Ratuj Głuszca
pokaz-co-upolowales

Czyli rzecz o ślubach. Małe dziewczynki przymierzają welon mamy, okręcają się firaną i wychodzą za mąż za młodszych kolegów z podwórka. Małe dziewczynki słuchają bajek, gdzie książę złotowłose damy wyswobadza z wysokich wież, z rąk okrutnego smoka. Małe dziewczynki rzucają w kościele kwiatki, duże dziewczynki za to łapią bukiety i wzruszają się kiedy łamiącym głosem mężczyzna do mikrofonu mówi : Tttttttak. Duże dziewczynki nigdy się przy tym nie jąkają.

Uwarunkowania kulturowe uległy przekształceniu, żeby nie być gołosłownym, jeszcze parę lat temu nie do przyjęcia było, żeby sprawca wielkiego brzucha nie ożenił się z jego właścicielką. Dziś co najwyżej nakazać mu mogą tego przyszli teściowie, ale już nie obyczaj. Za to kobiety, tu jest zupełnie inna sprawa. Choć kobieta samotnie wychowująca dziecko nieznośna, ale i do zniesienia, to stara panna – nie rozwódka – narusza konwenanse, stając się magazynem szyderstw.

Kiedy wszystkie koleżanki noszą już obrączki narasta presja. Tym większa jeśli metryka nieubłaganie wzrasta. Singielka to zawód jak modelka, atrakcyjny do 30-tki, później stan ten jak nadużywający gościnności, zaczyna pachnieć jak ryba. Ale to przecież nie o tym. Bo to temat na osobny felieton, a może nawet kilka, a może nawet i żaden, rzecz gustu.

Tematem na dzisiaj są śluby, bo temperatura za oknem wzrasta i zaczynają rozbrzmiewać dzwony (w niektóre soboty nawet ze 3 razy) – szczególnie dające się we znaki sąsiadom kościoła – ściślej ich sens. Sensu stricte w znaczeniu kobiecym, bo mężczyzna o dziwo, darzy je mniejszą apoteozą (sic!), a jeśli już to nie otacza ich wielkim kultem. Dla mężczyzny bez znaczenia (znowu sic!) gdzie, za ile i kiedy. Ale to co robi bon ton w męskim gronie u kobiet stanowi faux pas nie do przyjęcia.

Ślub kościelny nie może obejść się bez niezbędnego savoir vivru. Bez sukni za kilka tysięcy, bez limuzyny, bez ogromnej sali, bez całej serii zdjęć, przed – po – w trakcie. Ani bez zaproszenia świadków – im więcej tym lepiej, niech wszyscy zobaczą, że nie jest starą panną, że ten nieszczęśnik ściągnięty ciasną muszką należy teraz do niej! A później niech się dzieje co chce, niech kredyty za wesele zjedzą pół wypłaty, niech rozwody z powodu zbyt szybkiej, zbyt długiej, właściwej, nie właściwej decyzji uświetniają statystyki. A niech tam! Ślub kościelny się bierze się tylko raz w życiu!

Bo przecież liczy się miłość. Liczy się to, aby być razem. Mówi się na dobre i na złe przed kapłanem. Chodzi o to by dzierżyć los wspólnie, powiedzieć raz jedyny głośniej, dosadniej : TAK to właśnie z tobą – panie młody / pani młoda – spędzę życie. Do czego więc ta sukienka? Po co te kwiaty i po co sala zapełniona po brzegi? Po co białe buty i zdjęcia wklejone na naszą – klasę. Czy można by było bez tych świadków, w ogórku, albo na bezludnej wyspie, w t-shircie, którym chodzi się po domu? Może i można by było. Gdyby tylko przede wszystkim chodziło o bycie razem, a nie między innymi o bycie razem.

Aneta Bulkowska

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.