Ratuj Głuszca
zarcie-to-zarcie

Być może to przez fakt, że świat jest ogarnięty wszechobecną fascynacją gotowaniem. A może przez to, że jesteśmy oszczędni i dostajemy dreszczy na widok czegoś, co odzwierciedla nasze pieniądze wyrzucone w błoto. A może to popularna polska restauratorka doprowadziła do tego, że zaczynam zwracać uwagę na pozornie nic nieznaczące detale. Jedna z tych trzech alternatyw jest na pewno prawdopodobna i sprawia, że zaczynam kochać jedzenie w znanych światowych sieciach „restauracji” szybkiej obsługi, z których nazwa jednej rozpoczyna się na „M”, a drugiej składa się z trzech dźwięcznie brzmiących liter.

Niedawno stojąc na dworcu podsłuchałam rozmowę grupki znajomych, którzy planowali wspólny wyjazd. Doszli akurat do, przynajmniej dla mnie, najbardziej interesującej części planowania, czyli obgadywania prowiantu. Uśmiechnęłam się na samą myśl o tym, jak uwielbiam fantazjować o potrawach spożytych podczas pobytu, nawet, jeśli mają być przyrządzane na własną rękę, a nie podane w restauracji. Dzięki temu moje wakacje rozpoczynają się już przed wyjazdem, kiedy robię zakupy. Mój uśmiech był szeroki, ale krótki, kiedy usłyszałam podsumowanie: „p*****lił to, żarcie, to żarcie”.

Pomyślałam, że może moi towarzysze oczekiwania na pociąg, planują jakąś ekstremalną wyprawę, więc „żarcie” to dla nich rzeczywiście tylko „żarcie”. Z drugiej strony, nie raz doświadczyłam smutnej restauracyjnej rzeczywistości, w której smak spaghetti nie różnił się niczym od smaku zupki chińskiej. Chcąc, nie chcąc 15 złotych zasadniczo różni się od 1,5 zł, więc po co przepłacać, skoro żarcie to żarcie, a 1,5 zł może równie skutecznie zapełnić żołądek, jak 15 złotych.

Mimo istnienia wielu restauracji, w przypadku których, na sam widok szyldu głodnemu rozszerza się żołądek, bytują także miejsca, gdzie już przed podaniem posiłku marzymy bardziej nawet o kostce topionego sera. Niestety takich miejsc, które przywłaszczają sobie zaszczytne miano restauracji, choć nie powinny, jest na pęczki i właśnie w takiej upłynął mi ostatni sobotni wieczór. Klimat orientu, który miał w niej panować był wyeksponowany przez czerwono-pomarańczowe ściany, wachlarz rozpostarty na jednej z nich, wybrakowane lampiony i koedukacyjną toaletę. Poza tym widoczne były skutki wzrostu cen cukru, gdyż do herbaty podano słodzik. Ja i mój towarzysz zaczęliśmy oglądać orientalne menu i zamawiać. Niestety byliśmy zdani tylko na skąpy opis dań, ponieważ kelnerka, jak na kelnerkę przystało, była tylko od podawania „żarcia” na naczyniach z orientalnymi motywami, a nie od jego znajomości. W końcu udało mi się z niej wydusić, że kurczak w sezamowej panierce, jest zrobiony na kształt klusek i otacza go sos, a także, że wieprzowina w pięciu smakach, jest wieprzowiną w pięciu smakach. Jak się później okazało dominował jeden smak – wieprzowiny, a drugiego szukałam w ryżu, ale nie znalazłam. Kluski wyjątkowo pojawiły się w kształcie płatów przypominających smażoną rybę.  Jak widać kluska to pojęcie względne. A co za tym idzie restauracja i „żarcie” też. Dlatego wychodząc jednogłośnie podjęliśmy decyzję o natychmiastowej wizycie w naszej ulubionej restauracji na „M”.

Elżbieta Gwóźdź

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.