Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Z tym, że Amerykanie robią dobre produkcje, zgodzę się. Coroczne rozdanie złotych statuetek w postaci smukłych i zgrabniutkich reprodukcji mężczyzny o wdzięcznym imieniu Oscar w zasadzie to potwierdza, chociaż w tym roku ze „Slumdogiem” zdecydowanie przesadzili. Ale dajmy spokój oscarowym niuansom. Bardziej jasne i niezaprzeczalne niż to, że zachód jest na zachodzie, a wschód na wschodzie, jest fakt, że Fabryka Snów co roku, oprócz kilku niezłych kąsków ambitniejszego kina serwuje nam na deser potężną porcję gniotów w sosie własnym.I oto niedawno miałam niepowtarzalną (bo z pewnością był to pierwszy i ostatni raz) okazję zobaczyć niesamowite wypociny nowego szefa kuchni, Scotta Derricksona. Och, ileż ja sama musiałam się napocić, aby wytrwać w tym katastroficznym odmęcie pseudoideologicznego g…. „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”. Nic dodać, nic ująć tylko pobożnie przemilczeć kolejny dowód na to, jak bardzo Amerykanie lubią przedstawiać męczeństwo swego narodu w obliczu kolejnej filmowej zagłady. Na otarcie łez wypada zobaczyć klasyk a zarazem oryginał tego filmu z 1951 roku. „Dzień Niepodległości” był przynajmniej zabawny.

„Armageddon” i Bruce Willis w uniformie kosmonauty jeszcze do przełknięcia. Ale to jest niewybaczalne. Nie pomogła ani Jennifer Connely, ani Keanu Reeves. Nawet Kyle Chandler zapomniał przeczytać poranną gazetę.
Aczkolwiek było to, co zwykle. Bliżej nieokreślony obiekt z kosmosu przybywa na Manhattan. Potem producenci faszerują publiczność bohaterstwem wspaniale zorganizowanego wojska USA, gotowego oddać życie za cały glob. I na tym ich rola się kończy. Kulisty obiekt w centrum Nowego Jorku stoi sobie w najlepsze. Wszyscy grają w kulki. Oczywiście kończy się dobrze. Oprócz kilku nieruchomości zeżartych przez żyjątka przypominające ołowiowe chrząszcze, ostatecznie ludzkość wychodzi obronną ręką ze zbliżającej się katastrofy. A to za sprawą odkrycia w głębi duszy resztek ludzkiego zmysłu moralnego i poczucia miłosierdzia dla otaczającego nas świata. Nie był potrzeby nawet żaden superbohater.

Ale Amerykanie domagali się nowego superbohatera już wcześniej. Jakby na to nie patrzeć, od czasów, kiedy Superman, Batman i Spiderman na dobre stali się hermetycznie zamkniętą elitą superherosów, nikt nie był na tyle dobry, aby wkupić się w ich krąg. I tu przejdę do kolejnego przykładu. Czoła temu zadaniu, ku radości skomercjalizowanej części globu, stawił Peter Berg i ekipa jego walecznych producentów. W ramach przypomnienia, wyżej wymieniony reżyser ma na koncie kilka tychże gniotów pod tytułem „Światła stadionów” czy „Witajcie w dżungli”. Jednak, jak każdy człowiek oprócz upadków, miał też swoje wzloty, do których należy między innymi „Królestwo”.

Zostawmy, jednak na chwilę przyziemność i powróćmy do nadnaturalnych mocy. Berg serwuje nam potężną dawkę bohaterstwa w postaci filmu „Hancock”. O tak, dawka to spora i w połączeniu z ogromem efektów specjalnych, wręcz zatrważająca. Twórcy mieli całkiem ciekawy pomysł na film (czasownik „mieć” użyty w czasie przeszłym jest tu jak najbardziej na miejscu), biorąc pod uwagę fakt, że tytułowy bohater łamie konwencje komiksowych herosów. Zamiast przyoblec swą nadprzyrodzoną moc w adekwatny kombinezon i szacowną pelerynę, od dawna nosi wyświechtane sportowe spodenki i brudną koszulkę. Hancock mieszka w obskurnej przyczepie, pije i śmierdzi, a do tego jest stale zirytowany i zgryźliwy. Jeżeli kogoś uratuje to raczej nie jest to wyraz zmysłu moralnego, ale pragnienie świętego spokoju. Wszystko, czego potrzebuje do szczęścia to butelka Johnny’ego Walkera, względnie szkockiej whisky, a nie jakaś heroiczna pomoc dla zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

Jeśli już jesteśmy przy łamaniu stereotypu superbohatera, warto dodać, że siła Hancocka jest bardziej destruktywna niż naprawcza i ocalająca – podczas wykonywania przez niego „misji” bilans zysków i szkód się równoważy. Tak więc Miasto Aniołów go nie lubi. A jeśli nie lubią go mieszkańcy L.A., to trudno, żeby zyskał sympatię większości amerykańskiej widowni.

I tu wkraczają tłuści przedstawiciele United International Pictures i cisną swoje pulchne paluchy w scenariusz. Pchają się z tymi otłuszczonymi, starymi jak świat pomysłami wzbogacenia jeszcze jedną produkcją, amerykańskiej, wypuczonej tandety rozrywkowej. Obowiązkowy zabieg, jaki przeprowadzają panowie z UIP, to rzucenie na losy bohatera rysy, jakże niesmacznej konwencji „from zero to Hero”. Hancock ratuje życie Ray’owi – specjaliście od public relations, który w dowód wdzięczności postanawia zmienić jego wizerunek. No i stało się. Z małego komercyjnego smrodku powstaje duszący odór komercji. Oprócz podnoszenia samochodów jednym palcem i kilku tornad na koniec, reżyser dopuszcza się jeszcze wkładania w usta aktorów coraz bardziej durnych kwestii. Jakby tego było mało pojawia się dramatyzm, co całkowicie kłóci się z faktem, że „Hancock” to w założeniu komedia. Tak, tak, komedia, choć częstotliwość występowania komizmu jest w tym filmie na tyle niska, że cały zmieścił się w dwuminutowym trailerze. By nie tracić czasu, proponuję pozostać na obejrzeniu zwiastuna. Mamy tam wszystkie momenty, które można wrzucić do worka z napisem „względnie śmieszne”.

I tak to tytułowy bohater przechodzi radykalną, błyskawiczną i, jak przystoi na amerykańskie kino, cudowną metamorfozę, dzięki której pozbywa się swojej nadszarpniętej reputacji. Ziścił się więc cudowny amerykański sen, rodacy mogą przestać wołać „we need a Hero!”. Nawet ci najbardziej wybredni, powinni czuć się usatysfakcjonowani, kiedy w ostatnich sekwencjach filmu pojawia się irytujący patetyzm, który u bardziej cywilizowanych widzów wzbudzi serię tłumionego śmiechu, będącego wyrazem uczucia beznadziejnej bezsilności i żalu za grzechy Berga i jego kompanów. Grającego główną rolę Willa Smitha należałoby przestrzec, aby kolejny scenariusz przeczytał z uwagą albo, by przynajmniej wystrzegał się tych, w których palce maczają tłuściochy z cygarami z czołowych agencji filmowych. To samo ostrzeżenie dla Charlize Theron. Na początku, bowiem, scenariusz zawierał podobno pikantne sceny erotyczne i soczystą dawkę wulgaryzmów. Niestety, ostatecznie zrobiono z niego wakacyjny hit dla całej rodziny. Śmiem domniemać, że film ten nie został obdarowany Złotą Maliną wyłącznie za sprawą efektów specjalnych, które z pewnością lubią członkowie „malinowej” komisji. Jednak w myśl przysłowia, „nie ma złego, co na dobre nie wyjdzie”, również „Hancock”, jak i wcześniej wspomniany film Derricksona posiadają swój ukryty sens i dobre strony – polecam wszystkim tym, którzy chcieliby sobie przypomnieć, dlaczego nie lubią amerykańskiego kiczu w kinematografii.

Elżbieta Pachuła

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.