Ratuj Głuszca
blues-randka-andrzejki

Wybrałem się wczoraj na randkę nietypową – połączoną z koncertem bluesowym. Andrzejkowy wieczór w Miejskim Centrum Kultury w Rudzie Śląskiej zgromadził publikę w bardzo różnym wieku. Jak można się było spodziewać bluesa czują zarówno nestorzy po 60-tce jak i wyluzowane Dzieci Kwiaty 21 wieku, na koncercie można było spotkać także kilka prawdziwych dzieciaków zdecydowanie w wieku przedszkolnym zawieszonych na szyjach rozbujanych rodziców.

Koncert po 18:00 z delikatnym poślizgiem czasowym rozpoczął niezawodny Gang Olsena. Począwszy od kreacji scenicznej, w której rudzka kapela zawsze czuła się znakomicie, poprzez wykonanie (żywiołowe i pełne prawdziwej energii). Solenizant Papa-Gonzo bawił i rozruszał publiczność można powiedzieć „od strzału”. W ten środowy wieczór, chyba każdy przyszedł poczuć miły dreszcz emocji muzycznych i pozwolić swobodnie przepływać muzyce przez swoje wnętrze. Bez wątpienia rhythm ‘n’ bluesowy Gang wstrzelił się idealnie w te gusta. Zagrali „Jak tu nie wypić”, „Kołysankę o Nowym Jorku” – oczywiście „bujając” bez wysiłku wszystkich przybyłych. Charyzma zespołu i wokalisty nie polega wyłącznie na tym że to „nasze chopy”. Oni po prostu umieją się bawić muzyką i rozmawiają z publicznością na swobodnym można powiedzieć bluesowym poziomie. Na domknięcie swego świetnego występu grupa zagrała takie hity jak „Białe myszy dzikie koty”, „Power Man” czy pełen znakomitego humoru „Krzysztof K.”. Występ Gangu Olsena można ocenić jako stanowczo zbyt krótki.

Kolejnym miłym akcentem wczorajszej randki, (poza prywatnie dla mnie, uroczym towarzystwem) był występ Ściganych. Przyznaję się bez bicia, że tych chłopaków nie słuchałem wcześniej. A szkoda, bo grają fajnie i ciekawie opowiadają bluesowe historie. Poczynając od takich perełek jak „Niby razem” dynamiczny „W górę, w dół”, czy dość osobisty dla Maćka Lipiny utwór „Bądź prawdziwa”, piosenki tej śląskiej grupy traktują o rzeczach istotnych dla każdego, takich jak życie w zgodzie ze sobą, zmaganie z dniem codziennym, sercowe uniesienia i porażki. To dobry, wpadający w ucho rock and roll, trochę klasycznego rocka, ogólnie pozytywna mieszanka. Pod koniec występu tej supportującej kapeli można się było spodziewać, że gwiazdy (czyli Dżem) dokończą dzieła i rozbujana publiczność doświadczy czegoś mocno niezwykłego w samym środku tygodnia.

I tu niestety – rozczarowanie. Znam Dżem od początków jego istnienia z lat osiemdziesiątych i zawsze doceniałem ich profesjonalne, niemal perfekcyjne podejście do muzyki. Pod tym kątem było nieźle. Rzeczywiście dali radę. Za to brakowało kilka ważnych – może nawet dużo ważniejszych elementów. Po pierwsze kompletnie management zespołu nie panował nad doborem zakresu utworów. Nowe numery, być może ciekawe i godne wysłuchania wymieszano z kilkoma starociami jak „Boczny wiatr”, „Paw”, czy „Detox”, dzięki czemu publiczność z przedziału 30-40 mogła w ogóle cokolwiek pośpiewać.

Zabrakło jednak wielu żelaznych koncertowych hitów jak: „Harley mój”, „List do M.”, że nie wspomnę już o skandalicznym braku odśpiewania „Whisky” czy „Cegły”. Na okrasę lub pocieszenie Maciek Balcar wykonał wprawdzie „Wehikuł czasu” oraz znakomity „Do kołyski”, ale w kontekście całości występ oceniam jako bardzo zawodowy, poprawny i… nudny. Na szczęście dla mnie koncert był tylko dodatkiem i tak go potraktowałem. A poza tym obejrzeliśmy i posłuchaliśmy z Narzeczoną kilka naprawdę dobrych kawałków w trakcie występów suportowych. Patrząc po reakcji większości osób na widowni rodzi się pytanie kto kogo powinien wspierać zgodnie z zasadą, że najlepsza wisienka na torcie zostaje na deser?

Autor: Marcin Janicki

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.