Ratuj Głuszca
trzepak

Jeszcze zaledwie kilka lat temu w każdym kiosku można było kupić gumę do skakania, jo-jo i klik-klaki. Każde dziecko było zaopatrzone w sprężynkę i kauczuk. Za Tamagotchi dziewczynki oddałoby całą kolekcję lalek, a za Action Man-a chłopcy kolekcję pokemonów. Czy tęsknimy za tym?

Era kiedy z patyka można było wyczarować różdżkę minęła bezpowrotnie. Dziś zastępuje ją prawdziwa różdżka Harrego Pottera dostępna na Allegro, taka co to sama czaruje. Pokolenie dzisiejszych dwudziestoparolatków musiało się nieco bardziej wysilić. Czy wyszło nam to na dobre? Każde pokolenie rządzi się własnymi zasadami, które określają środowisko, cywilizacja i media. Dobrze jednak wrócić wspomnieniami do lat 90. w których w rytm: „Tic Tac Toe” czy „Spice girls” skakało się w gumę i wywijało fikołki na trzepaku. Nie tak dawno, przecież.

„Skuta”

Guma do skakania była prawdziwym boomem, już w latach 70. opanowała podwórka, skwery, parki. Pod oknami od rana do wieczora dziewczynki potrafiły do perfekcji opanować tę szczególną technikę krzyżowania nóg w podskokach bez nadepnięcia, któreś z linek. „Skuta” kończyła kolejkę i na miejsce „skutej” akrobatki wchodziła druga za każdym razem podnosząc poprzeczkę, aż trzeba było doskoczyć na wysokość ramion koleżanek. Ta zabawa wyparła nawet tak popularnego „sznura” i w lato z powodzeniem zastępowała lekcje w-fu. Dziś zjawisko istnieje nadal, straciło jednak na swej popularności. Koneserzy jednak mogą dołączyć się do mistrzostw w skakaniu w gumę organizowanym m.in. w Parku Śląskim.

Action Man i Diddl

Kiedy dziewczynki tuliły najwspanialszą maskotkę wszech czasów produkowaną przez firmę Depesche Vertrieb GmbH & Co. KG z Geesthacht chłopcy identyfikowali się z 30 centymetrową lalką, przedstawiającą mocno umięśnionego mężczyznę w stroju żołnierza.

Jo-jo

Kto umiał opracować te kręcące się na sznurku ciasteczko Oreo ten był bogiem podwórka. Ta nieujarzmiona zabawka sprawiała tyle samo frajdy, co kłopotu. Sznurek nieustannie się plątał, a żmudnym rozplątywaniem supełków zajmowali się bardziej doświadczeni rodzice. Z czasem drewniane i plastykowe modele zaczęły zastępować wypasione gadżety z melodyjką i kolorami, którymi szpanowało się na przerwach w podstawówce.

Tamagotchi

W latach 90. każde dziecko dałoby się pokroić za to małe jajko, które co chwila pikało domagając się jedzenia, spaceru, albo posprzątania. Mimo to kochali je wszyscy, bowiem wyzwalało opiekuńcze instynkty. Elektroniczne zwierzątko kupowało się na bazarze za kilka złotych, oryginalne produkowane przez firmę Bandai kosztowało znacznie więcej, zwykle wszyscy nosili podróby, które i tak sprawiały wiele radości dzieciom doprowadzając jednocześni do szału rodziców ciągłym pikaniem (szczególnie w nocy). Niewielkich rozmiarów plastikowe jajko wyposażone było w trzy małe przyciski oraz wyświetlacz krystaliczny. Całością sterował prosty wbudowany komputer. Dostępne obecnie na rynku, ale podobnie jak guma do skakania, tak jak jojo dziś przyciąga nielicznych pasjonatów.

„Złote Myśli”

Każda szanująca się dziewczyna obowiązkowo zakładała „Złote myśli”. Zeszyt z intymnymi wyznaniami, do którego wpisywały się wszystkie interesujące osobowości ze szkoły i z podwórka. Nie mogło tam zabraknąć wpisu sympatii, której incognito i z udawaną dezynwolturą podsuwało się ważne życiowe pytania „Czy już się całowałeś” i najważniejsze: „która dziewczyna ci się podoba”? A potem po kryjomu odczytywało z milion razy. Wpis zaklejało się w kopercie, do której wkładało się pamiątkowe zdjęcie. Całe pokolenie lat 90. ma z pietyzmem zdobione plakatami idoli z „Bravo” notatniki, w których przyjaciółki na odwrocie koperty pisały: „kto tu zagląda ten tak wygląda”, albo „Top secret”. W praktyce czytali to wszyscy i taki był zamysł. Można było wiele wówczas o sobie powiedzieć, albo zaintrygować wierszykiem czy bogatą ilustracją innych, np. chłopaka, który nam się podobał, albo podkreślić, że „Kasia, Jolka i Bożenka to najlepsiejsze pod słońcem przyjacióły”. Było.

„Karteczki”

Karteczki dziś można kupić na Allegro. Ale mimo ich dostępności pękające w szwach segregatory z wizerunkiem Leonarda di Caprio, dziewczyn ze Spice Girls z przebojową Geri Halliwell czy Backsteet Boys nie robią na nikim takiego wrażenia jak na dzieciach w latach 90. Handel karteczkami kwitł na masową skalę. Za Nicka Cartera można było dostać całą serię z „Titanica”. Dziś w każdym papierniczym można dostać z Hannah Montana.

Laser kieszonkowy

Laser kieszonkowy pojawił się na bazarze niespodziewanie i od razu zawojował rynek. Chłopcy świecili na lekcji po tablicy czerwoną diodą wyobrażając sobie, że są snajperami i ochraniają właśnie głowę państwa przed zamachem terrorystów. Oczywiście nie miało to przełożenia na rzeczywistość, za to irytujący czerwony punkcik, który wędrował w nocy sąsiadom z naprzeciwka po ścianach potrafił doprowadzić nawet do nocnych awantur. Prawdziwym szałem okazały się jednak zmienne wkłady. Rzuty przypominały rozmaite kształty, największym zainteresowaniem cieszyła się trupia czaszka i kobieta w stroju Ewy.

Kulki na szprychy

W latach 90. po komunii wszyscy mieli już górale. Ale sucha rama to za mało. Każdy chciał, żeby jego rower wyróżniał się czymś szczególnym. Od licznych naklejek po timery, które liczyły kilometry i trąbki zamiast dzwonka pojawiły się koraliki. Czerwone plastikowe kulki montowało się na szprychach. Dopiero po takim tuningu można było wyjechać na miasto. Kto miał więcej wiadomo: cool, super i w ogóle.

Sprężynka

Sprężynką można było bawić się całymi dniami. Kolorowy plastik wyginał się pod najmniejszym dotknięciem jak galareta tworząc ciekawe układy. Trzeba było ją chować przed chłopakami, którzy uwielbiali je konfiskować.

Kauczuk

Podobnie jak sprężynką, kauczukiem można było bawić się cały dzień, trzeba było jednak uważać w domu by nie wpadł mamie do kawy, a na podwórku by nie zniknął w kratce kanalizacyjnej.

Tenis ziemny dla opornych

Widząc to małe urządzenie pewnie niejednemu zakręci się łza w oku. Tyle energii i skupienia trzeba było, bowiem władować by trafić w ciąż uciekającą piłkę. „Tenis trener” to gadżet sprzedawany na okolicznych imprezach. Na Śląsku można go było nabyć np. na Wystawie Kwiatów organizowanej pod chorzowskim „Kapeluszem”. Plastikowy pojemnik, do którego przymocowana była piłka na elastycznej gumce napełniało się wodą, żeby miał swój ciężar i piłka nie wędrowała razem z pojemnikiem. W zestawie była rakieta. Cała zabawa polegała na tym, żeby uderzać piłkę jak w grze z profesjonalnym zawodnikiem.

Trzepak

Trzepak zasługuje na największy hołd, tym bardziej, że już się go prawie nie buduje. Niegdyś był stałym elementem osiedlowego wyposażenia. Miejscem integracyjnym. To tu spotykały się wszystkie bandy z podwórka, to na nim wywijało się akrobacje i fikołki, zwisało na nietoperza, aż się nie zakręciło w głowie. To tu przeżywało się pierwsze amatorskie pocałunki i testowało procenty.

Zabawek można wymienić znaczenie więcej, były przecież jeszcze klia-kacze (drewniane kulki na sznurku, które znają jeszcze nasi rodzice), wywijało się nimi na wszystkie strony. Były też pierwsze gry na Peceta takie jak „Prince of Persia” czy „Prehistoria”, „Mario” i wiele innych. Wydaje się, że tamte czasy, choć dużo skromniejsze, miały swój urok. Urok nieskrępowanej wolności, magii wyobraźni, która zwykłym przedmiotom nadawała wyjątkowych znaczeń. Łza się w oku kręci.

Ana Miler

 

 

 

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.