Ratuj Głuszca
maturzysta

Czyli obiecany wam, drodzy czytelnicy, artykuł o tym, dlaczego nie powinny nas zbytnio cieszyć wyniki maturalne. Z resztą, jak w tytule: co piąty maturzysta oblał w tym roku egzamin dojrzałości, jak ogłosiła Centralna Komisja Egzaminacyjna.

Teraz spójrzmy na to w trochę inny sposób. Bardzo często mamy w szkołach do czynienia – i to bynajmniej nie tylko w tych gimnazjalnych, co poruszyła koleżanka Ana Miller w swoim artykule – ze swoistym ,,przepychaniem’’ słabszych uczniów przez nauczycieli, którzy zwyczajnie nie mają ochoty dłużej się z nimi męczyć. Oczywiście – na głos się o tym nie mówi.

Z resztą, ja jako osoba niezwykle wyczulona wobec wszelkich przejawów ludzkiej głupoty, jestem w stanie taką sytuację zrozumieć. W końcu, gdybym była matematyczką, a uczeń poproszony o przyniesienie z innej klasy ekierki wraca z kątomierzem (sytuacja ma miejsce, drogi czytelniku, w trzeciej klasie liceum i to w profilu matematycznym) i zaczyna tłumaczyć się, że to jest w istocie ekierka, tylko, że inna, może wywołać coś w rodzaju chwilowego załamania nerwowego i zwątpienia we własne umiejętności pedagogiczne.

Nie jestem jednak w stanie pojąć sytuacji, w której wspomniany uczeń otrzymuje ocenę dopuszczającą na koniec (chociaż w żaden sposób na nią nie zasługuje) i zostaje wypchnięty ze szkoły, ponieważ jest problematyczny i nikt nie chce się z nim dłużej kłócić, przejmować, doglądać go i tak dalej. Po pierwsze, ta sytuacja jest jawnie niesprawiedliwą wobec innych osób, które dawały z siebie na lekcjach mniej lub więcej, które starały się z całych sił zaliczyć przedmiot i które zarywały noce, ucząc się solidnie do kolejnej kartkówki. Po drugie, taki uczeń zostaje dopuszczony do matury.

I zdaje ją.

Mówię teraz o moim roczniku, bodaj przedostatnim, przed wprowadzeniem obowiązkowej matury z matematyki. Dodam, że uczeń, o którym wspomniałam, bynajmniej nie cechował się nadmiernymi talentami humanistycznymi, albo biologicznymi. Ot, czasami zdarza się człowiek, który nie potrafi zrobić praktycznie nic, ale jest przekonany, że wkrótce zostanie Władcą Świata.

Od tej pory, egzamin maturalny staje się coraz łatwiejszy. Rzecz jasna, w przypadku języka polskiego i wypracowań egzaminacyjnych, wciąż trafiają się mniej lub bardziej poczytne lektury, jednak uczniowie, którzy zadawali sobie trud zapoznania się z książkami (a nie ze streszczeniami) nigdy nie będą mieć problemów z analizą tekstu literackiego. Więc nie stanowi to żadnego problemu, ani żadnego wytłumaczenia.

Niemniej jednak, postępujący spadek poziomu matury staje się zjawiskiem niepokojącym. Po pierwsze, dlatego, że egzamin, który miał eliminować uczniów słabszych, posiadających niższy poziom wiedzy – nie spełnia już swoich funkcji. Po drugie, dlatego, że wywołuje on złudny stan samozadowolenia w społeczeństwie.

Skoro zatem nie filtruje się maturzystów pod kątem ich wiedzy, a w każdym razie robi się to coraz mniej skutecznie, takie osoby (posiadające mierne, albo raczej średnie wyniki w liceum) dostają się na studia. Oczywiście, wybierają najczęściej kierunki mniej lub bardziej humanistyczne, bo w końcu jakoś tak się utarło wśród ,,delikatnego kwiatu młodej inteligencji polskiej’’, że jeśli obliczenie 80% ze 120(złotych) przerasta nasze zdolności intelektualne, to stanowi to niezbity dowód tego, że… jesteśmy humanistami!

Tymczasem, obecni humaniści, z tymi prawdziwymi niestety niewiele mają wspólnego. I najczęściej nawet nie czytali Gombrowicza, ponieważ ,,on bez sensu pisał’’ (mam wrażenie, że pan Witold przewracałby się w grobie, gdyby tylko mógł). O znajomości dzieł Mickiewicza, Słowackiego czy Miłosza nie wspominając. Z resztą, jeśli chodzi o znajomość języków obcych, albo łaciny czy greki (humaniści szczycili się ongiś umiejętnością czytania klasyków w oryginale), to też nie ma tu nic więcej do powiedzenia. W końcu to języki martwe, po co ich uczyć?

Takie osoby kończą najczęściej studia, które, w zasadzie, przy takim podejściu, niewiele im dają i zasilają tym samym rynek polskich bezrobotnych, dziwiąc się, że świat nie potrzebuje – na już, na teraz – ich niesamowitego talentu krytyka filmowego, literaturoznawcy, bibliotekoznawcy czy polonisty.

Rzecz jasna, w tej chwili nieco wyolbrzymiam, drodzy czytelnicy, ale kontrast jest tym, co najlepiej przemawia do ludzkiej wyobraźni.

Z kolei drugi problem, związany z postępującym i złudnym samozadowoleniem polskiego społeczeństwa, jest w tym wypadku nie mniej poważny. Cały czas zewsząd bombardują nas informacje, mówiące o tym, że ,,coraz więcej osób zdało maturę’’. W praktyce jednak, wcale nie oznacza to, że te osoby posiadają wiedzę potrzebną, żeby w istocie egzamin dojrzałości zdać. Pokolenia naszych rodziców mają wiele do powiedzenia w tym temacie. W końcu często słyszymy padające z ich ust sformułowania typu: ,,Tego to ja się uczyłem/uczyłam w podstawówce’’. Warto zaznaczyć, że najczęściej słowa te padają wtedy, kiedy nie potrafimy sobie poradzić z materiałem z chemii, matematyki czy biologii w liceum. Rzadko kiedy z polskiego, ale jakoś tak utarło się w narodzie przekonanie, że skoro uczeń potrafi ułożyć mniej lub bardziej składną wypowiedź, to już język polski zna (co w rzeczywistości stanowi dość infantylne i wykazujące się sporą ignorancją podejście do tematu).

Od lat mamy do czynienia z obniżaniem poziomu nauczania w polskich szkołach. Coraz więcej przedmiotów jest prowadzonych w niewłaściwy sposób, czasami zdarzają się klasy profilowane, w których przedmioty takie, jak fizyka, biologia czy chemia, zwyczajnie odpadają w drugiej klasie i na tym kończy się ich nauczanie. Teraz, w kontekście dość kontrowersyjnych zmian, proponowanych przez MEN sytuacja będzie wyglądała jeszcze gorzej.

Bo wykształcimy sobie pokolenie młodych polaków, które może i nie będzie miało najmniejszego problemu z odczytaniem danych z tabelki, zaznaczeniem odpowiedzi na arkuszu egzaminacyjnym, ale o królowej Jadwidze już nic nam nie powie, a o powstaniu warszawskim będzie wiedziało tylko tyle, że… ono było. I koniec.

Potem, tacy uczniowie, przystąpią do matury, która już wśród wielu staje się okazją do drwiny. W końcu, chyba każdy z nas widział obrazek, który krążył w Internecie, tuż po zakończeniu tegorocznego egzaminu z matematyki. Przedstawiał on bałwanka złożonego z cyferek (jak w kolorowankach dla dzieci) i okraszony został podpisem ,,połącz cyferki od 1 do x – matura z matematyki 2013’’. Rzecz jasna, nie przeszkodziło to tym 13% uczniów, którzy z ,,królową nauk’’ wciąż mają na bakier i których czeka sierpniowa poprawka.

Następnie sytuacja potoczy się już podobnie – będziemy mieli kolejne pokolenia niewyedukowanych studentów, którzy otrzymali dyplom i którzy nie otrzymają zatrudnienia. Bo pracodawcy, poza tym, że cechują się pewnym cynizmem, naprawdę nie potrzebują w swojej firmie pana Kowalskiego, którego trzeba wszystkiego uczyć od nowa, bo statystyczny Kowalski właściwej i gruntownej edukacji nie otrzymał.

Innymi słowy, może nieco ostrzej – wyprodukujemy względnie tanią (bo z braku lepszych perspektyw imającą się jakiegokolwiek zatrudnienia), niewykwalifikowaną w żaden sposób, niewyedukowaną siłę roboczą. O.

Z tej perspektywy ,,wiedza humanistyczna/matematyczna w pigułce’’, którą tak próbuje forsować MEN za pomocą nowych zmian, wydaje się pomysłem nietrafionym. Bo być może, przyszły informatyk czy inżynier nie musi być specjalnie zapoznany z trenami Kochanowskiego, a cytowanie wierszy miłosnych Mickiewicza przyda mu się tylko w ramach niekonwencjonalnego podrywu, ale już w sytuacji odwrotnej – przyszły polonista, albo filmoznawca powinien chociaż potrafić obliczyć 80% ze 120.

Dodatkowo, wymuszanie na piętnasto- i szesnastolatkach dokonania jednej z najważniejszych decyzji, a więc do wyboru potencjalnego kierunku studiów jest… cokolwiek złe. W końcu chyba żadne z nas w tym wieku nie wiedziało, co tak właściwie chce w życiu robić. Więc kompleksowe (chociaż coraz gorszej jakości) kształcenie stanowiło w tym wypadku dobry pomysł.

Poza tym, niewielu z nas myśli w tym wypadku perspektywicznie – kiedyś sami zostaniemy rodzicami, i kiedyś przyjdzie do nas nasza latorośl, zadając pytanie: ,,Mama, a jak się pisze…’’, albo ,,A co to było z Westeplatte?’’ I co wtedy zrobimy? Odpalimy komputer, otworzymy Worda, wpiszemy słowo (bo, oczywiście, mamy stosowny papier, potwierdzający naszą dysortografię i dysleksję) – jeśli podkreśli, to znaczy, że błąd? Albo odpowiemy: ,,idź, córcia, poszukaj na wikipedii?’’.

Smutne, nieprawdaż?

Martyna Biesiada

 

 

 

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.