Ratuj Głuszca
szalenstwo-prezentow-komunia

Czytając listę prezentów komunijnych, żałuje że sama nie mam już ośmiu lat. Ja mogłam liczyć tylko na rower, ewentualnie złoty łańcuszek i trochę kasy w kopertach do kieszeni mamusi… Oczywiście, że ogarnia mnie frustracja. A jak to tak? A no takie, były czasy. Za czasów moich rodziców bywało jeszcze gorzej, jak człowiek dostał składaka to skakał pod sufit i jeszcze tego samego dnia podziękował Bozi przed snem. Potem już produkowano górale i w maju wszystkie dzieci po południu wyjeżdżały na chodniki prezentując nowy nabytek, oczywiście wszystkie na czterech kółkach, ach ten wspaniały różowy rowerek z naklejką Disney’a.

Pamiętam swoją I komunię. Wykuwanie modlitw na pamięć, pieśni. Morderczy stres przy wymianie grzechów, żeby przypadkiem któregoś nie zataić, nie pominąć przed księdzem, który widzi i wie wszystko. Ale o co całe to zamieszanie? Podenerwowana mama krzątająca się po kuchni, ciotki, babcie zaangażowane do gotowania. I te wyczekiwanie na pyszne potrawy. Opłaciła się cierpliwość, były kluski, rosół i kosz pełen słodyczy, tak że już po kilku minutach mnie muliło, myślałam że zjem więcej, ale im bardziej się człowiek napatrzy tym mniej w siebie wpakuje, podziobie widelcem i rozbabrane zostawi na talerzu.

Wszyscy dookoła mnie przy stole jak jeden. Obok chrzestni, wujowie. Mama pozwoliła mi dziś zostać z dorosłymi, to mój wielki dzień przecież.

„[...]Kryśka, a gdzieś ty tą sukienkę kupiła?”, „A no wiesz my w tym roku na wakacje do Grecji”, „A Zenek znowu ma hemoroidy, ty wiesz że żadne lekarstwo mu nie pomaga?” „A w pracy? A no Krzysiek dostał awans, wiesz planujemy kupić nowy dom..”.

Tak przebiegał mój dialog, a właściwie jego brak z dorosłymi.

No i tak przebiegał mój ważny dzień. Dlaczego był ważny? Coś o jakimś pacierzu, przyjmowaniu Jezusa, wiem że trzeba się było nauczyć dziesięciu przykazań i Wierzę w Boga, do dziś umiem.

Ale kluczowym elementem była sukienka. Mama sto razy powtarzała, że w byle czym nie pójdę, żeby się wstydzić nie musiała. Wydaliśmy na nią pół wypłaty ojca. Jeszcze dziś pamiętam wżynającą się w ramię koronkę. No i ta fryzura. Nie, nie zmrużyłam oka dlatego, że udzielał mi się stres mamy, ale że te cholerne papiloty wyrywały mi cebulki włosów kiedy kładłam głowę na poduszkę. Jakoś przetrwałam, pamiętam, że mama nawet dała mi trochę swojego różu na policzki.

W kościele wszystkie stałyśmy obok siebie. Elka w złotym łańcuszku w sukni na kole i włosach skręconych w loki, Aga o nieco skromniejszej, ale za to w złotym zegarku chyba od mamy, Kasia miała usta maźnięte czerwoną pomadką i wyglądała najstarzej z nas wszystkich. Przed nami stała Iza również z naszego podwórka. W nie kipiącej blichtrem sukni, znoszonej po dwóch siostrach. Przy dole można było dostrzec lekkie zatarcia i nieumiejętnie zwężany w talii materiał, zamek na plecach obsunął się lekko na bok odsłaniając kawałek podkoszulki. Zobacz jaka wieśniaczka, Kaśka szturchnęła mnie w ramię wskazując głową na odwróconą do nas plecami Izkę. Wszystkie zaczęły chichotać, wypowiadając niemo modlitwy razem z księdzem. Izka nawet nie zareagowała, nie drgnęła, tylko jej plecy zrobiły się purpurowe.

Wtedy dotarł do mnie sens komunii, spojrzałam na swoją elegancką kreację, szepcząc w duchu : dziękuję. Po komunii wszystkie dzieciaki wybiegły na dwór wlekąc za sobą rowery, rolki i inne nabytki, które ja uwieczniałam Polaroidem. Dziś kiedy przeglądam album, dostrzegam że nie ma w nim jednej osoby. Co dostała Iza? Tego już się nie dowiem.

Aneta Bulkowska

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.