Ratuj Głuszca
cafe

Recenzja filmu „Cafe de Flore”

Ilu z nas wierzy w istnienie bratnich dusz? W nieśmiertelność uczuć? Bohaterowie filmu „Cafe de Flore” kochają bez granic i wierzą w przeznaczenie. Najbliższą osobę traktują jako zapisaną im w gwiazdach, przeznaczoną przez coś nadziemskiego. Wizja straty jest więc nie do przyjęcia. Niemniej przychodzi im się z tym zmierzyć. W filmie obok oddanych bez reszty kobiet dużo uwagi poświęcono tym, którzy żyją nie zdając sobie sprawy z roli jaką pełnią w czyimś życiu.

Już w pierwszych scenach reżyser wciąga nas w świat zagadek. Przedstawia Antoine’a (Kevin Parent) – czterdziestoletniego mężczyznę, mieszkańca współczesnego Montrealu, który odchodzi od żony – Carole (Helene Florent), by związać się z inną kobietą. Chwilę później przenosimy się w czasie. Jest rok 1969. W Paryżu mieszka młoda fryzjerka Jacqueline (Vanessa Paradis) ze swoim synkiem Laurentem, który cierpi na zespół Downa.

Przez prawie półtorej godziny filmu oglądamy naprzemiennie kolejne losy rozwiedzionej pary i losy samotnej matki, nie znając przyczyny tego zestawienia. Z jednej strony nowoczesny, słoneczny Montreal, w którym beztroskie życie wiedzie szczęśliwy, zdrowy i przystojny mężczyzna, który ma pracę dającą mu poczucie spełnienia, piękny dom z basenem, dwie cudowne córki oraz młodą i piękna kobietę u boku. Z drugiej deszczowy Paryż, jego uboga dzielnica, w której młoda kobieta z uporem walczy o prawo syna do normalnego życia.

Do całości reżyser dorzuca jeszcze obrazy wspomnień: Jacqueline, kiedy jej synek przyszedł na świat; Carole, z chwil, w których była szczęśliwie zakochaną nastolatką; i Antoine’a, kiedy poznał piękną Rose. Na ekranie zaczyna panować chaos. Całkowicie różne od siebie wątki, wizualnie kontrastujące, pozbawione elementu łączenia. Widz ma wrażenie, że ogląda dwa różne filmy. Bardziej przejmujące niż montrealowska historia są oczywiście losy młodej i samotnej kobiety, która chce uczynić swoje chore dziecko pełnosprawnym członkiem społeczeństwa. Ta część filmu jest też o wiele lepiej zrealizowana a Paradis w roli matki wypada naprawdę dobrze, jej relacje z synem są bardzo realistyczne. Historia ma potencjał i mogłaby stanowić dobry dramat społeczny.

„Cafe de Flore”, czyli muzyka prosto z paryskiej kawiarenki o tej samej nazwie, to jedyny element obecny w dwóch tak różnych światach. Ale to wciąż za mało, by uznać film za spójny. Niemniej muzyka to coś, co podkręca atmosferę filmu. Oprócz wspomnianego „Cafe de Flore”, w filmie usłyszeć można utwory grup takich jak Sigur Ros, The Cure i Pink Floyd.

Gdyby jednak na chwilę zapomnieć o konstrukcji, na jaką zdecydował się Jean-Marc Vallee, to można odnaleźć kilka elementów przemawiających na korzyść filmu. Reżyser bez zbędnego patosu porusza kwestię sensu ludzkiego życia. Obnaża emocje bohaterów,  pokazuje chwiejną kondycję ludzkich uczuć. Podsuwa nam pytania dotyczące granicy między troską o drugiego człowieka a egoizmem i ludzkim strachem przed samotnością. Związanie kogoś po to by przy nas pozostał to kiepskie rozwiązanie, które nikogo nie uszczęśliwi, co odpowiednio obrazuje Vallee. Jedni mają na tyle siły by pogodzić się z losem i próbują żyć dalej w pojedynkę, inni buntują się, noszą w sobie gniew i frustracje, a to doprowadza ich do obłędu i psychicznej destrukcji. Otrząśnięcie się po głębokim rozczarowaniu czasem wymaga tylko upływu czasu, czasem znalezienia nowych powodów do życia albo wyjaśnienia, nawet takiego, które trąca o paranormalne wierzenia. Każdy ma swój sposób na odnalezienie się w zaskakującej rzeczywistości.

Symbole, których widzowie mogą nie rozumieć, i w których mogą się pogubić, w końcu stają się jasne. Zapewne dla niektórych zakończenie będzie mało satysfakcjonujące, ale bez wątpienia dostarczy niepowtarzalnych mistycznych przeżyć. Film wszedł na ekrany polskich kin 19 października.

Daria Cygan

 

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.