Ratuj Głuszca
Zawody ratownikow wodnych

Tak w roku 1960 wyglądały baseny Legii przy ulicy Łazienkowskiej. Od późnych lat 20 zeszłego wieku gościły spragnionych wypoczynku mieszkańców stolicy, tam w porze letniej dojrzewała ówczesna warszawka. Dziś w tym miejscu nie ma śladu po wypełnionych wodą nieckach rozrywki.

Baseny były przykładem przedwojennej myśli inżynierskiej, unikalnym na Warszawską skalę budynkiem sportowym. Zostały wybudowane w latach 20 zeszłego wieku, przetrwały wojnę i w 1956 roku przeszły gruntowny remont i rozbudowę. Trybuny mogły gościć do 1200 osób, były tam szatnie i finezyjna wieża do skoków o wyglądzie futurystycznej rzeźby. Zdaniem wielu znawców architektury był to skarb warty zachowania – jeszcze dwa lata temu trwał spór o nadanie obiektowi statusu zabytku. Tak się jednak nie stało, na miejscu basenów wybudowano parking, a dziś możemy tylko wyobrażać sobie klimat tamtego miejsca.

Patrząc na to zdjęcie, widzę tłum spragnionych rozrywki młodych ludzi. Czy przyszli popływać? Może niektórzy, co bardziej ambitni sportowcy i… cierpliwi, gdyż nie lada siły woli trzeba, by pływać w takim tłumie. Nad basenem górowała wieża, śmiałkowie mogli popisać się swoimi zdolnościami skoczków, uważając, by nie wylądować niefortunnie na innym pływaku. Jednak nie sport był tam celem numer jeden. Wypełnione wodą wgłębienie to fantastyczny pretekst, by móc się spotkać, poczytać książkę, pograć w karty, zaistnieć towarzysko. Z nieba leje się żar, który przyjemnie przypieka ciało. Nikt nie zaprząta sobie głowy olejkami z filtrami UV – w latach 60 świadomość zagrożeń związanych z opalaniem była znikoma. Wokół panuje wesoły gwar, mężczyźni prezentują prężnie swoje mięśnie, kobiety wyciągają bądź podkurczają nogi – byle tylko piękniej się zaprezentować i równomiernie opalić. Panowie przychodzą, by rozejrzeć się za potencjalną ofiarą i w odpowiednim momencie przejść do ataku, czyli niczym nieskrępowanego flirtu. A panie, cóż, przychodzą, by być adorowanymi. Rodzinna anegdota mówi, że można było tam poderwać nawet własną żonę – do tego namawiał mojego dziadka jego niczego nieświadom kolega. Gdyby nie poznali się wcześniej, może właśnie tam zapałaliby do siebie miłością?  Zapewne niejedna romantyczna historia miała tam swój początek…

Nie dane mi było posmakować atmosfery i klimatu basenów na Legii. W swojej pamięci noszę obrazy z młodzieńczych wypraw na basen na Merze i w parku Szczęśliwickim. Nie miały one jednak wiele wspólnego z lansem i towarzyskim blichtrem. Na obecnej mapie towarzyskiej Warszawy nie ma miejsca takiego jak baseny Legii. A co spełnia ich rolę? Odpowiedź na to pytanie poznam pewnie za kilkadziesiąt lat, gdy podobnie jak baseny Legii, miejsce to zdąży obrosnąć legendą.

Autor: Joanna Zając
Zdjęcia: Jan Rozmarynowski

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.