Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Jest 40 minuta pierwszej połowy sobotniego meczu Anglia-USA na odbywających się mistrzostwach świata w RPA. Od 4. minuty Anglicy prowadzą po precyzyjnej akcji zespołowej i strzale Stevena Gerarda. Nagle na dość przypadkowy strzał w kilkunastu metrów zdecydował się Clint Dempsey. I dla Anglików stało się to, co mogło się przyśnić w najgorszym koszmarze. Doświadczony skądinąd bramkarz Robert Green wypuścił niemal trzymaną już w rękach piłkę, która wtoczyła się do bramki, ku uciesze samego strzelca i całej drużyny USA. Mecz zakończył się remisem 1:1, co można uznać za małą niespodziankę. Angielska prasa następnego dnia nie pozostawiła na nieszczęsnym golkiperze suchej nitki. Czy jednak tylko on jest winny
Czy atmosfera panująca na brytyjskich stadionach nie wpłynęła na ten i podobne błędy bramkarzy

 

Wiadomo, że na mistrzostwa świata jadą najlepsi z najlepszych. Twardzi i świetnie wyszkoleni piłkarze – zwłaszcza Anglicy ze swoim specyficznym stylem gry. Jednak najsłabszą stroną każdego zawodnika (i w ogóle człowieka) jest psychika. Mistrzostwa to ogromna presja widzów na całym świecie, a także rodzimych kibiców. Pozycja bramkarza jest chyba najbardziej na nią narażona, gdyż po każdym straconym golu instynktownie obwiniamy osobę strzegącą bramki. Szczególnie na wyspach presja na golkiperów jest ogromna. W jednej chwili z bożyszcza tłumów i bohatera mogą stać się najbardziej znienawidzoną i zniesławianą osobą. Doświadczyli tego m.in. nasi bramkarze występujący w Anglii. Jerzy Dudek po wygraniu z Liverpoolem Ligi Mistrzów (kiedy obronił dwa rzuty karne) przez moment był lokalnym bogiem – kibice zapomnieli mu wcześniejsze dość spektakularne błędy w meczach ligowych. Jednak ten stan nie trwał wiecznie. Po pewnym czasie znowu zaczęły przytrafiać mu się pomyłki i ostatecznie opuścił klub z Anfield Road, przenosząc się na piłkarską emeryturę do Madrytu. Pozytywnym przykładem wzrostu popularności i uwielbienia na Wyspach dla polskich bramkarzy jest Tomasz Kuszczak. Kilka lat temu w barwach West Bromwich Albion zaliczył bardzo udany sezon w angielskiej Championship (odpowiednik drugiej ligi). Jedna z jego efektownych parad bramkarskich została uznana w Anglii interwencją sezonu. Wkrótce dostał szansę w Premiership i do dziś (nie zawsze w podstawowym składzie) broni barw Manchesteru United.

 

W żadnej chyba lidze (poza, czasami, żywiołowymi włoską i hiszpańską) łaska kibica i mediów sportowych nie jeździ tak często „na pstrym koniu” jak w lidze angielskiej. W związku z tym bramkarze tam występujący muszą się cechować wybitną odpornością na stres. Często jednak nie wytrzymują panującej dookoła presji i popełniają dziecinne błędy w bardzo ważnych meczach. Mamy tu z jednej strony do czynienia z samospełniającą się przepowiednią – kibice i media sportowe cały czas wymagają najlepszej gry i piętnują najmniejsze nawet błędy. W związku z tym bardziej zestresowani i mniej odporni na nastroje kibiców bramkarze, zdając sobie z tego sprawę, podświadomie mylą się w bramce. To powoduje gniew i złość kibiców, które były tylko kwestią czasu. Z drugiej strony możemy mieć do czynienia z tzw. efektem audytorium, który polega na tym, że jeżeli nie mamy opanowanej do perfekcji jakiejś umiejętności, to świadomość wpatrzonych w nas dziesiątek, setek lub tym bardziej tysięcy oczu – paraliżuje nas i obniża jakość wykonania czynności. Tylko osoby o najwyższym poziomie mistrzostwa w danej dziedzinie są w stanie oprzeć się tremie i osądzającemu wzrokowi obserwatorów. Jak było w sobotnim meczu
Na to pytanie niech odpowie sobie każdy kibic (a także trener reprezentacji Anglii)…

 

Remigiusz Szczurek
psycholog, trener umiejętności biznesowych (a prywatnie kibic)
                
kontakt: psycholog@portal.hoga.pl 

 

Foto: PAP/EPA

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.