Ratuj Głuszca
SONY DSC

Opel Insignia to jedna z chętniej kupowanych limuzyn w Polsce. Nie da się przejść przez miasto nie widząc przynajmniej kilku jej sztuk. Nawet teraz, siedząc w pociągu pisząc ten test, minąłem kilka egzemplarzy na przejazdach kolejowych. W niektórych regionach sieją postrach jako nieoznakowane wozy policyjne – to takie czarne Wołgi, których trzeba się bać.

Ja jednak przygarnąłem na tydzień egzemplarz w kolorze białym i w niekoniecznie popularnej odmianie – kombi. Do tego w całkiem mocnym dieslu. Przejechałem autem prawie 1200km i mogę coś więcej o nim powiedzieć.

Pierwsze wrażenie

Zacznijmy od pierwszego kontaktu, wyglądu z zewnątrz i wewnątrz. Insignia to jedno z najładniejszych aut w klasie. Pierwszy powód niesłabnącej popularności już mamy. Masywne auto z estetycznie poprowadzonymi liniami bocznymi właściwie nie ma prawa się nie podobać. Co ważniejsze, projektanci nie poprzestali na ciekawym designie przodu. Również tył (nawet w wersji kombi, lub Sports Tourer – jak to woli Opel) zasługuje na uwagę. Jeśli zamówimy dodatkowo trochę większe koła oraz elegancki kolor (np. czarny), otrzymujemy przepiękne auto. W takiej konfiguracji nie zapomnijmy przypadkiem o xenonowych reflektorach i dziennych światłach z diod LED. Bez tego kompletu Insignia wygląda, no cóż… biednie.

Z zewnątrz trudno więc autu cokolwiek zarzucić. Designerzy GM wiedzieli, co robią. Czas zajrzeć do środka. Tutaj trzeba zrobić właściwie dwa wejścia – jako 18 i jako 40-latek. Dlaczego? Te dwie osoby zwrócą uwagę na coś zupełnie innego. Pierwszy z nich raczej zachwyci się ilością przycisków oraz ogólnym wyglądem wnętrza. Drugi zostawi poznawanie funkcji radia i nawigacji pasażerowi. Sam ograniczy się do nauki zmiany głośności oraz regulacji klimatyzacji.

Postarajmy się opisać to obiektywnie. Zajmujemy miejsce za kierownicą, a po prawej stronie mamy… cóż. Obiektywniej się nie da – taflę przycisków. Nie chciało mi się liczyć, ale już na pierwszy rzut oka widać, że palców na rękach i na nogach raczej by nam nie starczyło aby wszystkie jednocześnie wcisnąć. Samych pokręteł jest aż 5, z czego większość ma inne funkcje – do zapamiętania, co robi które, potrzeba trochę czasu (jeśli masz 20 lat to 200km trasa + korki powinna wystarczyć).

Trzeba być jednak ślepym, żeby nie uznać środka Insigni za bardzo estetyczny. Cały natłok przycisków został upakowany całkiem elegancko. Zegary usadowione w czterech tubach prezentują się świetnie – oprócz tego, są też czytelne. Kierownica jest miła w dotyku i o odpowiedniej wielkości w stosunku do typu samochodu. Nie jest idealnie okrągła, ale spłaszczona w trzech miejscach. W dłoniach leży wyśmienicie. Do niej jednak mam pewne zastrzeżenia…

„Aluminium”

Największą zmorą wnętrza Insigni są… trzeszczące plastiki. I to wcale nie tylko jeden element. Najgłośniejsze dźwięki wydają wstawki udające aluminium, czyli ozdobny kawałek wnętrza kierownicy oraz obramowanie przy skrzyni biegów. Może i zrozumiałbym, jeśli coś by delikatnie trzeszczało w miejscu, gdzie z reguły nie trzyma się rąk. Trudno jednak takim miejscem nazwać kierownicę. Przy zawracaniu, kręceniu, mocniejszym ściśnięciu, plastiki trzeszczały. Niedopuszczalne. To auto kosztuje grubo ponad 100 000 zł.

Trudno. Jest trochę popiskiwania. Warte uwagi są jednak fotele. Obojętnie jakie zamówimy, wszystkie powinny być bardzo wygodne. Z delikatną przewagą jednak na rzecz kubełkowych (nasz egzemplarz ich nie posiadał). Mimo trochę groźnego wyglądu, są fenomenalnie wręcz wygodne i zapewniają właściwe podparcie dla różnych partii ciała.

Nieźle jest również z tyłu. Odpowiednio miękkie siedzenia zapewniają komfort pasażerom. Trzecia osoba zmieści się, ale trudno mówić o czerpaniu nadzwyczaj wielkiej przyjemności z podróży. To tyle zalet. Czas na wady zajęcia miejsca w drugim rzędzie. Największą jest niestety niezbyt duża ilość miejsca na nogi. Konkurencja (przykładowo testowany przeze mnie wcześniej 508SW) oferuje zazwyczaj więcej. Mimo to, dłuższa podróż nie będzie zbyt wielkim kłopotem.

Za wybraniem się w taką przemawia również duży bagażnik. Do jego wielkich zalet można zaliczyć regularne kształty, niski i szeroki próg załadunkowy. Nieocenioną pomocą podczas taszczenia wielkich zakupów (oraz umówmy się – efektownym gadżetem) jest elektryczne otwieranie bagażnika. Klik na pilocie, a ogromna klapa sama się unosi. Zamknięcie to też bułka z masłem – wystarczy że podniesiecie głowę i wciśniecie przycisk z obrazkiem. Insignia ST jest wyposażona w światła, które po otwarciu bagażnika przejmują rolę głównych (te zwykłe są integralną częścią klapy) – przydatne, jeśli przewozicie coś dużego, niemieszczącego się w kufrze lub planujecie zajrzenie tam w nocy na ruchliwej drodze i nie chcecie zostać przypadkiem zmieceni przez inne auto.

Jedziemy

Przypomnijmy – pod maską mamy 160-konnego diesla. Nie jest demonem jeśli chodzi o przyspieszenie, ale nie można mu odmówić dynamiki. W połączeniu z sześciobiegowym manualem sprawuje się wyśmienicie. Wyprzedzanie w trasie czy jazda po mieście to żaden problem. Muszę jednak przyznać, że trochę lepiej pasuje do długich podróży. Jest bardzo dobrze wyciszony, a ostatni bieg sprawia, że nawet przy trochę wyższych prędkościach, w kabinie jest całkiem cicho.

Ekonomika to również jego mocna strona. Cały test udało mi się przejechać na jednym baku, którego pojemność to 70 litrów. Nie będę oszukiwać, że w połowie było to miasto, a w połowie trasa. Właściwie 80% to długie podróże. Licząc otrzymujemy średnie spalanie na poziomie 5,8l/100km. To dobry wynik, mając na uwadze choćby to, że ok. 600km pokonane było z pełnym bagażnikiem i czterema osobami na pokładzie.

Gran turismo

Jak widać, auto sprzyja długim wyprawom. Jest jeszcze przynajmniej jedno za, które za tym przemawia. To świetne prowadzenie. Obojętnie, czy jedziemy 50, 100 czy nawet 200km/h, Insignia porusza się jak po sznurku. Nie ma najmniejszej niepewności i wątpliwości we współpracy z komfortowym zawieszeniem. Warto jednak zamówić flexRide, dzięki któremu w zależności od humoru będziemy mogli zmienić charakterystykę tłumienia od płynięcia, aż po bardziej przewidywalne, twardsze nastawy.

Podsumowując

Opel Insignia to świetne auto. Jeśli robicie znaczne ilości kilometrów w trasie, kupujcie w ciemno. Mając rodzinę możecie zrobić to samo – przepastny bagażnik zadowoli chyba każdego. Używając Insigni jako samochodu do miasta może was denerwować trzeszczenie plastików – manewrując na pewno niejednokrotnie coś piśnie oraz spore rozmiary. Flagowy Opel ma swoją cenę – całkiem z resztą wysoką. Do was należy wybór. Jednak podczas rozważania kupna nowego auta, Insignia powinna znaleźć się wysoko na liście potencjalnych zakupów.

Dane techniczne:

Napęd

Rodzaj silnika: turbo diesel
Pojemność: 1956 cm3
Typ napędu: przedni
Moc maksymalna: 160 KM (przy 4000 obr/min)
Maks. moment obr.: 350 Nm (1750-2500 obr/min)
Skrzynia biegów: 6-biegowa, mechaniczna

Nadwozie

Długość / Szerokość / Wysokość: 4908 / 1856 / 1520 mm
Pojemność bagażnika w litrach: 540 / 1530
Masa własna: 1535 kg
Ładowność: 555 kg
Rozstaw osi: 2737 mm

Dane eksploatacyjne producenta

Przyspieszenie od 0 do 100 km/h: 9.9 s
Prędkość maksymalna: 215 km/h
Zużycie paliwa – trasa: 4.1 l/100km
Zużycie paliwa – miasto: 6.8 l/100km
Zużycie paliwa – cykl mieszany: 5.1 l/100km
Pojemność zbiornika paliwa: 70 litrów
Emisja CO2 [g/km]: 134

Testowany egzemplarz: ok. 160 000 zł

Zdjęcia i tekst: Mateusz Pietruszka

Jeden komentarz :) w artykule: ”Opel Insignia 2.0 160KM – rodzinny grand tourer”

  1. Moris pisze:

    guzikologia jest z kosmosu, to się zgadza; ale największą zmorą nie są plastiki, tylko tłukące się zawieszenie. ogólnie raczej bez zachwytów – paradoksalnie astra z tego rzutu jest o klasę lub dwie „milsza w dotyku i prowadzeniu”.

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.