Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Leń, obżartuch, impertynent – ile razy takimi słowami określałeś swojego administratora? Oczywiście, kiedy szlag cię trafiał, bo serwer dostał czkawki albo nawet ty sam miałeś kłopoty z łączem, określenia te zastępowałeś mniej wybrednymi synonimami. Co gorsza, kiedy już udało ci się wydłubać numer GG albo odnaleźć numer telefonu swojego admina, dowiadujesz się, że „wszystko jest OK tylko twój skrypt nie działa poprawnie”. A ty wiesz dobrze, że gdzie indziej działało idealnie. I co zrobić z takim typem, który nosi nos wyżej niż czoło?

Pracuję w IT od 10 lat – kiedyś jako domorosły webmaster, freelancer, potem jako handlowiec w firmie zajmującej się sprzedażą usług webmasterskich, potem jeszcze jako firma jednoosobowa i informatyk w dużej firmie księgarskiej. Typowy życiorys – nic szczególnego. Od ponad roku pracuję przy profesjonalnym hostingu i mam sposobność korzystać z pomocy adminów, których nieraz doprowadzam do białej gorączki zachciankami swoimi lub klientów. Staram się kreować dobrą markę produktu, rozmawiam z klientami, wychodzę im naprzeciw. Z drugiej strony mam „naszych ludzi”.  Mówiąc krótko: jestem między młotem a kowadłem. Jak dzisiaj odbieram pracę administratora?  Posłuchajcie.

 

Dzień admina zaczyna się od sterty e-maili, które trzeba przeczytać „wszystkie i natychmiast”. Rzecz jasna, po zarwanej nocy przy doszlifowywaniu drobiazgów na serwerze, wiadro kawy przynosi niewielkie ukojenie. Na samą myśl o ilości problemów, głowa pęka, a wszystko musi być poukładane w swoich „szufladach”, więc trzeba zbudować kolejkę spraw na dzisiaj.

 

Potem zaczynają się telefony: ktoś zapomniał hasła, komuś coś zginęło z poczty, ktoś prosi o backup sprzed roku – zaczyna się codzienny młyn. Na ekranach terminale z czarnym tłem i mnóstwem „robaczków” zrozumiałych tylko dla wybrańców. Klika kęsów batonika, łyk napoju dodaje skrzydeł szybciej niż w reklamie, bo nie ma tyle czasu, i umożliwia utrzymanie pozycji siedzącej. Po kolei zmieniają się funkcje i dopisywane zapytania do baz danych, żeby uchwycić co właściwie się stało na koncie Pani X, gdzie zapodział się ważny e-mail Pana Y… Jeden temat goni drugi. Kolejny telefon: „postaramy się znaleźć Pana pliki w backupach… nie, nie możemy tego zrobić w tej chwili, prosimy o maila z nazwą Państwa konta… aby coś odnaleźć musimy wiedzieć, czego szukamy.”

 

Mniej więcej w połowie dniówki przyjeżdża upragniona pizza. Trzeba szybko się zapchać, bo kolejka zadań coraz większa… kolejne telefony, kolejne maile. Wreszcie przychodzi koniec zmiany, dyżur obejmuje ktoś inny. Uff, nie mam pojęcia, chłopaki, jak Wam się udało odkopać spod tej góry. Można iść do domu i położyć się leniwie w wannie. Potem wieczór z rodziną, ale pod telefonem, bo licho nie śpi.

 

Dzisiaj pracuję w innym miejscu, nadal jestem klientem adminów – szorstkich, czasami wręcz nieprzyjemnych facetów łasych na słodycze, ale jedno wiem – na pewno nie leniwych! Jak mawia młodzież – pełen szacun dla waszej roboty!

Marjan

baner webserwer Admin też człowiek

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.