Ratuj Głuszca
głowa

W każdym artykule zadajemy jedno pytanie ekspertom oraz uczonym  na temat bieżących wydarzeń. Nasi goście przedstawiają własny punkt widzenia poparty specjalistyczną wiedzą, dostarczając czytelnikom asumpt do refleksji i dalszych rozważań.

 

Jedno pytanie: Czy obecny system polityczny się sprawdza, jaki byłby właściwszy?

Odpowiada dr Krzysztof Przybyszewski

Powszechnie o obecnym systemie politycznym mówi się potocznie, iż jest on najlepszy z najgorszych. Demokracja posiada swoje wady, które wyśmienicie wypunktował Arystoteles, dla którego ów ustrój był ustrojem zwyrodniałym. Jedną z wad tego ustroju jest to, iż u władzy mogą się znaleźć osoby niekompetentne do jej sprawowania, gdyż urzędy obsadzane są w drodze losowania.  Zaproponował zatem ustrój zwany politeją, który miał łączyć cechy dwóch innych ustrojów: oligarchii i demokracji. W politeji urzędy miałby być obsadzane przez wybór z uwzględnieniem odpowiedniego cenzusu, a nie przez losowanie jak do tej pory się to odbywa.  Dawniejsze losowanie w greckiej polis można porównać do polskich wyborów. W gruncie rzeczy nie głosujemy na kandydatów, lecz na listy partyjne. Nawet, jeśli wydaje nam się, iż na nich głosujemy, to też w większości nasz głos jest jak wyciąganie losu z jakiejś loterii. Nie wiemy, bowiem co dany kandydat sobą reprezentuje, nie znamy nawet jego programu. To oznacza, iż w praktyce wybieramy na podstawie dwóch sposobów myślenia.

Na podstawie pierwszego sposobu myślenia wybieramy w oparciu o naszą sympatię do jakiejś grupy politycznej, tylko trzeba podkreślić, iż ten wybór dokonywany jest ze względu na nasze wyobrażenia a nie wiedzę o tym, co dana opcja polityczna nam w rzeczywistości proponuje.  Drugi sposób myślenia oparty jest na zasadzie antypatii, i wtedy mówimy, że dokonujemy wyboru mniejszego zła, by nie dopuścić danej opcji politycznej do rządzenia, gdyż znów boimy się naszego wyobrażenia o tym, co stanie się, gdy ona dojdzie do władzy, i wtedy również nie zgłębiamy zarówno programu, za którym głosujemy, jak i tego, przeciwko któremu głosujemy.

Innymi słowy, nasze wybory oparte są głównie na emocjach, które skrzętnie podgrzewają media w pogoni za wysoką oglądalnością. Z drugiej strony nie mamy wielkiego wyboru, bo nawet gdybyśmy chcieli zachować się rozumnie i racjonalnie to nie mamy takiej szansy. Jest to spowodowane tym, iż partie dawno odeszły od tworzenia programów sensu stricte, czyli takiego, który ujawnia dalekosiężne plany związane z reformowaniem państwa, na rzecz programu określanego mianem platformy wyborczej, czyli takiego, który przybiera formy demagogii, i przez to brak mu spójności, a nawet występuje w nim wiele sprzeczności, tylko po to by przyciągnąć jak największą liczbę wyborców.

Pytanie, czy ten stan rzeczy jest w ogóle do odwrócenia? Jest to niezwykle trudne pytanie, bowiem odwrócenie tego stanu rzeczy jest możliwe, ale pod pewnymi warunkami, których spełnienie na obecną chwilę wydaje się niemożliwe, by nie rzec utopijne. Jednakże jest to tylko wyobrażenie, a zatem może okazać się ono mylne.  Pierwszym takim warunkiem jest wytworzenie odpowiedniej kultury obywatelskiej. To, czego domagał się wspomniany już Arystoteles, czyli każda jednostka, obywatel powinna nauczyć się, by swoje dobro partykularne odnajdywać w dobru wspólnoty, dla której miałaby poświęcić swój drogocenny czas. W zasadzie ten poświęcony czas powinna postrzegać jako nie tyle poświęcony, co zainwestowany. Z próbuję to zilustrować, by być bardziej zrozumiałym. Swego czasu uczestniczyłem w programie monitoringowym prowadzonym przez  Helsińską Fundację Praw Człowieka: Courtwtach (“Obserwator sądów”), który miał na celu przyjrzenie się funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Dla naszych tutaj rozważań istotnym jest jedna obserwacja jaką wyniosłem podczas trwania tego monitoringu. Otóż mamy w Polsce, właściwie w każdym państwie demokratycznym jawność postępowania sądowego (tylko w szczególnych przypadkach dochodzi do wyłączenia z jawności), oznacza to, iż każdy z ulicy może pojawić się na sali rozpraw, by przyglądać się prowadzonemu postępowaniu. W rzeczywistości obywatele z tej możliwości właściwie nie korzystają, zatem sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, ławnicy przyzwyczaili się, iż prowadzą postępowanie sądowe we własnym gronie. Ktoś zapyta, a co by zmieniło gdyby na sali rozpraw pojawili się zwykli obywatele. Otóż, odpowiedź jest na tak sformułowane pytanie jedna, poprawiłoby to poziom prowadzenia postępowań sądowych. Proszę mi uwierzyć, iż kiedy jest publiczność na sali rozpraw zmienia się wiele, na przykład ławnicy już nie przysypiają, a stają się bardziej dociekliwi nabierają odwagi zadawania pytań, przestają być statystami, nawet sędzia nie mówi już pod nosem, ale zaczyna pięknie artykułować, etc.  Używając metafory można powiedzieć, iż aktywność obywatelską należy postrzegać jako naoliwienie trybików maszyny, by ta sprawniej i efektywniej działała. Jeśli tego nie zrobimy, to ta maszyna musi się w końcu popsuć, bo nie dbamy o nią. I tu znowu dochodzimy do punktu, gdy u obywateli pojawia się pytanie o charakterze retorycznym, a kiedy na to niby mamy znaleźć czas. Retorycznym, dlatego, że w pytaniu tym jest zawarta myśl tego czasu nie da się znaleźć, a więc nie należy zawracać sobie tym głowy.

Oczywiście zmiana postawy na bardziej aktywną wymaga zmiany postrzegania rzeczywistości, wymaga zmiany sposobów myślenia, a tego typu zmiany nie dokonują się z dnia na dzień. Trudno uwierzyć, by samoistnie się one dokonały, należałoby zastanowić się nad jakimiś zmianami instytucjonalnymi, które pomogłyby w dokonaniu tej zmiany. Dostrzegam jedną taką zmianę instytucjonalną, która mogłaby pomóc w uaktywnieniu obywateli. Istnieje na przykład w kodeksie pracy możliwość skorzystania z urlopu jednodniowego na życzenie, a gdyby dać możliwość takiego samego urlopu jednodniowego w ciągu roku kalendarzowego na udokumentowaną działalność obywatelską. Jestem daleki od domagania się, by każdy miał obowiązek wykorzystania takiego urlopu, ale jestem za tym by stworzyć taką możliwość. Wymagałoby to oczywiście doprecyzowania, jakie rodzaje i typy działalności obywatelskiej usprawiedliwiałyby skorzystanie z takiego urlopu. Samo stworzenie tego typu formy instytucjonalnej nie zmieni diametralnie  aktywności obywatelskiej, o ile za nią nie podąży odpowiednia promocja takich zachowań.  Problem jednak w tym, iż żadna władza oprócz składanych przez nią deklaracji nie ma interesu, by takie działania obywatelskie miały miejsce. I to dotyczy każdej władzy w każdym systemie ustrojowym: czy totalitarnym, autorytarnym, czy wreszcie demokratycznym.  Aktywność obywatelska dla każdej władzy oznacza większą jej kontrolę, a co z tym się wiąże większą możliwość ujawnienia jej nadużyć, niekompetencji, etc. Każdy, kto znajduje się u władzy ma tendencję do zachowania takiego status quo, w którym będą wykonywane jego zalecenia, przy najmniejszej ilości zbędnych pytań: co, jak i dlaczego.

W tym momencie przechodzimy do kwestii jakości sprawowania władzy, i to stanowi drugi warunek dla “właściwego” systemu politycznego. Według Arystotelesa wszelkie urzędy mogłyby być obsadzane w momencie posiadania odpowiednich kompetencji i odpowiedniego majątku, by minimalizować możliwość myślenia o interesie partykularnym, czyli kolokwialnie jak zwykło się mówić, by uniknąć podejmowania przez urzędników w tym i dzisiaj powiedzielibyśmy polityków działania po to by się “nachapać”. Proszę zwrócić uwagę, iż istnieją zawody tzw. zaufania publicznego takie jak prawnik, lekarz, etc. By móc wykonywać zawody zaufania publicznego należy wykazać się odpowiednimi kompetencjami. Była kiedyś idea zbudowania korpusu cywilnych urzędników, którzy byliby apolityczni i mieli możliwe najlepsze kompetencje do sprawowania swych urzędów, jak wiemy projekt ten nie został nigdy zrealizowany. Można jednak zastanowić się nad kwestią, czy by zostać posłem, który ma tworzyć prawo nie powinno się wcześniej wykazać odpowiednimi kompetencjami. Na przykład Jan Jakub Rousseau był przeciwnikiem idei reprezentacji, która w obecnych demokracjach stanowi pewną wartość. Nie można reprezentować czyjegoś systemu wartości, nawet, jeśli jest się wychowanym w tej samej kulturze. Zwróćmy uwagę, że nawet osoby wśród tego samego kościoła, nawet wśród samych duchownych różnią się w podejściu do niektórych spraw. Dlatego też Rousseau postulował, iż posłów należy postrzegać właśnie jako urzędników, wręcz sługusów volonté générale (woli powszechnej), która jednak nie jest wolą po prostu większości. Powiedzielibyśmy, iż idzie tak naprawdę o kwestię słusznej woli. No tak, tylko, co to jest ta “słuszna wola”? Wyobraźmy sobie, iż pytają się nas: Która ze stron konfliktu w    Rwandzie miała rację Hutu czy Tutsi? Jestem przekonany, iż większość ludzi w społeczeństwie nie zna istoty konfliktu, tylko coś tam o nim słyszała. I wielu z zapytanych, by nie wyjść na ignorantów opowie się za którąś opcją. Jednakże czy jesteśmy pewni, iż po podsumowaniu takiego głosowania uzyskalibyśmy, to co stanowi istotę problemu. Szansę na dostrzeżenie istoty problemu i podjęcie słusznej decyzji mielibyśmy wówczas, jeślibyśmy pytali osoby, które są zorientowane i posiadają odpowiednią wiedzę na temat tego konfliktu. Do czego zmierzam? Otóż mamy do czynienia w parlamencie z różnymi specjalistycznymi komisjami, które w danej dziedzinie, sferze mają tworzyć prawo. Czy na pewno siedzą tam ludzie z odpowiednią wiedzą? Mam do tego spore wątpliwości. W takim wypadku warto poważnie się zastanowić, czy nie należałoby wprowadzić odpowiednich egzaminów, które warunkowałyby możliwość zasiadania w odpowiedniej komisji. Jak to zrobić? Proszę zwrócić uwagę, że aby móc kierować samochodem musimy zdać odpowiedni egzamin. To, dlaczego nie miałby być egzamin dla tych, którzy myślą o kierowaniu państwem. A więc widziałbym dwupoziomowość takich egzaminów. Pierwszy dotyczący znajomości procesów legislacyjnych, zdanie tego egzaminu stanowiłby warunek możliwości podejścia do egzaminu kwalifikującego do konkretnej komisji sejmowej. Zdanie tych dwóch egzaminów dawałoby dopiero prawo do ubiegania się o mandat posła. Pozwoliłoby to marzyć o tym, by poziom legislacji uległ polepszeniu. Oczywiście, pozostaje kwestia rozwikłania poniesienia kosztów takich egzaminów, tak by była zachowana zasada równości w dostępie do sprawowania urzędów. Ale i to jest do rozwiązania. Ogólnie rzecz ujmując,  pretendujący do mandatu poselskiego jako bezpartyjny, jeśli jego dochód byłby np. poniżej średniej krajowej, koszt takiego egzaminu mogłoby ponosić państwo. Natomiast gdyby taka osoba uzyskała mandat poselski byłaby zobowiązana do zwrotu kosztów tychże egzaminów, coś w rodzaju kredytu. W innych przypadkach koszty tychże egzaminów powinny ponosić partie. Wtedy zbliżylibyśmy się do ustroju, o którym marzył Arystoteles, do politeji. Konkludując wydaje się potrzebny cenzus kompetencji, samo wprowadzenie tego cenzusu nie jest wymierzone w zasadę równości dostępu do urzędów, bo i tak już mamy przykładowo cenzusy wieku, jeśli idzie na przykład o mandat do sejmu granica wynosi 21 lat, zaś wójta, burmistrza, prezydenta miasta jest to już 25 lat, z kolei możliwość starania się o  mandat do senatu potrzebne jest posiadanie 30 lat, a na prezydenta RP 35 lat. To, dlaczego w takim przypadku nie zamienić tego cenzusu wiekowego na cenzus kompetencji, każdy z nas wokół siebie jest wstanie znaleźć osobę, która w danej materii będzie miała większe kompetencje i większe doświadczenie mimo posiadanych 26 lat a nie 30 które są wymagane na mandat senatorski.

Konkludując nie widzę przeciwwskazań, by wprowadzić cenzus kompetencji, by system polityczny miał szansę działać na zasadzie słuszności i jednocześnie być bardziej efektywniejszy. Pozostawiam otwarte pytanie: Dlaczego politycy nie mieliby się szkolić, gdy w wielu innych zawodach wymagane jest doszkalanie się, i to często za swoje prywatne pieniądze?

dr Krzysztof Przybyszewski, adiunkt w Zakładzie Filozofii Społecznej i Politycznej IF UAM; absolwent Szkoły Praw Człowieka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Prowadzi zajęcia z filozofii polityki, instytucji publicznych, monitoringu instytucji publicznych, sfery publicznej oraz praw człowieka. Najważniejsze publikacje: Prawa człowieka w kontekstach kulturowych (monografia Poznań 2010); Der Entsehungsprozess eines neuen Systems im Rahmen des alten aus der Perspektive der Menschenrechtsproblematik w: Philosophie an der Schwelle des 21. Jahrhunderts, Hrsg. E. Czerwińska – Schupp, Frankfurt am Main 2003, Kultura życia publicznego w Polsce, w: Wolność i władza w życiu publicznym, red. W. Zuziak, J. Maysona-Byrska, Kraków 2008; Proces holizacji (całościowania) jako znaczący element homogenizacji społeczeństw w dzisiejszym świecie, w: Całość: wizje, pejzaże, teorie; pod red. P. Orlik; Poznań 2006;   Wymiar aksjologiczny i polityczny Karty Praw Podstawowych, w: red. W. Wacławczyk, Karta Praw Podstawowych UE. Nowa szansa dla praw człowieka, Wydawnictwo Erida, Warszawa 2010; Rola i znaczenie “bezpieczeństwa ontologicznego” w procesie edukacji, w: Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis, nr 109, Kraków 2012.

Pytali: Ana Miler, Piotr Dziemiańczuk

 

Chcesz zadać pytanie i uzyskać odpowiedź na nurtujące Cię kwestie?

Napisz do nas portal@wasko.pl, w tytule: Jedno pytanie.

 

Jeden komentarz :) w artykule: ”Jedno pytanie do eksperta”

  1. NBA2K16 pisze:

    NBA2K16…

    Thanks a lot! It is an good website!….

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.