Ratuj Głuszca
leki

Ministerstwo Zdrowia święci kolejne triumfy w ciężkiej drodze zmian i reform – pierwszego stycznia wprowadzono nowy system refundacji leków, a pierwszego lipca wprowadzono nowe recepty. Teraz, po zlikwidowaniu znaczku P (oznaczającego chorobę przewlekłą) będzie na nich widniała jeszcze odpłatność za dany lek. Wspaniale czyż nie?

W kontekście tego pomysłu chciałabym poruszyć dwa problemy: po pierwsze, co właściwie pacjentowi daje informacja, mówiąca o tym, że odpłatność za lek X będzie wynosiła jeno 30%, a za drugi już, powiedzmy, 50%? Toć może od razu lekarz powinien mu napisać ceny rynkowe. W końcu nie każdy potrafi obliczyć 50% z 20 albo 10 złotych. Praca na infolinii mnie tego nauczyła.

Dodatkowo, sprawdzanie przez lekarza odpłatności za lek, którego potrzebujemy, już po diagnozie i badaniu, sprawia, że czas, jaki spędzamy w gabinecie niepotrzebnie się wydłuża. Wiadomo, nie sposób gruntownie zbadać i zdiagnozować pacjenta w ciągu dziesięciu albo pięciu minut (nawet doktor House nie posiadł tej umiejętności), a teraz jeszcze trzeba sprawdzić, znaleźć, upewnić się, co do stopnia odpłatności leku… W ten sposób kolejki (i tak duże) powolutku powiększają nam się do rozmiarów kolejek monstrualnych. W takiej sytuacji i lekarz jest niezadowolony (tak, mili państwo, to też człowiek i też ma swoje potrzeby fizjologiczne), i pacjenci, i pielęgniarki, i rejestratorki…

Po drugie: czy ktokolwiek pomyślał o tym, co ta zmiana niesie ze sobą dla lekarzy? Udając się do specjalisty, oczekujemy, że będzie to osoba kompetentna, która nas zbada, zdiagnozuje i przepisze nam właściwy specyfik.

Oczywiście, niewielu z nas wie, jak taka praca wygląda ,,od środka’’, a więc z punktu widzenia lekarza. Wchodzimy do gabinetu (często już mocno zirytowani długim okresem oczekiwania) i zakładamy, że siedzący przed nami pan, albo siedząca przed nami pani w białym kitlu jest czymś w rodzaju chodzącej wikipedii – my opiszemy naszą dolegliwość, a on albo ona nas szybko zbada, od razu postawi odpowiednią i trafną diagnozę, od razu wypisze właściwy lek i wyjaśni, w jaki sposób mamy go zażywać.

Tymczasem nasz lekarz jest człowiekiem, jak każdy inny. Poświęca swój czas na ciągłe dokształcanie się (w końcu wszyscy cieszymy się z postępów medycyny, prawda? A dla przeciętnego doktora, takiego z powołaniem, oznacza to godziny spędzone na romansie z fachową literaturą i ciągłe podnoszenie własnych kwalifikacji, za które w dodatku musi płacić sam), musi on też zapamiętać nazwy leków, które mogą być nam potrzebne. Musi wiedzieć, w jakie interakcje wejdzie środek X ze środkiem Y, albo, co się stanie, jeśli zażywając tabletki Z sięgniemy po antybiotyk Q, albo po alkohol.

I jeszcze teraz, mili państwo, nasz lekarz będzie musiał napisać na recepcie właściwy stopień odpłatności leku. Chociaż, dokładniej, nie będzie musiał, ale jeśli tego nie zrobi, zamiast dwudziestu pięciu złotych zapłacimy ich pięćdziesiąt (a więc nasza recepta nie będzie refundowana). A nie o to przecież chodzi, prawda?

Zapytałam znajomą lekarkę (kobieta w średnim wieku, żona, matka, normalna kobieta ze swoimi marzeniami i życiowymi kłopotami), co sądzi o tych zmianach i oto co usłyszałam:

- Lekarz – powiedziała dobitnie – ma być od diagnozowania i leczenia, a urzędnicy ustalający odpłatności za leki, w tym refundacje, są właśnie od tego. Oni powinni się tym zajmować.

Jak słyszeliśmy swojego czasu, takie podejście zarówno wśród lekarzy, jak i aptekarzy jest częste (chociaż chyba nie skłamałabym, gdybym napisała, że prawdopodobnie każdy z nich myśli w ten sposób). Nie chodzi tu jednak bynajmniej tylko o to, że przedstawicielom wyżej wspomnianych zawodów zwyczajnie ,,nie chce się’’ zapamiętywać stopnia odpłatności leków.

– Lekarz nie jest od zajmowania się refundacją leków – powtórzyła moja znajoma i dodała:

- Tego nie uczy się przyszłych lekarzy na studiach. Na studiach uczy się leczenia i diagnozowania pacjenta. To urzędnicy są od refundacji. Nawet farmaceuta nie jest od tego, żeby znać i pamiętać wszystkie odpłatności za leki. Tylko odpowiednia instytucja. Nigdzie w Europie nie ma tak, żeby lekarz zajmował się refundacją leków. Pod tym względem stanowimy ewenement w skali europejskiej i nie tylko.

Rozumiem jej irytację, rozumiem irytację aptekarzy, rozumiem ogólne wzburzenie całego środowiska i pacjentów też. Przecież w istocie, nauczanie przyszłych lekarzy na studiach, stopnia odpłatności leków, albo od razu – z rozmachem! – całej listy leków refundowanych (czy widzicie oczyma duszy swojej, mili czytelnicy, kolokwium z pytaniem: ,,Wymień 15 znanych środków farmaceutycznych, obecnie refundowanych przez NFZ (razem ze stopniem odpłatności), służących leczeniu raka’’? Ja jakoś niespecjalnie…) nie ma miejsca i pewnie nie będzie miało, ponieważ taki pomysł byłby, co najmniej, kuriozalny.

- My właściwie wykonujemy pracę za urzędników, którzy zajmują się refundacją – powiedziała lekarka – więc powinni nam podnosić za to pensje. Poza tym, ja wolę się właśnie nauczyć interakcji lekowych, niż znać refundację leków.

Sytuacja z poziomem wynagrodzenia w zawodach związanych z medycyną chyba już zawsze będzie kłopotliwa – a to pielęgniarki będą narzekać, że lekarze zarabiają dużo (i jeszcze do tego ośmielają się mówić o tym, że mają niskie pensje), a one mało; a to lekarze podniosą larum, że ich koledzy posiadający trzy specjalizacje zarabiają koło trzech tysięcy złotych na rękę (proszę mi uwierzyć, że przy takich kwalifikacjach to przykładowe wynagrodzenie można zaliczyć do niskich, chociaż, rzecz jasna, w perspektywie ,,pokolenia 1500 złotych brutto’’ stanowi ono niedoścignione marzenie). Niemniej jednak, postawmy się (przynajmniej my, którzy zarabiamy) na miejscu szeregowego lekarza – pracy zdecydowanie więcej, a wynagrodzenie – to samo. Chyba nikt z nas nie byłby specjalnie zadowolony z takiego obrotu sprawy.

Dodatkowo, sama odpłatność stanowi w tym wypadku swoistą ciekawostkę

- Z tą refundacją to też ciekawa historia, bo to jest magiczne obliczanie – wyjawiła mi moja znajoma. – Niejednokrotnie to 50 procent refundacji nie wychodzi tak, jak powinno, ale z magicznej wyceny ministerstwa. Dam ci przykład, mamy antybiotyk za 29 złotych, 50 procent z 29 złotych to będzie ile? Koło piętnastu, szesnastu złotych, prawda? Tymczasem on kosztuje 22 złote. To nie jest zrozumiałe ani dla lekarza, ani dla pacjenta, dlaczego 50 procent to nie jest 50 procent, a 30 procent to nie jest 30 procent.

Dany lek podobnież jest wyceniany na podstawie najdroższego dostępnego na rynku specyfiku na daną dolegliwość i to na podstawie jego ceny wylicza się refundację. Niemniej jednak – faktycznie, magiczne myślenie prezentuje nam Ministerstwo. Postanowiłam spytać jeszcze, jak się też mojej znajomej pracuje po tej zmianie. Gorzej? Lepiej? Tak samo?

- Gorzej – powiedziała od razu – bo muszę szukać. Niby wszystkie odpłatności mam zapisane tutaj – pokazała mi dość sporą książeczkę – ale muszę szukać. A pacjent się w tym czasie niecierpliwi. Kiedy tak sprawdzam, to on zaczyna myśleć, że ma do

czynienia albo z idiotą, albo nieoduczonym, albo, że niepotrzebnie tak długo siedzi… Ja się denerwuję, pacjent się denerwuje, a kolejka rośnie.

To przykra sytuacja, konkluduję. Niezręczna z resztą trochę też, bo moja znajoma w swoim zawodzie pracuje już długo. Jest dobrym lekarzem, pacjenci ją lubią, a teraz czuje się tak, jakby nie wiedziała nic. I musi sprawdzać w książeczkach z odpłatności leków.

- Ale jaki to jest sens, jeśli te odpłatności się ciągle zmieniają? – spytała jeszcze, raczej retorycznie, zanim wyszłam. – I skoro mają się zmieniać? Więc dlaczego mamy się uczyć tego?

No więc, właściwie dla kogo były te wielkie zmiany? Dla pacjenta, dla lekarza? Po to, żeby ludziom żyło się lepiej? Żeby apteki zarabiały (chociaż te małe teraz zaczynają upadać)?

Ma ktoś jakiś pomysł? Bo ja nie.

Martyna Biesiada

 

Jeden komentarz :) w artykule: ”Nowe recepty, kolejki i kłopoty”

  1. NBA2K16 pisze:

    NBA2K16…

    I enjoy the knowledge on your websites. Thanks a ton!….

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.