Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Święta. Czas życzliwości, pojednania i miłości. Kolejne mamy za sobą. Podczas tych minionych świątecznych dni pozwoliłam sobie na refleksję w kierunku wiary. Naszej polskiej wiary katolickiej. I doszłam do przykrego wniosku, że katolicy w Polsce dzielą się przeważnie na dwie grupy – pozorantów i ignorantów. Obie spotykają się w Domu Bożym na cotygodniowej Mszy niedzielnej oraz w pozostałe dni świąteczne. Łączy je jedno – obłuda. Jest też pewna różnica. Pozoranci stawiają sobie za cel błyśnięcie w oczach sąsiadów, znajomych i nieznajomych. Dlatego na niedzielną Mszę mobilizują całą rodzinę, nie wyłączając teściowych i teściów i przyjeżdżają na kościelny parking lśniącym Lexusem, za który kredyt będą spłacać do końca życia. Kościół jest dla nich miejscem, w którym można olśnić, niestety nie Pana Boga.

 

Ignoranci, co prawda, nie chcą błyszczeć, ale w przychodzeniu na Mszę, też mają swój cel. Robią to najczęściej dla świętego spokoju lub by dać ciągłość rutynie. To zazwyczaj nastolatki, których rodzice nie potrafią przeboleć buntu swoich dzieci wobec Boga. Rodzice, którzy muszą zaprowadzić swoje dzieci do kościoła, aby przypadkiem nie stały się w przyszłości członkami sekt lub gangów. Młodzi, którzy wierzą, że dzięki temu zyskają uznanie praktykującego obiektu swoich westchnień lub tacy, którzy po prostu nie chcą się z nim o to pokłócić.

 

Ta droga prowadzi do tego, że w kościele dochodzi do przedziwnych sytuacji, które nie mają wiele wspólnego z życzliwością albo pojednaniem. Miłość w tym wypadku to tylko abstrakcja. W i tak już gęstym tłumie, kiedy brakuje miejsc siedzących, ludzie zachowują się tak jakby nie pochodzili od małp, ale od bydła. Przy wchodzeniu i wychodzeniu zawsze tworzy się większy korek i ciasnota niż w kolejkach za PRL-u. Podczas przyjmowania Komunii Świętej powstaje coś w rodzaju maratonu. Znajdą się i tacy, którym do głowy nie przyjdzie, żeby przepuścić straszą panią, która nie ma już zdrowia ani sił, żeby pobiec w maratonie.

 

Będąc w kościele czasem odnoszę wrażenie, że jestem na sali gimnastycznej podczas zajęć z wychowania fizycznego. Najczęściej ktoś obrywa czyimś ramieniem lub rogiem ogromnej damskiej torebki (swoją drogą dlaczego nie wziąć ze sobą torby podróżnej na Mszę?). Oczywiście nie ma tutaj mowy o żadnym „przepraszam” czy chociaż życzliwym, przepraszającym uśmiechu.

 

Są jeszcze sytuacje, gdy nagle przenoszę się oczami wyobraźni do parku. Zdarza mi się to zwłaszcza wtedy, kiedy wzdłuż i wszerz kościoła spacerują matki ze swoimi dziećmi. Dreptają sobie w najlepsze niemalże na ołtarzu, pod nosem księdza, za nic mając jego kazanie. Uśmiech pojawia się na mojej twarzy zawsze, gdy po 20 minutach od rozpoczęcia Eucharystii, tłum się ściska, żeby zrobić miejsce pewnej starszej damie, która szuka wolnego miejsca jak oszalała mysz uciekająca przed kocurem, która nie potrafi trafić do swej kryjówki. Obraz jest uroczy, gdy jakimś cudem uda jej się znaleźć kilkucentymetrowy skrawek ławki. Ogórki. Wystarczy włożyć do słoika i zalać. Tak wygląda reszta biedaków z owej ławki. Sytuacyjna szopka, która przez to powstaje, niweczy już nawet sens stawiania w Święta tej betlejemskiej. No chyba, że dla tych, którzy nie zaliczają się do tych dwóch, wymienionych wcześniej grup.

 

Jestem daleka od świętego oburzenia, ale widok tylu hipokrytów w jednym miejscu jest nie tyle żenujący, co bolesny. Oczywiście nie wątpię w to, że od czasu do czasu, któryś z nich dostępuje natchnienia. Jednak póki co wygląda na to, że mamy do czynienia z nowym wyznaniem – pseudokatolicyzmem.

 

Elżbieta Pachuła

 

Foto: PAP

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.