Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Jakiś czas temu czytałam obszerny artykuł na temat wychowania seksualnego w szkołach. Ogólny wniosek z niego płynący nie był optymistyczny, bo i samo wychowanie, a raczej jego brak, też optymistycznie nie wygląda. Nauczyciele wstydzą się rozmawiać o seksie. Pedagodzy też. A tak nawiasem mówiąc to, jakie jedni i drudzy mają kompetencje do mówienia o seksie do młodzieży? Sam fakt, jaką nazwę noszą te lekcje, jest już pożałowania godny. „Wychowanie do życia w rodzinie”. Tak, jakby uczono na nich, jak radzić sobie z dzieckiem nie-jadkiem, mężem z gatunku przynieś-mi-piwo-kobieto i upierdliwymi teściami, żeby wszyscy byli zadowoleni i spełnieni, a nie o potrzebie zakładania prezerwatywy podczas stosunku, jeśli nie planuje się dzieci. No, ale skoro wypada na takich zajęciach, chociaż kilka razy wymówić słowo „seks”, to umieszczenie przymiotnika „seksualne” przy rzeczowniku „wychowanie”, byłoby już barierą nie do przejścia. Za dużo krępujących wyrazów, które musiałyby wymawiać różne osoby, nie tylko prowadzące lekcje. Oprócz nich dyrektor i wicedyrektor, rodzice i uczniowie oraz inni nauczyciele niezwiązani z tematem, przy okazji ustalania terminu odrabiania zajęć. Dlatego, żeby sobie życie ułatwić i nie skazywać się na zbytecznie oblewanie twarzy czerwonym pąsem, zostało „wychowanie do życia w rodzinie”.

 

Przed zaczerwienieniem i zawstydzeniem chronią też zamienniki określonych wyrazów, jakie nauczyciele stosują na zajęciach. Chciałabym napisać, że to wyrazy bliskoznaczne, ale nie mogę, a to dlatego, że: nie możecie robić TEGO przed ślubem, bo zabrania TEGO religia katolicka i morale. To zdanie można łatwo rozszyfrować, gorzej z takim: TO nie służy do TEGO, ani TAMTO też nie do TEGO. TO i TAMTO jest do TEGO, ale TO można dopiero w małżeństwie, żeby TO w TYM i TAMTYM nie spowodowało, że będzie TO. Być może się mylę wyciągając wnioski na podstawie jednego artykułu, bo sama nigdy takich zajęć w szkole nie miałam. Były plany, ale jak to bywa przy drażliwej kwestii, szybko o niej zapomniano, a szkoda, bo mam wrażenie, że mogłyby pomóc kilku znajomym osobom, jeśli byłby prowadzone w odpowiedni sposób. Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie, żeby ktoś z elity nauczycielskiej, oprócz pani z biologii był w stanie bez zawstydzenia wypowiedzieć słowo „wagina”, „członek”, ani tym bardziej „łechtaczka” czy „orgazm”. Więc, mimo wszystko, powyższy schemat wydaje mi się bardzo prawdopodobny.

 

W ten sposób z lekcji mających uświadamiać młodych, powstaje obraz żenady i rozpaczy. Nikt nie wie, co ma powiedzieć ani jak zareagować. Młodzież wstydzi się pytać, a nauczyciele odpowiadać, ale jeśli już dosięgnie ich ta konieczność, szukają pomocy w brzmiących niezbyt pomocnie dźwiękach „ech, ach, umm, no eeee, taa, chyba tyle mogę na ten temat powiedzieć, Stasiu”. Wygląda na to, że seks nadal jest tematem tabu, choć świat temu zaprzecza. Chociaż nie, dla jednych grup seks nie jest tabu, dla innych przeciwnie. Wydaje się, że nie jest dla rówieśników, ludzi nieskrępowanych swoją fizycznością i seksualnością, wyzwolonych kobiet itd. Do tej drugiej grupy większość z nas zaliczyłaby pewnie starsze pokolenia, dla których seksualność z pewnością była i jest tabu. Ale wyjątek od reguły występuje i tu, choć wydawać by się mogło, że nie ma zbyt wielkich szans. Ku mojemu zdziwieniu stałam się świadkiem tego wyjątku, maleńkiego, cennego jak złoto, ziarenka nadziei, że strzała wielebnego z Torunia nie jest w stanie dosięgnąć wszystkich puchatych nakryć głowy.

 

Tę cudowną świadomość dane mi było poczuć w pociągu, do którego, razem ze mną, wsiadła pewna starsza dama z towarzyszem płci męskiej, wyglądającym na jej rówieśnika. Kobieta, która początkowo nie zwróciła mojej uwagi niczym szczególnym, nagle i zupełnie nieświadomie wręcz wbiła mnie w niewygodne i plastikowe siedzenie za sprawą jednego słowa. „Seks”. Wypowiedziane bez przeszkód, barier, szeptu, ściszania głosu, zasłaniania ust ręką. Za chwilę doszły do tego tabletki i kondomy. Moja współpasażerka naturalnie i bezpretensjonalnie dziwiła się, że młodzież nie używa zabezpieczeń podczas seksu, skutkiem czego dochodzi do niechcianych ciąż. Nie oburzała się na to, że do tych ciąż dochodzi, bo młodzież uprawia seks. Oburzała się, ponieważ młodzież uprawiając seks, nie korzysta z dostępnych na rynku produktów, które mogą zabezpieczyć przed niechcianą ciążą. Potem oburzyła się jeszcze raz, na swoją znajomą, która potępia rodziców żyjących bez ślubu. Mówiła, że tego nie rozumie, jak można uważać, że czegoś takiej rodzinie brakuje i może być przez to krytykowana. Ta kobieta nie chciała zbratać się z młodymi wygłaszając taki sąd, ona po prostu tak myślała.

 

Kiedy mówiła, wyobraziłam sobie, że wypowiada się przed publicznością złożoną ze starszego pokolenia, do którego sama należy. Od razu przyszło mi do głowy demonstracyjne opuszczanie sali, powarkiwania zgromadzonych, gdzieś w zakamarku świadomości dojrzałam też lecące jajko oraz ciotki i babki czerwone na twarzy i zbulwersowane. Zatem przeniesienie jej wypowiedzi do publicznego przemówienia nie skończyłoby się najlepiej. A szkoda, bo dałoby więcej niż niejedne zajęcia z cyklu „wychowanie do życia w rodzinie”, które powinno zmienić nazwę na „wychowanie do życia w rodzinie – lepiej zostań samoukiem”.

 

Elżbieta Pachuła

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.