę, że jeszcze zostało sporo czasu. Psychicznie przestawimy się z pytania „czy jechać” na pytanie „jak to zorganizować”. Rzadko kiedy nadchodzi taki moment jak w przypadku górnika Mieczysława Bieńka, który został pozbawiony pracy w kopalni i było impulsem do rozpoczęcia odysei. Najczęściej to kompromis pomiędzy chęciami a obowiązkami. A jeżeli ktoś nadal ma wątpliwości niech weźmie kilka dni urlopu i przyjedzie na jeden z festiwali podróżniczych. Wierzcie mi, że po kilku prezentacjach na gryfińskim „Włóczykiju” żaden pomysł nie wydaje się zbyt szalony czy nierealny.

Jak zaczęła się przygoda z podróżowaniem, czy to był impuls, czy długoterminowy plan na życie?

Nigdy nie czułem narastającej potrzeby podróżowania, nigdy o tym nie myślałem i nie planowałem. Po prostu się wydarzyło. W piątek, jedenaście lat temu, kolega Bartek zadzwonił do mnie z propozycją wyjazdu w jeszcze dzikie wówczas, ukraińskie Gorgany. Przez weekend rodzice kupili mi plecak, trochę wyposażenia i pojechałem. W pociągu Bartek oznajmił, że nie wziął namiotu, tylko pałatkę. W ten sposób wylądowałem na gołoborzach, przykryty płachtą w deszczową noc, wsłuchując się w odgłosy burzy i modląc się o przetrwanie do następnego dnia. Widocznie za bardzo wówczas grzmiało i padało, bo od tamtej pory jeżdżę w poszukiwaniu słońca. Czasami przekornie, na daleką północ.

Podróże pociągiem, autostopem, rowerem, pieszo, nocleg pod namiotem – pisał Pan gdzieś na stronie, że pokój w hotelu jest zaprzeczeniem podróżowania.

Nigdy nie powiedziałem, że pokój hotelowy jest zaprzeczeniem podróżowania. Po prostu jest to środek, który w mojej filozofii stoi w opozycji do tego, czego chcę doświadczać. Definicja podróżnika jest elastyczna i w większości przypadków hotel jest jej składnikiem. Ja też z nich korzystam, choć w ostateczności. Są one na końcu mojej listy miejsc do spania, wykreślanej po przyjeździe do nowego miasta – tuż za okupowanymi przez backpaker’ów gościńcami. Zdarzało mi się też spać na dworcach kolejowych i autobusowych (np. w Moskwie), na trawnikach miejskich metropolii, dachach kamienic i w opuszczonych budynkach. Jednak trudno tak żyć w dłuższej perspektywie. Podczas gdy namiot króluje w plenerze, w miastach preferuję korzystanie z Couchsurfing i Hospitalityclub (internetowe strony zrzeszające osoby oferujące nocleg) nie dlatego, że są to sposoby darmowe, ale ze względu na niepowtarzalną okazję poznania tubylców. Kultury miejsca nie da się poczuć spędzając godziny w pomieszczeniach hotelowych. Są to puste wyspy, gdzie kontakt z prawdziwym życiem ogranicza się do scenek namalowanych na obrazach lub jedzenia, stylizowanego na lokalne. A przecież przeciętny mieszkaniec Warszawy czy Marakeszu nie kupuje codziennie rano jajecznicy w Radissonie podanej na białym obrusie, ale smaży ją u siebie w domu bądź je „na ulicy”.

Co obieżyświat zawsze ma przy sobie?

Wszystko, co chce, a raczej – na co mu pozwoli kilkunastokilogramowy plecak. Wiem, że jedna z doświadczonych osób zabiera na wyprawy himalajskie słoik z kiszonymi ogórkami! Pamiętajmy jednak, że najcenniejsze są rzeczy, które nic nie ważą – pozytywne nastawienie, uśmiech i wiarę w dobro ludzi. Tak wyposażeni możemy spokojnie jechać w najdalszą podróż. Brak przedmiotów i pieniędzy sprzyja kreatywnemu myśleniu i ułatwia poznanie mieszkańców. Ludzie z reguły cieszą się, gdy mogą pomóc. Nie martwmy się, więc tym, że zgubiliśmy telefon, bo prośba o wysłanie smsa może oznaczać nową znajomość, nie przejmujmy się zgubionym biletem lotniczym, bo ktoś może nam postawić przelot do domu (autentyczny przypadek!). Tylko teraz proszę nie gubić specjalnie swoich biletów…

Dojechał Pan m.in. do Maroko można powiedzieć, że za jeden uśmiech, bo częściowo autostopem, koszta prawie znikome, to dowód na to, że jak się chce to można wszystko…

To dawne czasy. Miałem wówczas parę złotych w kieszeni i nigdy nie jechałem autostopem. Namówili mnie znajomi, którzy byli doświadczeni w tego typu podróżowaniu. Wyciągnąłem kciuka i… zaczęły się dziać niesamowite rzeczy. Ciekawi ludzie, zakręcone przygody, mijane, księżycowe krajobrazy przy akompaniamencie muzyki puszczanej z charczącego radia… – od tego momentu autostop stał się dla mnie bardzo ważny. Nauczyłem się także, że los blefuje każąc czasem myśleć, że nikt się nie zatrzyma. Prędzej czy później, nawet na samochodowej pustyni znajdzie się osoba, która wie, o co chodzi w autostopie. Wszystko zależy od naszej determinacji.

Miesiąc temu na pace ciężarówki z kukurydzą, jadącą krętymi górskimi ścieżkami Laosu, poznałem Artema z Ukrainy i jego towarzyszkę podróży z Rosji. Mieli ze sobą 200 dolarów i na tamten dzień byli 7 miesięcy w drodze. Pieniądze zapewniały im jedynie pokrycie opłat za wizy a przejechali już: Ukrainę, Rosję, Chiny i dotarli aż do Azji południowo – wschodniej. Po takim spotkaniu uważam, że wcale tanio nie podróżuję…

I jeszcze jedno. Panuje przekonanie, że autostop jest powolny, że jak w książce dla dzieci z przygodami Dudusia, przejazd z Warszawy nad morze zajmie parę dni. To nieprawda. Rok temu byłem dwukrotnie w Amsterdamie – raz samolotem, raz autostopem. Zmierzyłem dokładnie czas – podróż autostopem zajęła mi godzinę więcej.

Przygoda, szybkość przemieszczania, poznanie ciekawych ludzi, znikome koszty – jaki inny środek transportu może wykazać się takimi cechami?

Są tacy, którzy całe życie potrafią przesiedzieć w mieście, w którym się wychowali i im dobrze, a innych wciąż gdzieś gna, muszą poznawać nowe miejsca, zdobywać szczyty, co motywuje Pana do podejmowania kolejnych wyzwań?

Żyję w otoczeniu przyjaciół, którzy podzielają moją pasję. Są swoistymi siewcami nowych idei i katalizatorami moich działań. Inspiracje rodzą się z pustki przestrzeni. Iskrą mogą być chociażby takie, żartobliwie słowa, rzucone kilkanaście lat temu podczas jednej z bieszczadzkich przechadzek „gdybyśmy weszli na Mount Blanc zimą, każda dziewczyna byłaby nasza!”. Zdawać by się mogło – cel nierealny i poza naszym zasięgiem. A tu proszę! Kilka lat później drepczemy sobie po wierzchołku najwyższej europejskiej góry! Wprawdzie żadna dziewczyna przez to nasza się nie stała, być może, dlatego, że zdobyliśmy szczyt latem, jednakże przygoda była pierwszorzędna. Po wyprawie przychodzi czas wypoczynku a potem pojawia się to zwodnicze kuszenie gdzieś z tyłu głowy „Byłeś tu, może pojedź tam”. Ja już pogodziłem się z myślą, że ulegam temu głosowi. Im szybciej zacznę przygotowania tym lepiej. Czy, to się nazywa ego?.

Czy osoba, która wydaje się obywatelem świata jest patriotą, czy lubi Pan wracać do domu, do Polski?

Obywatel świata… raczej przygodny gość obcych krajów. Nie ma lepszego uczucia, niż położyć się w swoim łóżku. Im podróż trudniejsza i dłuższa tym ten szczególny moment nabiera większej mocy. Moja przyjaciółka Zuzanna, z którą obecnie podróżuję po Indochinach zauważyła, że ciągle szukam analogii do polskiej rzeczywistości. Ale jak tu się nie cieszyć, gdy po 3 miesiącach tęsknoty za pieczywem przekracza się granicę tajsko – laotańską i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, można kupić bułkę z majonezem, pomidorami i szynką? Nigdy nie doceniamy tego, co mamy. Polacy są w tym wybitni. Narzekamy na drogi, na ceny, na zarobki, na poziom życia, ponieważ porównujemy się do Niemców, Anglików czy Holendrów. To najbogatsze narody świata, którym nie dane było zniknąć z map europy na 123 lata i do których nie dotarł komunizm. Pamiętajmy jednak, że większość krajów na świecie jest biedniejsza a ludziom żyje się statystycznie gorzej. W Birmie na ulicach wielkich miast ludzie kupują betel przy świeczkach, bo ulice są zaciemnione, na Zachodnim Brzegu martwią się czy wystarczy wody następnego dnia a w Laosie autobusy wjeżdżają do rzeki, bo nie ma niektórych mostów. Oczywiście to wybrane, choć nie skrajne przypadki, które pokazują, że można żyć w dużo gorszych warunkach. Według współczynnika HDI determinującego poziom życia zajmujemy 39 miejsce. To całkiem wysoko. Patrzmy na kraje zachodu i naśladujmy je, jeżeli ma to nam poprawić życie, ale zauważajmy też tą całą resztę świata. Może wówczas mniej będziemy narzekać i z większą przyjemnością wracać do własnego kraju.

Czy można się do Pana przyłączyć? 

Oczywiście, choć nie z dnia na dzień. Jeżeli ktoś nigdy nie spał w namiocie w zimę nie pojedzie na Subpolarny Ural. Furtka jest jednak otwarta i zawsze można dołączyć najpierw do jakiegoś mniejszego wyjazdu. Założyliśmy ze znajomymi nieformalną grupę Azymut Wschód. W tej chwili Iza bierze udział w wyprawie 3 peak trek w Nepalu a „Dziki” poszukuje chętnych na „Pik Lenina”. Nie jesteśmy jednak ekstremistami – nie interesują nas kolejne numerki w skali wspinaczkowej, ale wolność i przestrzeń w rozumieniu duchowym. Jeżeli po jednym wspólnym wyjeździe przyjdzie ochota na kolejne to zapraszamy!

Spragnionych przygód i większej ilości informacji na temat organizowanych wypraw zapraszamy na stronę http://azymutwschod.pl/

Z Łukaszem Czabanowskim rozmawiała Ana Miller

 

Komentarzy: 5 w artykule: ”„Byłeś tu, więc może pojedź tam” – Wywiad z obieżyświatem Łukaszem Czabanowskim”

  1. Jakub Kalski pisze:

    Słyszałem o tym projekcie, Dwa lata temy byłem w Indonezji u ludzi poznanych przez internet, przygoda życia polecam! Przyjaźnie zostają na bardzo długo, wrażenia też…

  2. olga pisze:

    Pięknie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  3. stonk@ pisze:

    a gdzie sie mozna przylaczyc?

  4. Ewunia pisze:

    kazdy marzy o podrozach, ale ludzi ktorzy naprawde rzucają wszystko i realizuja swoje marzenia jest niewielu, bo komu pozwala na to sytuacja? doczytalam do konca, chcialabym zrezygnowac ze wszystkiego z dnia na dzien i jak pan Łukasz wyjechać np. do Azji, ale co z tego skoro trzyma mnie na miejscu kredyt hipoteczny, male dzieci i wiecznie zapracowany maz? Mimo wszystko warto bylo pomarzyc, dziekuje za te 5 minut dookola swiata.

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.