Ratuj Głuszca
9kulej_glowna

Na dwa tygodnie przed rozpoczęciem londyńskich Igrzysk XXX Olimpiady nasz sport poniósł niepowetowaną stratę. W Warszawie w wieku niespełna 72. lat , zmarł JERZY KULEJ. Był najwybitniejszym polskim pięściarzem w historii tej ongiś narodowej dyscypliny, ukochanym wychowankiem legendarnego „Papy” Stamma.

Kim był nie trzeba nikomu przypominać. No, może najmłodszemu pokoleniu kibiców, które nie ceni ani jakoś nie zna wspaniałych kart historii polskiego sportu. Był mistrzem olimpijskim z Tokio 1964 i z Meksyku 1968. Chodził w ówczesnej wadze lekkopółśredniej (63,5 kg), mocarzem nie był, ale miał cios, technikę, szybkość, sprawność w ataku i defensywie, waleczne serce i rozum, żelazną kondycje. I w narożniku miał trenera Feliksa Stamma. To był wzór, ideał z szansami na wielką karierę, mistrzowskie pasy i pieniądze na zawodowych ringach. Ale czasy – te polityczne były, jakie były… Nigdy nie zapomnę Jego walk w olimpijskich turniejach. Tokio oglądałem w telewizorze 12-calowym, który nazywał się „Wisła”. W finale Kulej natłukł 5:0 reprezentantowi ZSRR Frołowi i kraj oszalał; tym bardziej iż kilkanaście minut wcześniej, w finale wagi lekkiej (60 kg) Józek Grudzień pokonał innego członka „sbornej” Barannikowa, a tuż po Kuleju Marian Kasprzyk (półśrednia, 67 kg) dorzucił trzecie polskie złoto po 4:1 nad Tamulisem; też w barwach ZSRR. Wtedy, w Japonii, Jurek męczył się tylko, w trzeciej walce turnieju – z Brytyjczykiem Mc Taggartem, zawodnikiem który wybitnie Mu „nie leżał”. Cztery lata później, w jesiennym Meksyku szło już dużo ciężej. Tylko 3:2 z odwiecznym rywalem – Węgrem Kajdim, 4:1 z Włochem Caprettim, 3:2 z Tiepoldem z dawnej NRD, 5:0 z Finem Nilssonem i wreszcie finał z Kubańczykiem Regueiferosem. W domu był juz telewizor z dużym ekranem, a transmisja live skończyła się gdzieś koło 5. nad ranem. Jurek przez dwie rundy dostawał manto, a w trzeciej bił i walczył jak uskrzydlony. I wygrał kolejny olimpijski finał, a w polskich domach i w Studio Olimpijskim TVP (prowadzonym przez niezapomniany i nadal niedościgniony duet Hopfer – Żemantowski) był festiwal radości, bo w boksie – wówczas narodowym sporcie – i nie tylko w nim byliśmy potęgą. Teraz, tuż przed Igrzyskami XXX Olimpiady nie ma już wśród nas Jurka Kuleja, a do turnieju na londyńskim ringu nie zakwalifikował się żaden polski bokser, a honoru – nie bez szans na medal – bronić będzie jedynaczka, pani Karolina Michalczuk…

Jurek zakończył karierę w roku 1971 z bilansem 348 walk – wygrał 317, zremisował 6, 25 przegrał. Oprócz olimpijskich triumfów były także dwa tytuły mistrza Europy (mistrzostw świata wtedy jeszcze nie rozgrywano) i 8 tytułów mistrza Polski. W roku 1972 ukończył warszawską AWF. Był trenerem, wraz z pierwszą żoną prowadził restaurację „Ring” przy Piwnej na Starówce, był – jak wtedy pisano, „fenomenem popularności”, duszą Balów Mistrzów Sportu i innych harców. Był, przykładając dzisiejszą miarę, najprawdziwszym celebrytą. Częstym gościem w telewizyjnym studio, komentatorem wydarzeń w ringu, aktorem w filmach Marka Piwowskiego, przyjacielem artystów, autorem biograficznej książki, bohaterem niezliczonych prasowych wywiadów. Ale zawsze pozostał Jerzym Kulejem.

W TVN24 Jego przyjaciel Daniel Olbrychski mówił, że u Kuleja i kolegów zawsze dziwiło go tylko jedno. Że ci ludzie walki mają takie… maleńkie, pokojowe psy, bo preferowaną rasą był i jest miniaturowy yorkshire terrier… I jeszcze jedno. Rok temu Waldemar Baszanowski zmarł w przeddzień ciężarowych zawodów Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Ciechanowie. Teraz była OOM w Muszynie i Jurek odszedł tuż przed jej rozpoczęciem. Jakieś fatum?

Żegnaj Jurku. Dzisiaj odprowadziliśmy Ciebie wszyscy w ostatnią drogę. I była to manifestacja dobrej pamięci o Tobie.

Autor: Jan Rozmarynowski

 

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.