Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Przygnębienie. To przeważające uczucie, które towarzyszy człowiekowi wchodzącemu do publicznych szpitali. Nie wiem czy wszystkich, ale pewnie większości. I jak tu, człowieku, wyzdrowieć, gdy otaczają cię odrapane ściany, zapach nie wietrzonych sal, śmieci tarzające się po podłodze? Parę miesięcy temu w jednym ze śląskich szpitali, kobieta w średnim wieku wyskoczyła przez okno. Z siódmego piętra. Podobno cierpiała na depresję. Nie dziwi mnie to. Wczoraj weszłam do tego samego szpitala, żeby odwiedzić wujka po zawale. Jedyne schludne i ładne pomieszczenie, jakie znalazłam w tym budynku to mała kafejka, sklepik z kanapkami i salonik prasowy, w których, w porównaniu do całości, można się było poczuć, jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Reszta – syf, kiła i mogiła. W przenośni i niestety dosłownie również.

 

Weszłam na salę dla chorych i oprócz czterech mężczyzn, leżących na swoich łóżkach, zobaczyłam też cztery puste butelki po wodzie mineralnej, walające się gdzieś w kątach, a nawet pod materacem jednego z łóżek. Pourywane plastikowe wieszaki na garderobę, zasłony, jak obrusy ściągnięte z PRL-owskiego stołu kuchennego. Nie wspominając o metalowych szafkach, powyginanych we wszystkie strony świata z oderwanymi uchwytami. Ledwo mieści się na nich talerz z jedzeniem. O ile można to coś, na tym talerzu, tak nazwać. Jedno jest pewne – jeśli jest tym czymś zupa, to pacjent musi ją czym prędzej jeść, żeby nie wystygła na skutek powiewu wiatru z okien, które choć podobno nowe, to już się nie domykają. Na pytanie pacjenta pod oknem, czy można coś z tym zrobić, pielęgniarka odpowiada, że owszem – można się przykryć. Problem w tym, że szpitalna pościel może nie uchronić przed intensywnymi podmuchami wiatru, zwłaszcza jesienią, bo w niektórych miejscach wygląda, jak zużyta płachta na byka, tyle, że biała.

 

Napisanie, z czego to wszystko wynika, jest chyba tylko formalnością. Owy szpital jest zadłużony na ponad 20 milionów złotych. Włodarze miasta, w którym się znajduje, jak zwykle mając coś na swoje usprawiedliwienie, postanowili uczynić cudowny gest i go uratować. Z pomocą, niczym Robin Hood przybyła więc, prywatna firma, która ma się stać dzierżawcą. Lekarze oraz część tamtejszej społeczności stwierdziła jednak, że nie będzie ona tak dobra dla biednych jak Robin Hood i oprócz tego, że będzie zabierać bogatym, szarpnie także kieszonkę biedniejszych. W ich obronie walecznie stanęła pewna pani doktor, była posłanka z ramienia ZChN, która często zaczynając swoją wypowiedź, powiada „Ja, jako lekarz”. Śmiem twierdzić, że robi to nawet podczas codziennych zakupów, mówiąc „Ja, jako lekarz, poproszę słonecznik łuskany i surówkę z pora”. „Ja, jako lekarz poproszę polędwiczki wieprzowe i butelkę Bordeaux”. „Ja, jako lekarz powinnam w pierwszej kolejności zadbać o swoje zdrowie.” I tak dalej. Jako ciekawostkę, dodam tylko, że ta waleczna pani doktor bardzo lubi również poezję i daje to po sobie poznać, komponując wiersze o premierze Tusku.

 

W ramach ratowania szpitala skomponowała, natomiast, własną wersję „Wesela”, łącząc się z niezadowolonymi mieszkańcami miasta w chocholim tańcu, jakim był protest. Nie omieszkała wygłosić prologu w postaci „Ja, jako lekarz”. Ale prawdziwy poeta, nie może zapominać o swoich gestach rozpoznawczych. Spokojnie pani doktor. Pani twórczość już zasłużyła na miano pomnika trwalszego niż ze spiżu.

 

I jak, w takich warunkach, pacjent szpitala ma pozostać przy zdrowych zmysłach, gdy jak nie tynk ze starej ściany leci mu na głowę, to zawodzenia pani doktor, że z jego pieniędzy te ściany pomalują?

 

Elżbieta Gwóźdź

 

Foto: sxc.hu

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.