Ratuj Głuszca
facebook

Ostatnimi czasy mamy do czynienia z ciągłym i bezustannym zachwalaniem wszelkich możliwych mediów społecznościowych. Raz nawet trafiłam na wydanie ,,Wiadomości’’, w których sympatycznie i profesjonalnie wyglądająca pani w średnim wieku tłumaczyła, co można, a czego nie można zamieszczać na takich portalach, żeby zaprezentować się w sposób godny, przyszłemu pracodawcy, który może chcieć zobaczyć, jak wygląda nasz profil i jakiego rodzaju zdjęcia czy posty na nim zamieszczamy.

Pochwalne peany tworzone na cześć i chwałę facebooka zaczynają mnie (i nie tylko) powoli mierzić. Bo o ile oczywistością są dla mnie wszystkie kampanie marketingowe, zachwalające niebywałą użyteczność tej platformy (w końcu trzeba dobrze zareklamować produkt, prawda?), o tyle spontaniczne wyrazy uznania dla ,,fejsbuczka’’, który pozwala się kontaktować ze znajomymi z całego świata, wydają mi się dość… dziecinne. Zdawać by się bowiem mogło, że żadna z osób, które tak radośnie wychwalają dzieło Zuckenberga nie pamięta o tym, że właściwie każda rzecz na świecie ma swoje dobre i złe strony. Przy czym, facebook ma złych stron zdecydowanie więcej.

Przyjrzyjmy się kilku pierwszym z rzędu.

Po pierwsze, facebook generuje silną potrzebę otrzymywania natychmiastowej gratyfikacji. Oczywiście pozytywnej, bo o ile mi wiadomo nie udostępniono jeszcze możliwości ,,znielubienia’’ czyjegoś postu. Osoby, które wrzucają na tablicę informacje typu: ,,właśnie zjadłam najcudowniejszą jajecznicę na świecie!’’, albo ,,to był odświeżający prysznic’’ oczekują, że przynajmniej kilka osób ,,polubi’’ tą informację. I tak się w rzeczywistości dzieje, chociaż dlaczego – pozostanie dla mnie tajemnicą.

Schemat, z którym mamy w tym wypadku do czynienia jest bardzo prosty i silny: informacja o działaniu (jakimkolwiek) jest równa uznaniu otoczenia. Użytkownik spędzający sporą część swojego dnia na ,,fejsbuczku’’ zaczyna się do takiej sytuacji mimowolnie przyzwyczajać i z czasem traktuje ją, jako coś w pełni normalnego. Tymczasem, gdybyśmy w życiu realnym spróbowali podejść do znajomych i uświadomić ich, że ,,właśnie zjedliśmy śniadanie’’ albo, że ,,lubimy parówki z serem’’, to w najlepszym razie taka nowość zostałaby zbyta obojętnym wzruszeniem ramion (i co najlepsze, zrobiłyby to prawdopodobnie te same osoby, które ,,zlajkowały’’ nasz post), albo dziwnym spojrzeniem. Bo w końcu, co obchodzi naszych znajomych – nawet tych najlepszych – to, że lubimy naleśniki? Albo, że wzięliśmy kąpiel? Albo, że za oknem pada deszcz? (Jakby ta informacja była czymś zaskakującym dla znajomych mieszkających dwie przecznice dalej.)

Osoby, które zostały w ten sposób przyzwyczajone do otrzymywania natychmiastowej gratyfikacji, odczuwają, więc w świecie rzeczywistym pewną frustrację, gdy okazuje się, że na uznanie otoczenia muszą sobie w sposób dłuższy i bardziej rzetelny zapracować.

Po drugie, zakładając konto na takim portalu, zaczynamy obserwować profile znajomych. Z takimi obserwacjami nieuchronnie wiąże się porównywanie naszego życia (o którego kłopotach i niedogodnościach wiemy aż nadto) z pozornie bezproblemowym i szczęśliwym życiem naszych znajomych. Właściwie w ten sposób sami przygotowujemy sobie podatny psychicznie grunt dla depresji.

Obserwując zdjęcia naszych znajomych (to w większej mierze dotyczy kobiet – w końcu jesteśmy bardziej czułe i podatne na krytykę, aniżeli mężczyźni), rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że są to zdjęcia albo odpowiednio wykadrowane, albo zwyczajnie wyretuszowane (chyba, że w istocie nasza koleżanka w realnym świecie nie wygląda tak zjawiskowo, jak na zdjęciu) – zaczynamy się bezwiednie porównywać z tym pięknym i szczęśliwym wizerunkiem, jaki jest nam prezentowany i czujemy się z tym źle. Albo budzą się w nas stare kompleksy (,,jestem gruba/brzydka/cokolwiek’’), albo rodzą się w nas nowe (,,nie jestem dość sympatyczna/przebojowa’’). Czujemy się, więc coraz bardziej zirytowane naszym wyglądem, aniżeli być powinnyśmy. Zaczynamy się odchudzać (co nie poprawia też naszego nastroju), zaczynamy ćwiczyć, zmieniamy garderobę… I ani przez chwilę nie myślimy o tym, jak w rzeczywistości wygląda życie osób, z którymi się porównujemy (właściwie, to ono wcale nie jest tak idealne, jak nasi znajomi na swoich profilach nam prezentują).

Sytuacja wygląda podobnie w przypadku zamieszczania postów na tablicy – może to infantylny schemat, ale jednak ma on przełożenie na rzeczywistość. Żyjemy bowiem w przekonaniu, że jeśli dwadzieścia osób ,,zlajkowało’’ czyjegoś posta, to znaczy, że napisała go osoba ciekawa, a jego treść jest mniej lub bardziej wartościowa lub śmieszna.

Po trzecie, coraz częściej przenosimy naszą rzeczywistość w Internet. Znam osoby, które po pożegnaniu się z koleżankami i szybkim pochłonięciu obiadu, siadają do komputera, włączają ,,fejsbuczka’’ i rozpoczynają przerwaną pół godziny wcześniej konwersację na portalu społecznościowym. W ten sposób, wybierając zamiast kawy na mieście, samotne siedzenie przed ekranem monitora coraz bardziej izolujemy się społecznie. Owszem, dobrze jest porozmawiać z kimś poprzez internetowy komunikator, ale nie można przedkładać takich ,,spotkań’’, nad spotkania realne. W końcu, w tej sytuacji jesteśmy tylko my i komputer, nie mamy poczucia bliskości drugiej osoby, nie możemy nic wyczytać z jej twarzy, z gestów, z tonu głosu…

Po czwarte, korzystanie z tego typu portali spłyca naszą osobowość. Jeśli otrzymujemy wyrazy zachwytu lub uznania, dlatego że napisaliśmy, że ,,wódka chłodzi się w zamrażarce’’ (nie zapraszając przy tym nikogo na imprezę), to będziemy tak robić dalej (w końcu jest to piękny przykład ,,drogi na skróty’’  omówionej nieco wcześniej). Poza tym, odwołujemy się w tym wypadku do reguły dowodu społecznego – będziemy działać w ramach określonej konwencji (a więc będziemy dzielić się praktycznie wszystkimi informacjami z naszego życia, które uznamy za sensowne; będziemy zamieszczać infantylne wpisy i lajkować posty innych użytkowników itd.) tylko dlatego, że inni, albo mityczni wszyscy, tak robią. A skoro robi tak ogół naszych znajomych – to musi być dobre (wiadomo, w ilości tkwi siła i dlatego większa grupa ludzi będzie mieć rację, gdyż nie może się mylić ze względu na swoją wielkość).

Po piąte, nawet w dobrej wierze zakładając konto (ostatecznie, portal ma też swoje przydatne strony, wśród których można wymienić ciągły dostęp do informacji ważnych, np. w szkole albo na uczelni), zderzamy się z bolesną rzeczywistością, a wiec z napływem informacji od znajomych. Przy czym są to często rzeczy, o których wolelibyśmy nie wiedzieć. A mianowicie – czytając wpisy znajomych, albo ich komentarze pod zdjęciami (,,hot’n’ready xd’’; ,,wogole pisze się razem downie icon razz Ciemna strona Facebooka ’’), ostatecznie też, oglądając niektóre zdjęcia (ciężarna dziewczyna znajomego, odziana jeno w kusą bieliznę; koleżanka trzymająca z uśmiechem rozfoliowaną parówkę; ludzie przytulający się do drzewa), które zamieszczają na ,,fejsbuczku’’ nieuchronnie musimy dojść do konkluzji, że wielu z nich jest zwyczajnie głupich i że jednak wolelibyśmy o tym nie wiedzieć.

Ostatnim punktem będzie smaczek, o którym naprawdę niewielu z nas myśli, a jeśli już ktoś o nim mówi, to zostaje przez otoczenie określony mianem ,,wielbiciela teorii spiskowych’’. Niemniej jednak, należy o nim dla porządku wspomnieć. A więc, zdaje mi się, że naprawdę niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że tworząc swój profil na facebooku, udostępnia publicznie informacje, które właściwie nie powinny zostać udostępnione wszystkim osobom, które dodaliśmy do znajomych.

Nie dość bowiem, że dodajemy na profil swoje zdjęcia (a więc nasz wygląd jest już znany); nie dość, że często dodajemy na tablicy posty w czasie rzeczywistym (,,jem obiad’’; ,,czytam książkę’’; ,,będę kochał się ze swoją dziewczyną’’); nie dość, że pokazujemy wszystkim, jakie osoby znamy, to jeszcze uzupełniamy te informacje o oś czasu, pokazując wszystkim, co robiliśmy kilka lat wstecz i jaka była natenczas nasza sytuacja emocjonalna. Innymi słowy, gdyby ktoś potrzebował, to na podstawie naszego konta na portalu społecznościowym, bez problemu odtworzy nasz wizerunek, znajdzie nas w danej chwili na świecie (dzięki aplikacji ,,facebook places’’), stworzy sobie nasz portret psychologiczny i odtworzy siatkę znajomych, z jakimi się kontaktujemy. W skrócie: każdy dość rozgarnięty człowiek, na podstawie danych, jakie udostępniamy w takich miejscach, może nas w ograniczonym stopniu inwigilować.

A w perspektywie pomówień facebooka o handel danymi użytkowników (Anonymous), ta wizja nie stanowi najszczęśliwszej, na jaką moglibyśmy wpaść danego dnia.

Ostatecznie zatem, można powiedzieć, że facebook stał się wyszydzanym przez przeciwników ,,face-bogiem’’, który marnuje ludzkie życia od momentu swojego powstania. Najlepszym zobrazowaniem tego stanu rzeczy są screeny dostępne na stronie facefail.pl.

Martyna Biesiada

Komentarzy: 3 w artykule: ”Ciemna strona Facebooka”

  1. Słowianin pisze:

    Co nie zmienia faktu, że są ludzie, którzy z tego wszystkiego zdają sobie sprawę. Tacy ludzie np. wykorzystują Facebooka jako narzędzie organizacji – spotkań, wieców, wydarzeń. Jako narzędzie działa to bardzo dobrze. Również niektórzy tworzą profile propagatorskie – propagujące dany prąd myślowy, ideologię lub wartości takie jak tożsamość, historia i inne. Pod tym względem Facebook to bardzo dobre narzędzie bo można dotrzeć z informacją do wielu ludzi i propagować co się chce. Idealne narzędzie dla propagowania kultury, religii (zwłaszcza tych mniej znanych), muzyki itp.

    Natomiast ci, co wrzucają opisy o tym co jedli itp. – należy im po prostu zwracać uwagę na głupotę. Nie milczeć – mówić. Na tym polega aktywne uczestnictwo w życiu społecznym. W realu gdy coś nam się nie podoba to o tym mówimy – a zatem mówmy i tutaj.

  2. NBA pisze:

    NBA…

    Wow, gorgeous website. Thnx …..

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.