Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Drogi Czytelniku, już śpieszę z wyjaśnieniem, dlaczego nie widzisz obok, przy tak klarownym tytule, zdjęcia chudej jak kij od szczotki modelki, na niebotycznych obcasach lub koturnach przechadzającej się wdzięcznie po nowojorskim wybiegu. Otóż wybieg ten nie ma nic wspólnego z tym, co chcę przekazać. Światowi projektanci również. Nie mówiąc już o kiju od szczotki. To, co chcę przekazać nie jest wcale przyjemne. Za to wzbudza moje emocje, a ściślej rzecz ujmując wzbudza to tragiczne uczucie, którego nie jestem w stanie do końca wytłumaczyć. Coś w rodzaju przejmującego ścisku w klatce piersiowej, który wyzwala we mnie psychiczne cierpienie. Jedyny zewnętrzny objaw tego bólu to uniesiona, w akcie bezradności, moja lewa brew. Ale powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać, choć nie mogę tego zrozumieć. A tym czymś jest małżeństwo.

 

Oczywiście nie mam na myśli długoletniego i udanego małżeństwa pani Krysi z panem Heniem. Świeżutki ożenek 30-letniego Piotrka (może być nawet 25-letni) z rówieśniczką Baśką, też mi nie przeszkadza. W ogóle, to żadne małżeństwo mi nie przeszkadza, tylko niektóre mnie dziwią i to do tego stopnia, że wywołują we mnie negatywne emocje. Tak się złożyło, że od miesiąca jestem naszpikowana uczuciami tego rodzaju. A to dlatego, że każdy „gorący news”, który słyszę niesie informację o rychłych zaślubinach moich znajomych. Ludzi, którzy skończyli dopiero tyle lat, że gdyby mieszkali w USA, cieszyliby się świeżo nabytą pełnoletnością. I to jest właśnie ten trend, o którym mowa w tytule.

 

Nazwałam go trendem, bo mam wrażenie, że ta masówka to nowa moda. Tak jakby projektantom wyczerpały się pomysły i brak nowego kroju spodni, sukienek i butów spowodował desperackie poszukiwanie czegoś, co można wpisać w styl. Ale projektanci są, funkcjonują i tworzą. Nie ma deficytu nowych kolekcji. Za to jest deficyt rozumu. No bo, jak inaczej wyjaśnić tą, w zasadzie niewytłumaczalną, historię małżeńskiego zalewu? Najłatwiej byłby zakwalifikować to zjawisko do grupy tych, w których mamy UFO. Jednak, zamiast pójść na łatwiznę, spróbujmy to wytłumaczyć.

 

Może i jestem odrobinę staroświecka. Albo nawet bardzo staroświecka, dla opozycyjnego obozu zwolenników małżonerii, jak sobie nazwałam te nowe praktyki. Najchętniej wsadziliby mnie żywcem do trumny i zakopali obok swojej prababci, żebym znalazła u jej rozkładającego się boku, spokój ducha. Pewnie nie mam racji, co do każdego przypadku, ale nie opuszcza mnie przeświadczenie, że większość 20-latków dobrowolnie skraca sobie życie, na początku jego trzeciej dekady biorąc ślub.

 

Można i tak, ale co to ma na celu, jeśli ten wybór poprzedza rezygnacja z kilku najlepszych etapów, jakie wypadałoby zaliczyć podczas bytowania na tym ziemskim padole? Co ze studiami, kilkoma latami niezależności, szaleństwem młodzieńczego upajania (upijania?) się życiem? Nie wierzę, że może być coś lepszego niż to. A jeszcze bardziej nie wierzę, że piękni 20-letni stają się zaobrączkowanymi 20-letnimi. Niezbyt trafna wymiana, jak dla mnie, zwłaszcza, jeśli szczytem spełnienia świeżo upieczonej małżonki jest podanie wracającemu z pracy mężusiowi, zupy. Zrobienie której, z resztą, staje się nadrzędnym celem każdego kolejnego dnia, dopóki nie „wsiąknie” w pieluchy.

 

Nie sądzę, żebym kiedykolwiek, potrafiła czymkolwiek, wytłumaczyć małżonerię, chyba, że wspomnianym wcześniej deficytem, niezbędnej do mądrego życia, zdolności na literę „R” (tak, wiem, że przeciwnicy moich poglądów, w tej chwili, przypisują mi jej brak). Pozostawiam, więc, tę kwestię psychologom, ewentualnie projektantom mody. Może oni, pośrednio, zmniejszą moje cierpienie.

 

Elżbieta Pachuła

Foto: sxc.hu

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.