Ratuj Głuszca
kobieta-mloda

Marzeniem każdej młodej dziewczyny jest wyjść za mąż za szalenie przystojnego księcia z bajki, wyglądać w sukni ślubnej jak kopciuszek na balu i żyć w stanie błogości długo, długo, aż do śmierci. Niekoniecznie za górami, za lasami, byle z dala od teściów.O dniu ślubu marzymy od dziecka. A tu ciach! Ma się te dwadzieścia parę lat i wciąż ucieka się od formalności. Mało kto decyduje się na małżeństwo w tak „młodym” wieku, że niby najpierw nauka. Ewentualnie po studiach, albo dopiero kiedy będzie stała praca.

A może przerażają nas inne fakty? Małżeństwo, jak się okazuje, to wcale nie jest bajka. Wielu o tym wie i nie chce na to zło pozwolić, dlatego urządza jakieś „czary-mary”.

Moja przygoda z przesądami zaczęła się rok temu, kiedy kuzynka skrupulatnie analizowała je przed swoim ślubem. Samo wybranie daty stanowiło już niemały problem. A gdzie tam cała reszta?!

Kuzynka do ostatniej chwili nie umiała się zdecydować czy ślub odbędzie się w czerwcu czy w sierpniu. Poszło o pogodę. Wierzyła, że słoneczna pogoda to dobra wróżba na przyszłość. Polecany przeze mnie maj odpadł już na dzień dobry. Dlaczego? Inny przesąd głosi, że zawarcie małżeństwa w miesiącu z literką „r” w jego nazwie gwarantuje szczęśliwe pożycie. Więc ostatecznie stanęło na sierpniu.

Droga kuzynka opowiedziała mi również przesąd o ślubnych butach. Ponoć na kilka dni przed uroczystością kładzie się je na parapecie, aby wpadło do nich szczęście. Odwiedziłam ją na parę dni przed weselem, ponieważ prosiła, żebym przyniosła jej swoje spinki. Nie mogło się przecież obejść bez rzeczy pożyczonej. I wtedy zobaczyłam buty na oknie. Matko z córką! Miałam ochotę zaraz zajrzeć do barku, czy aby ostatnio nie za często częstowała się nalewką dziadka. „Muszę jeszcze tylko zadbać o to, żeby zebrać więcej drobnych przed kościołem. Wiesz, kto będzie miał ich więcej, ten będzie zarządzał kasą w małżeństwie” – oznajmiła z radością. Bardzo ją lubię, ale wtedy nie mogłam jej słuchać.

W końcu i tak pamiętnego 23 sierpnia pojawił się przelotny deszcz. I co? Tłumaczyła, że jest on znakiem bożego błogosławieństwa. W końcu z kościoła wracali inną drogą niż tą, którą tam przyjechali. Wierzyli, że w ten sposób nieszczęście zmyli drogę.

Nie wyobrażam sobie nawet, co by było, gdyby młodzi strzelili inna gafę. Tak było na ślubie znajomych. Przysięga ładnie wyrecytowana, czas założyć obrączki. Pan młody był tak podekscytowany, że… upuścił obrączkę! Powaga towarzysząca uroczystości nagle się ulotniła. Pan młody cały czerwony, a panna młoda z płaczem na końcu nosa. „Dziewczyno nie rycz, tapeta ci spłynie!” – pomyślałam. Biedny, stary i schorowany ksiądz schyla się po obrączkę. Jakby nie wiedział, od czego są ministranci. „No dobra, nic się nie stało, obrączka nie wpadła przecież do kanału. Włóż jeszcze tylko na dobry palec, daj jej buzi i chodźmy się bawić.” Co prawda mówiłam to do siebie w myślach, ale wydarzenia tak się potoczyły, jakby do kawalera, tudzież świeżo upieczonego małżonka, moje słowa dotarły. Pan młody wrócił do swoich kolorów, panna młoda wzięła się w garść i gorącym i namiętnym pocałunkiem uwieńczyli ceremonię ślubną.

Kiedy przyglądam się temu weselnemu teatrzykowi, przestaje mnie dziwić wysoki procent singli. Równie mało zadziwiające było by to, gdybym kiedyś w księgarni trafiła na poradnik typu: „Planuj ślub i pamiętaj o przesądach”. Dobry dla tych wszystkich, którzy nie chcą załatwić się na starcie. Dochodzę do wniosku, że albo zostanę stara panną, albo będę żyła z partnerem na kocią łapę  – chociaż nie, babcia by tego nie przeżyła – więc będę uciekająca panną młodą! Tak czy siak, ślubu nie będzie!

Daria Cygan

 

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.