Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Po niedzielnej debacie prezydenckiej sztaby wyborcze Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego zgodnie twierdzą, że to ich kandydat wypadł lepiej – bardziej rzeczowo i wiarygodnie. Przyjrzyjmy się temu spotkaniu z trochę innej perspektywy. Jak kandydaci wykorzystali dostępny im arsenał środków z zakresu marketingu politycznego i psychologii perswazji
Rację mają eksperci, którzy twierdzą, że tegoroczny wybór będzie dotyczył w istocie podobnych programów i wizji polityki. Różnice odnoszą się jedynie do sfery emocji – sympatii lub jej braku wobec któregoś z pretendentów do fotela prezydenckiego. W tym aspekcie kluczowe znaczenie ma charakter kandydata, jego sposób bycia czy dotychczasowe zachowanie.

 

W niedzielę nie było inaczej. Kandydaci nie zrobili zbyt wiele, aby wypaść bardziej wyraziście na tle konkurenta. Odpowiadając na zadane pytania, wiele razy parafrazowali swoje wypowiedzi (mówili innymi słowami to samo). Unikali wyraźnych wypowiedzi światopoglądowych, nie chcąc rozdrażnić elektoratu Grzegorza Napieralskiego z pierwszej rundy i licząc na jego poparcie (B. Komorowski w kwestii in vitro – „Katolik sam musi decydować”; J. Kaczyński w tej samej kwestii również nie określił jasno swojego zdania, ograniczając się do stwierdzenia „Zarodek to człowiek”). Interesująco wyglądały jednak elementy wojny psychologicznej, którą miedzy sobą toczyli.

 

Należy pamiętać, że obu kandydatów cechuje osobowość umiarkowana. Można odnieść wrażenie, że najlepiej czują się w zacisznej pracy koncepcyjnej czy w działaniach kuluarowych. Nie są naturalnymi przywódcami – ich obycie społeczne jest bardziej wyuczone w trakcie kilkunastu lat uczestnictwa w życiu publicznym, niż wrodzone. Mimo że próbują kreować się na osoby charyzmatyczne, to jednak podejmowane w tym zakresie zabiegi nie wyglądają zbyt wiarygodnie.

 

W trakcie debaty, podobnie jak w trakcie całej kampanii, ustalił się dziwny podział. Wyborcy mają oto wybierać między Jarosławem Kaczyńskim a rządem Donalda Tuska i Platformą Obywatelską, w których program „wtapia się” wizja prezydentury Bronisława Komorowskiego. Kandydat PO znakomicie zastosował zasadę „pławienia się w cudzej chwale”, polegającej na poprawianiu własnego wizerunku przez pokazywanie silnego związku z ludźmi i instytucjami, które odniosły sukces lub są w tym momencie popularne. Służy temu między innymi ciągłe podkreślanie sukcesów obecnego rządu – wzrost gospodarczy na tle ogólnej recesji, podwyżki płac nauczycieli, budowanie boisk, z którymi sam kandydat, a nawet Urząd Prezydenta ma niewiele wspólnego (to bardziej zasługa rządu). Kandydat PiS z kolei dobrowolnie wchodzi na tę płaszczyznę rozmowy i chcąc obniżyć notowania kontrkandydata, dyskredytuje rząd i premiera Tuska, pokazując ich porażki (np. przytoczenie słów premiera, że powodzianie są sami sobie winni, bo wybrali złego wójta, który nie zadbał o zabezpieczenia).

 

Jarosław Kaczyński dużo lepiej czuje się w trakcie plenerowych wieców wyborczych, podczas których odnosi się wrażenie, że czerpie dodatkową energię z popierającego go tłumu. Zamknięcie w studiu obnaża jego niedoskonałości artykulacyjne. Chwilami lider PiS mówił niezbyt głośno i wyraźnie. Poza tym używał zdań złożonych (czasem wielokrotnie), co świadczy o wysokiej inteligencji, ale może utrudniać obiór przez elektorat mniej wykształcony (do którego przecież się odnosił). Zamysł kandydata mógł być tutaj jeszcze inny – „zagadanie” i pokrycie potokiem słów niewygodnych kwestii. Chwilami pojawiały się pojedyncze gesty, które jednak nie ożywiały jego wystąpienia. Z kolei Bronisław Komorowski, który w trakcie wieców wyborczych z różnym, najczęściej marnym, skutkiem usiłuje pokazać się jako silny przywódca, w studiu telewizyjnym dużo lepiej ogniskował uwagę widzów. Posiada ku temu pewne naturalne predyspozycje. Niski, dobrze brzmiący głos budował wrażenie osoby pewnej siebie. Poza tym używanie prostych zdań znacznie ułatwiało zrozumienie jego przekazu (także przez niżej wykształcony elektorat). Uwagę zwraca prawidłowa symetryczna gestykulacja obiema rękami w tzw. strefie neutralnej (od pasa do szyi), co akcentowało najważniejsze kwestie i wzmacniało siłę przekonywania. W stosunku do poprzedniej debaty widoczny jest tutaj znaczny postęp.

 

Pod względem argumentów używanych przez obu kandydatów mieliśmy do czynienia z dwoma sposobami przedstawiania swojego zdania. Z jednej strony ogólniki, odwołujące się do emocji (akcentowanie dumy narodowej czy znaczenia Polski w świecie lub wypowiedzi na temat wizji prezydentury), a z drugiej konkretne fakty i liczby (przykładowo kwota środków na Uniwersytet Rzeszowski, procentowe wydatki na armię, dane o wzroście gospodarczym czy zasługi/porażki rządów PiS lub PO). Wyborcy dzielą się bowiem na dwie grupy trochę inaczej postrzegające świat. Ogólniki przemawiają do około 1/3 populacji – osób nastawionych na uogólnienia, wizje i dalekowzroczne patrzenie w przyszłość. Szczegóły i namacalne dane są z kolei bardzo ważne dla pozostałej części osób – ludzi dokładnych, mocno „stąpających po ziemi” i poszukujących dowodów. Kandydaci starali się zadowolić obydwie grupy. Nieznacznie więcej „konkretów” przedstawił Jarosław Kaczyński, któremu z racji pozostawania w opozycji przyszło to łatwiej (opozycja z reguły wnikliwiej patrzy rządzącym „na ręce” i wypunktowuje ich błędy).

 

Po względem manipulowania faktami można ogłosić remis. Jarosław Kaczyński zarzucił obecnemu rządowi mniejszy niż za rządów PiS wzrost gospodarczy (pomijając obecną sytuację gospodarczą na świecie oraz fakt, że pod rządami PiS gospodarka światowa była w o niebo lepszym stanie). Z kolei Bronisław Komorowski podkreślając fakt dobrej sytuacji gospodarczej pod rządami PO, pominął pewne korzystne działania rządu PiS (np. obniżenie podatków do 18 % i 32 %) oraz sugerował, że gdyby PiS był dalej przy władzy, Polska stałaby się drugą Grecją.

 

I wreszcie ostatnia część debaty… Najpierw Jarosław Kaczyński dość niefortunnie, choć całkowicie zgodnie z realiami polityki międzynarodowej (należy pamiętać, że nic w obrębie krajów byłego ZSRR nie dzieje się bez wiedzy i zgody Moskwy), wyraził chęć rozmawiania o sytuacji na Białorusi z Rosją. Jako były premier zna kulisy polityki międzynarodowej, choć chyba nie powinien ich publicznie ujawniać. Bronisław Komorowski (który nota bene także piastował kilka funkcji ministerialnych i zapewne zna te same realia w polityce międzynarodowej) natychmiast podchwycił ten wątek i wyraził publicznie niesmak i oburzenie tego typu pomysłami. Oprócz tego kandydat PO wykorzystał mało oryginalną „technikę kwitu”, znaną wcześniej z debat Wałęsa-Tymiński czy Wałęsa-Kwaśniewski. Chcąc zniechęcić elektorat wiejski do prezesa PiS, przedstawił kartkę z zapisem agencyjnym wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, w którym publicznie proponował on zniesienie dopłat dla rolnictwa w Unii Europejskiej na rzecz stworzenia sił zbrojnych UE. Kandydat PiS nie miał czasu na ripostę, gdyż wcześniej podsumował już swoje wystąpienie. Ostatnie słowo należało więc do kandydata PO.

 

Obaj kandydaci podprogowo przekazali uważnym wyborcom informację, że różnice i rywalizacja między nimi są chwilami sztucznie kreowane. Mają podobny rodowód polityczny i zbliżony światopogląd. Dość ochoczo podali sobie dłonie na zakończenie spotkania, a poza tym kilkukrotnie podkreślali wspólny udział w pracach różnych instytucji, jak np. w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Jaki więc będzie wybór
..Zdecydujemy w niedzielę…

 

Remigiusz Szczurek
psycholog, trener umiejętności biznesowych
                
kontakt: psycholog@portal.hoga.pl 
      

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.