Ratuj Głuszca
kura

Kiedy większość wychodzi do biura one włączają ekspres do kawy i odpalają laptopa. Dokładnie od 9 do 16 odpisują na maile, realizują projekty, dzwonią do klientów. Nie muszą przejmować się oczkiem w rajstopach, potarganymi włosami, rozmazanym tuszem, nikt ich nie skrytykuje, poza zaniepokojonym partnerem. Czy można przyrosnąć do biurka, zapuścić korzenie w fotel? O pracy w domowym zaciszu, pełnej wad i zalet opowiadają Karina, Ela i Julia.

Nie wiem jak to się stało. Pewnego dnia po prostu zorientowałam się, że nie wzięłam porannego prysznica i w zasadzie nawet nieszczególnie mam na to ochotę. Mąż wyszedł do pracy, dzieci w szkole i tak nikt mnie nie widzi. Wykąpie się później. Spojrzałam w lustro. Włosy na wszystkie strony. „Czy już ci się nie podobam?” spytałam męża po powrocie, kulturalnie nie powiedział do tej pory nic na widok mojej piżamy i szlafroka, w którym najchętniej wyszłabym nawet do sklepu.

„Podobasz”, odpowiedział, „ale czy przypadkiem od trzech dni nie nosisz tej samej koszuli?”.

Od trzech dni? O rany, to już mamy piątek?

Karina jest z wykształcenia architektem, do niedawna pracowała w biurze projektowym. Nic wielkiego, rodzinna firma, niewielki zespół. Wystarczyło jednak by wyprasować bluzkę i nałożyć make-up. Nie tak mało, jeśli wziąć pod uwagę, że chwilowo ta czynność wydaje jej się ponad ludzkie siły. Oczywiście, że nie od początku tak było. Człowiek musi narzucić sobie dyscyplinę. Karina jest osobą pracowitą i praktyczną, o czym świadczą nie tylko dobre wyniki, ale fakt, że codziennie w wyznaczonych godzinach rzetelnie wykonuje swoje obowiązki, bez taryfy ulgowej.

Zaczęło się od chorobowego, pobyt w domu jednak tak jej się spodobał, że zaproponowała swojej szefowej, przyjaciółce realizację projektów w domu, spotkaniami i tak zajmuje się ktoś inny, ona dokonuje raczej poprawek graficznych, więc czemu nie robić tego w domu? Praca ta sama, lepsze warunki sprzyjające koncentracji.. „Zastanów się, rozleniwisz się i będziesz jak ta kura domowa”, antycypowała szefowa i przyjaciółka.

Gdzie tam! Każdemu mogłoby się zdarzyć, ale nie jej.

Dobrego początek…

Przez równe dwa miesiące wstawała przed mężem, szykowała śniadanie, przebierała, czesała, doprowadzała do ładu i dopiero po porannej garderobie pełna zapału zasiadała do komputera. Normalny tryb pracy, tylko, że zamiast biura na drugim końcu miasta urządziła sobie gabinet w sąsiednim pokoju. Krótka przerwa, spacer i znowu praca.

Zapał malał stopniowo. Najpierw rozciągnięte bluzki z kołnierzykiem wyparł rozciągnięty t-shirt, makijaż krem do twarzy. Raz się nie pomaluję, raz nie ubiorę jak trzeba, nic się nie stanie, usprawiedliwiała się. I faktycznie nic się nie stało, świat się nie zawalił, początkowo nawet nikt nie zwrócił uwagi na nowy image, który zaczął się coraz bardziej obsuwać.

Z motyla w poczwarkę

Projektowaliśmy odzież dla popularnych sieciówek, ale odkąd ruszyła sprzedaż internetowa siedzenie w biurze pięć dni w tygodniu zwyczajnie straciło sens.

Elę spotkałam u fryzjera, w przerwie pomiędzy gigantycznymi zakupami, a wizytą w salonie odnowy. Wszystko na raz, peeling, brazyliana, makijaż permanentny i to w ciągu jednej doby.

-         Przez trzy miesiące prawie w ogóle się nie czesałam – tłumaczy – poza higieną wokół swojego wyglądu nie zrobiłam nic, dokładnie tyle.

Bo i po co i dla kogo? Jedynym ratunkiem okazywał się weekend, ale i w niego przestało chcieć się jej  wychodzić.

-         Otoczenie zaczęło mnie męczyć, w duchu gardziłam znajomymi, którzy odczuwają przymus spędzania wieczorów na rautach i imprezach, choć w głębi serca czułam, że coś tracę, że niepostrzeżenie coś umyka. Stworzyłam sobie mały światek. Z osoby towarzyskiej przeistoczyłam się w modelowego introwertyka.

Przestała dostrzegać wszystko poza, a przecież to nie tak długi okres czasu, niemal wycinek. Z somnambulicznego transu, pełnego pracy i zaangażowania w dom wyrwało ją jedno zdarzenie.

-         Ola zadzwoniła, że właśnie zaparkowała pod moim blokiem. Patrzyłam z okna jak wysiada z leksusa moja najlepsza przyjaciółka i wspólniczka. Eleganckie buty, zadbane włosy i nagle dostrzegłam wyciągnięty sweter, połamane paznokcie i ziemistą cerę. Nie musiała nic mówić, szok na jej twarzy był wystarczająco wymowny.

„Bidulo, dlaczego nie powiedziałaś, że masz depresję…” – odparła najszczerzej i głosem pełnym przejęcia „znam świetnego terapeutę”.

Dzień, który nigdy się nie kończy

Pracę w domu wspominam jak największy koszmar – mówi Julia – było dokładnie jak w „Dniu świstaka”. Pobudka, prysznic, śniadanie, praca, praca, praca, sen i znowu poranek.

Praca tłumacza nie wymaga stałej obecności w biurze, jednak dobrze jest wyjść czasem do ludzi, stwierdza bohaterka. Wcześniej mając swoją siedzibę w jednej z firm pracowała na zwiększonych obrotach,

-         Mimo że praca wysysała ze mnie energię to paradoksalnie była również źródłem satysfakcji – dodaje.

-         Praca w domu nie jest dobra na dłuższą metę – tłumaczy socjolog Andrzej Karaś – człowiek z natury jest jednostką społeczną, całkowita izolacja powoduje, że potrzeby społeczne zaczynają zanikać. Taka atrofia nie jest niczym dobrym i prowadzi nie tylko do osłabienia więzi społecznych, ale przede wszystkim do uczucia pustki i osamotnienia. Praca w domu tak, ale nie na długo i powinno się wówczas częściej wychodzić na zewnątrz.

Tu niezastąpione są wieczory z przyjaciółmi, weekendy poza miastem. Praca w domu absorbuje bardziej niż w tradycyjnym biurze, gdzie często już o 16 nogi automatycznie kierują się w stronę wyjścia, tu nie ma, dokąd się śpieszyć. Dotyczy to przede wszystkim freelancerów, informatyków, grafików, których z roku na rok przybywa, ale i copywriterów.

-         Poważnie zacząłem się martwić o swoją żonę – mówi Paweł, mąż Kariny – w pewnym momencie wydawało mi się, że ten stan nie będzie miał końca. Poważnie zacząłem rozpatrywać wizytę lekarza, wypytywałem znajomych czy to normalne.

Na szczęście krótko po naszej rozmowie Karina wróciła do wcześniejszego trybu organizując na nowo swoje życie. Obowiązki, kontakt z ludźmi wtłoczył ją w naturalny rytm dnia, już nie pozwala sobie na chodzenie cały dzień w piżamie, no może tylko w niedziele…

Ana Miller

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.