Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Kibicem być! – Naszych kochać! – Wrogów lać! To mogłyby być fundamentalne zasady życia pseudokibica. Ba! Może nawet tych parę równoważników zdań nadawałoby się na ich kodeks spisany mieszanką piwa, śliny i krwi wrogich ‘plemion’. Chociaż nie, słaby pomysł. Przecież to nie w ich stylu: mało brutalne, zbyt wyniosłe, bez zsiniałego wyrazu, poza tym za mało tu…pierwiastka grubiaństwa, wulgaryzmu i demolki. Słusznie.

 

Zresztą, to tylko parę słów. A czym są słowa dla pseudokibica. Liczą się czyny! Ha! A jakże… chociaż, trzeba przyznać – czyny to chłopaki chyba trochę za bardzo sobie wzięły do serca.

 

Ale, wracajac… Zastanawialiście się kiedyś jak może wyglądać taki jeden dzień wyrwany z życia pseudokibica? Spróbujmy wziąć sobie dzień z kalendarza takiego delikwenta. Powiedzmy, że to piątek, Nie byle jaki piątek. Piątek Wspaniały- dzień Derby!

 

No więc zabawę czas zacząć!

 

Piątek, godzina 15 (4 godziny do meczu)

 

Co robimy? Ano jak to co! To chyba jasne, że przed taką imprezą idziemy z chłopakami wprawić się w dobry nastrój. Bo co tak bez przygotowania?! Wstyd by się było pokazać! No to idziemy, spotykamy się przed okolicznym pubem-spelunką, wchodzimy i… jedno piwko-za naszych! Drugie piwko-za pierwszą bramkę! Trzecia kolejka (robi się weselej)- za zwycięstwo naszych! Ole! Ole! Ole!

 

Oho!..koledze Xsińskiemu zebrało się na wylewność. Coś mu nie przypadła do gustu odpowiedź jaką zaserwował mu sprawnie kolega przy barze. Już krzesło poszło w ruch. Już Zetowski wziął go na stronę. Biedny barman stoi z miną przerażonego dziecka, z rozdziabionymi ustami i z ręką zatrudnioną do obronnego gestu, a przed oczami ma prawdopodobny obraz porozbijanych kufli, stołów porozstawianych po ścianach i walających się wszędzie kawałków powybijanych szyb. A jednak nie, sytuacja opanowana, ale na zegarku wskazówka dobija do 5-tej – czas się zbierać koledzy!

 

Chłopaki naprzód. Już dobrze po 17 a trzeba jeszcze dobry kawałek przejść na przystanek. Potem załadować się do tramwaju lini 65. Droga na przystanek, jak to droga. Idziemy, śpiewamy, drzemy się w niebogłosy. A niech wiedzą! Niech wiedzą , że Nasi grają! Mecz ważna rzecz! Kolega z lewej, co podtrzymuje się za szalik Igreka krzyczy i ciągnie piwo z flaszki, co zdążył zgarnąć przy wyjściu z baru.

 

Śpiewamy, zapijamy wers, znowu śpiewamy, butelka wędruje z rąk do rąk. Kolegom idącym z przodu płot się rzucił na czoła. No to raz, dwa, trzy i 6 sztachet jak były tak nie ma. No co?! Nam będą przeszkadzać!? Nam!? Wreszcie dobiliśmy do przystanku, na szczęście kierowca ma podjechać lada moment. Wyjąłem więc spray i już na przystanku jest nasz znak. Odpowiednio wykorzystane 2 i pół minuty to przecież jak wieczność, to niech też mamy z tej wieczności pożytek. Znaczone to nasze! Ot co!

 

Ooo, a gdzie to Xksiński się zgubił z Zetowskim? Aaa, no tak no tak, sprawy poszli załatwić, bo tak z ciążącym niemiłosiernie pęcherzem to ciężko, ciężko… Idą-nareszcie!

 

Ludzie odchodzą, a co my-trędowaci? Ja nie mogę, co za głupi naród! Tramwaj podjeżdża, ładujemy się do środka. No to jedziemy!

 

Piątek, godzina 18 (60 minut do meczu)

 

Pośpieszyłby się ślimak jeden! Jak tak dalej pójdzie to nie zdążymy na mecz i jeszcze jakieś łachudry nam miejsca pozajmują. Chłopaki coś tam wrzeszczą. O przepraszam-pomyłka, śpiewają naszą pieśń ku czci i chwale Naszych. Drą się wymachując szalikami w każdą stronę. Nasz przystanek-wysiadka! Wyszli? Wyszli. Niektórzy raczej pełzną, ale pełzną dzielnie!

 

Dochodzi 19.

 

Ulokowani każdy na swoim miejscu, siedzimy na trybunach. Nic nie słychać prócz trąb, wrzasków i gwizdów. Dobrze, że siedzimy tak daleko od tych kretynów nie-naszych.

 

Mecz się zaczyna. 90 minut, po 60 tracę głos w okrzykach. Xksiński piekli się okrutnie, bo tracimy kolejną bramkę. Gwizdek zwiastujący koniec meczu nie wróży nic dobrego. 3:1 dla nie-naszych. Porażka! No trudno, jak trza to trza! Nie odejdą w jednym kawałku. Za honor walczyć trzeba!

 

Około 21 (kilkanaście minut po meczu)

 

Już na trybunach zaczyna się rzucanie butelkami, kopanie, rzucanie obelg po adresem nie-naszych i vice versa. Skaczemy sobie do gardeł niczym psy jakieś co o ostatnią kość na świecie walczą. Już wszyscy kumple do wyjścia się rzucili. I tamci też. W sumie racja, na zewnątrz więcej miejsca będzie żeby mordy im obić i nauczkę dać, że na nasz teren wleźli.

 

I już prawy sierpowy, lewy, i z główki, na oślep wyrzucam kończyny w powietrze, a nuż się trafi czyjaś głowa, ręka, brzuch czy co to tam chcecie, i tak wszystko jedno byle trafić.

 

Jeden- trafiony zatopiony, drugi, trzeci, czwarty mi umknął, za to ja oberwałem. Ból w okolicach brzucha rwie potwornie. Cholera, w głowę też oberwałem, a tu oko zdaje się mi zaraz wylecieć z oczodołu gdzie jego miejsce. Sinieje, oj czuję, że sinieje.

 

Policja się zjawia, jest ich tu jak psów burków. Czas się zmywać, gorąco się robi, a gumowe pałki to czuć na ciele jak 5 ciosów od tych cieniasów nie-naszych. Zbieramy swoich i biegniemy co sił w nogach, zanim nas dorwą i zgarnią na dwadzieścia cztery.

 

Około 23.

 

Idziemy, Igrek zamiata nogami, ledwo się włóczy. Z nas wszystkich oberwał najbardziej. Do wesela się zagoi, co to ani nie pierwszy ani nie ostatni raz, a ofiary jakieś muszą być! Grunt, że im pokazaliśmy! W drodze dumni, że mimo porażki naszej drużyny myśmy zwycieżyli, idziemy i śpiewamy pieśń ku chwale Naszych. Wszędzie ciemno, ale co nas to obchodzi. Niech wiedzą! Niech wiedzą, że my z meczu wracamy! I butelką któryś, chyba Zetowski, rzucił oburącz w ścianę jakiejś chałupy co stała najbliżej. I drzemy się znowu, i śpiewamy i pijemy.

 

Ooo, coś się browar kończy. I czym tu zalać robaka? To do monopolowego trza skoczyć. Idzie Zetowski z Xksińskim, facet zza lady przestraszony cały. Dobrze, że chociaż wie jak sie zachować. Zapytany przez jednego za kim jest, odpowiada „Za naszymi”. I dobrze! Nie wdawał się Xksiński w szczegóły, nie ma czasu na to, głowa boli, suszy okrutnie. Czas wracać do domu.

 

W drodze już na nikogo się nie natknęliśmy. A nawet jeśli ktoś pojawiał się na horyzoncie, to błyskawicznie z niego znikał. Siła autorytetu ostatecznie, co nie? I dobrze, że znikają, nie mamy ochoty na jakieś tępe gęby patrzeć. Żegna się Igrek z chłopakami, śpiewamy ostatni raz pieśń naszą. Gulnął sobie na „do widzenia” i tyle go widzieli.

 

-„Do następnego!” – drze się jeszcze za nami wchodząc do domu.

 

Co z tego wynika? Ano nic. Mamy jedynie wyśmienity przepis na pseudokibica: oto szczypta „zupki chmielowej”, odrobina idiotyzmu, nutka strachu doda smaczek z domieszką agresji i wandalizmu. No i na deserek, całkowicie dla relaksu nieśmiertelna zasada, że dopóty, dopóki krew sie nie poleje, to nie ma imprezy. I voila! Piłkarskie igrzyska czas zacząć!

 

Małgorzata Morcinek

Foto: sxc.hu

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.