Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Oto jest. Najnowsze dziecko Ameryki dobrnęło do polskich kin. Efekty są natychmiastowe – od razu zaśmierdziało. Ci, którzy mają wyostrzony zmysł węchu muszą bardzo cierpieć. Niestety nie mamy dla nich dobrych wieści, niezwykle intensywny odór komercji będzie unosił się co najmniej do momentu zejścia tego amerykańskiego gówienka z ekranów.Opary są bardzo szkodliwe, u słabych osobników mogą spowodować nawet trwałe odmóżdżenie. Dlatego wchodząc na salę kinową, aby obejrzeć „2012”, koniecznie zabierzmy ze sobą maseczkę ochronną.

 

?Są rzeczy, o których się nie dyskutuje albo raczej dyskutować nie warto, można jedynie załamać ręce w akcie bezsilności. Jedna z nich to komercyjność amerykańskiego kina. Zrośnięta z nim niczym bliźnięta syjamskie. Biedni Tarantino, Soderbergh i kilku innych, których można policzyć na palcach dwóch rąk i jednej stopy. W tych trudnych czasach przyszło im ratować rodzimą kinematografię atakowaną przez zachłyśniętych technologią półgłówków z orzeszkiem pistacjowym zamiast mózgu. Tamtejsi producenci zdecydowanie nie lubią, kiedy recenzent ich nowego dzieła nie użyje w swojej wypowiedzi przymiotnika kasowy bądź bardzo lubianego określenia – bijący rekordy popularności. Największymi snobami w tej kwestii są twórcy filmów katastroficznych i science fiction. Łączy ich wszystkich jeszcze jedna cecha – zatrważająca głupota.

 

Bycie twórcą filmowym to coś niezwykłego. W połączeniu z zarabianiem pieniędzy to prawdopodobnie najlepszy zawód na świecie. Ale żeby tak było trzeba jeszcze posiadać intelekt i mieć zdolność wartościowania. Producenci filmów z Ameryki mają jednak inną zdolność, w której osiągnęli niewiarygodny kunszt – zdolność tworzenia gniotów. Gniot made in USA posiada kilka charakterystycznych cech. Po pierwsze zadziwiający idiotyzm. Po drugie ogłupiający idiotyzm. Po trzecie skrajnie niesamowity idiotyzm. Po czwarte idiotyzm wywołujący odruchy wymiotne. Między każdym z tych etapów jest jeszcze idiotyzm doprowadzający do śmiechu, który ostatecznie jednak i tak prowadzi do rozpaczy. W tej pełnej goryczy konkluzji utwierdził mnie film, o mającym rzekomo niedługo nadejść, końcu świata.

 

Najnowsze dzieło niemieckiego reżysera, który przesiąknął Hollywood niczym pampers. Roland Emmerich. Podejrzewa się, że jego kariera rozwija się dzięki codziennej medytacji nad mniej lub bardziej prawdopodobną destrukcją. I tak oto jej owocem stał się „Dzień Niepodległości”, skąd inną zabawny i jak lata 90’ robiący wrażenie. Potem zaatakowała Godzilla. Następnie było mrożące krew w żyłach globalne zlodowacenie, czyli „Pojutrze”. A teraz Roland ma dla nas apokalipsę. „2012” – film niezgodny z prawami fizyki i ze zdrowym rozsądkiem też niezgodny. W fabule dziury wielkości stanu Kalifornia. Chyba nawet Arnold by sobie z nimi nie poradził. Efekty specjalne, owszem, widowiskowe, ale co tego, jeśli zabija je schematyczność? Kolejne sceny są bardziej przewidywalne niż upał w lipcu. Nie obeszło się też bez bohaterskich poczynań głównego bohatera, który przed każdym zagrożeniem zdążył umknąć w ostatniej milisekundzie. Obojętnie czy był to walący się most czy przepaść, do której wpadł. Dziwne, bo nie przypominał mi Supermana. Obowiązkowo pojawiła się jeszcze patetyczna mowa prezydenta, kreująca Amerykę na przodownika narodów.

 

Pozostaje nam mieć nadzieję, że skoro Emmerich przedstawił nam już katastrofę nad katastrofami, to zakończy się jego destrukcyjny rausz. Tego jemu i samym sobie z całego serca życzymy.

 

Elżbieta Pachuła

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.