Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Ostatnio zostałam zaproszona na urodziny do znajomego. Bardzo miły wieczór uświetniła relacja z 14-stej Konfrontacji Sztuk Walki. Naprawdę. Było lepiej niż na występie najlepszych polskich kabaretów. Uśmialiśmy się po pachy. Zacznijmy od tego, że sama nazwa MMA jest już zabawna. W rozwinięciu brzmi bardziej, jak nazwa muzeum Myszki Miki, niż coś, co ma związek ze sztukami walki. Ale w skrócie na pewno brzmi lepiej niż KSW, które laikowi równie dobrze może się kojarzyć z Katolickim Stowarzyszeniem Wychowawców.

 

Tego samego laika może, jednak, zaciekawić określenie, jakim posłużono się by nazwać poczynania zawodników – „Dzień Sądu”. Gdyby, więc, dzień sądu miał tak wyglądać, wolałabym od razu trafić do piekła, niż czekać na osądzenie i mieć ewentualną szansę na wieczność w Niebie. Nie mówiąc już o tym, że nazwa ta bardziej pasuje nawet do turnieju hokeja na trawie.

 

W przypadku 14-stej KSW, owo określenie odnosiło się do starcia Mariusza Pudzianowskiego i jego kolegi po fachu zza oceanu, a raczej żywego fast-fooda po fachu, zza oceanu. Z tym, że nie był tak apetyczny, jak faktyczny fast-food. Do celów porównawczych nie mogą też posłużyć wszystkie dania z tej półki, bo proporcjami Erik „Butterbean” Esch na pewno nie przystawał, na przykład, do hot-doga. Ale to kwestia poboczna. Najważniejsze, że nasz wspaniały „Pudzian” pokonał rywala, rozkładając go na łopatki, żeby nie powiedzieć, na bitki.

 

Walka, jak na dzień sądu, trwała stosunkowo krótko, mimo że poprzedziło ją długie wyczekiwanie. Na szczęście umiliły je inne konfrontacje. Oprócz tych na ringu, było nią także starcie Mateusza Krauwursta z amerykańskim hymnem. Zwycięzca „Fabryki Gwiazd” miał go zaśpiewać przed pojawieniem się „Butterbean’a”. Zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego do występu Mateusza nie dołączyła Edyta Górniak.

 

Równie emocjonującą walkę stoczył Krzysztof Kułak Podobno. Niestety przed jego występem dziwnym zbiegiem okoliczności poczułam potrzebę skorzystania z łazienki. Kiedy wróciłam prezentował z dumą swój jęzor, co miało być oznaką triumfu nad przeciwnikiem. Jeśli dodać do tego widoku irokeza na jego głowie, z profilu wyglądał jak prehistoryczna jaszczurka. Z wizerunku rodem z Jurassic Park wykluczał go jednak tatuaż na szyi. Czerwone kobiece usta, a pod nimi napis „Nikomu nie ufaj” wyglądały bardzo…złowieszczo. Podobnie zresztą, jak samo pojawienie się zawodnika w Atlas Arenie, gdyż przybył na nią ambulansem. Ale biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej za swój transport obrał czołg, karetka może wydawać się skromna.

 

Z niecierpliwością wyczekujemy wraz ze znajomymi, kolejnej KSW. Zamiast wydawać pieniądze na wieczory kabaretowe, można je przecież przeznaczyć na coś innego, bo udaną zabawę i tak mamy zagwarantowaną. Zwłaszcza, że może być naprawdę ciekawie – chodzą słuchy, że przed występem zawodników zza granicy ma zaśpiewać Wróbelek Elemelek, a Krzysztof Kułak przybędzie na miejsce karocą Kopciuszka.

 

Elżbieta Gwóźdź

 

Foto: PAP

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.