Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Jak to jest – pyta Weronika – jak to jest kiedy wszystko, w co wierzyłaś do tej pory, kiedy filary zaufania, które budowałaś przez ostatnie dwadzieścia lat runęły w gruzach, czy nie korciło Cię, żeby pozostać w gliszczach? Tam gdzie większość kobiet dała się przygwoździć, przyćmić nadmiarem stresu i uwierzyć po raz kolejny w słowa ludzi, którzy wpajają Ci, że już niczego nie zrobisz, że nie poradzisz sobie sama, czy nie łatwiej uciec? Przyjąć bierną postawę, ciepły kawałek, kąt, z którego czerpiesz przestrzeń cudzego tlenu, miłego komfortu stałości, bez mobilizowania sił na walkę, czyż nie byłoby łatwiej? Byłoby łatwiej, mało tego oszczędziłoby mi to trzydzieści procent włosów, kilku wizyt u lekarza i środków nasennych. Ale nawet najdłuższa rzeka łez ma swój koniec, w końcu trzeba postawić tamę i zabarykadować dostęp ciśnienia, które spycha sukcesywnie na margines. Oczywiście, że mogłam, pytasz mnie. Oczywiście, że mogłam jak typowa kurka schować się do kurnika i nadal wysiadywać jajeczka. Mogłam gotować dalej swój rosół i wraz z grzecznościowym uśmiechem nakrywać do stołu pod hasłem „przepraszam”. Przepraszam, że nie mam czasu, bo od rana do wieczora prałam twoje skarpety, przepraszam, że jestem zbyt zmęczona wychowywaniem dzieci, przepraszam, że tyle mówię, ale nie mogłam wygadać jak ty się w pracy. „Nic się nie stało, kochanie” odpowie z dobrym humorem, bo jego myśli już dawno zawieszone są w przestrzeni pomiędzy boginią wenus, a służbowym telefonem.

 

Zdrada małżeńska, najbardziej bolesna, to ta najmniej niespodziwana. Wiadomo przecież, że mamy mężczyzn, po których mniej lub bardziej spodziewamy się owych skoków w bok, ale są też i tacy, których podejrzewać nie wypada, a nawet nie przychodzi na myśl, ale tacy też się zdarzają. Ale nawet oczekiwanie na frontalny atak nie chroni nas przed uderzeniem z boku i bądź tu mądra.

 

„Kobieta po 40-tce jak auto, trzeba zmienić na lepszy model” powiedział któregoś wieczoru mąż do kolegi w symbiozie żargonu. Po czym niesmaczną atmosferę, którą wywołała moja reakcja przygasił swym uwodzicielskim uśmiechem, „to tylko żart, kochanie”. Ile dziś było w tym żarcie z samego żartu musiałam się dowiedzieć nie wcześniej niż po dwóch latach. Myśl ta jak natrętny pryszcz rosła pod skórą, by wydobyć się na powierzchnie w najmniej oczekiwanym momencie, zarażając wszystko dookoła.

 

Zaczęło się niewinnie, nieoczekiwanie. Blokowanie telefonu, podkreślanie przestrzeni osobistej, zawężanie sfery, do której stara, brzydka żona mogłaby mieć dostęp. Później tajemnicze rozmowy, mało czasu, krótsze, zbywalcze dyskusje i przyznanie do winy, które nastąpiło dużo, dużo wcześniej. Gdyż gdybym natężyła ucho i przyciągnęła uwagę do słów wypowiadanych w postaci wyżej wymienionych zwodniczych, amerykańskich joke’ów, wiedziałabym, że rozprawiał o tym dawno. Naszym odwiecznym problemem jest, że wciąż słuchając nie słyszymy, obserwując nie widzimy nawet z zestawem najlepszych soczewek Johnsona i najnowocześniejszym aparatem słuchowym cierpimy na ułomność, która sama skazuje nas na cierpienie.

 

Na salonach życie osobiste kwitło. „To moja żona, wspaniała kobieta”, „kochany mąż, tylko trochę za długo przesiaduje w pracy”. Ach ile westchnień dla prehistorycznego małżeństwa, które niczym skamielina udało się zachować przez dwadzieścia lat. Ale nawet prace konserwatorskie nie zdołały uchronić obiektu, który rozpadł się na części pozostawiając zalegające gruzy.

 

Byłam pewna, że umarłam. Ja ślepa, głucha, nie zdolna do pracy kureczka. Zadziobią mnie, zabiją, obedrą ze skóry. Pewnie, że było mi żal, było mi żal planów i marzeń, które przez tak długi czas odkładałam na półkę. Więc wrzuciłam do pieca skoroszyt z “domkiem w górach”, spaliłam zdjęcia z dwojgiem staruszkami zatopionych w fotelu i uśmiechem na twarzy. Myślisz, że czuje nostalgię na myśl o tamtych czasach?

 

Gdy rozmawiam z przyjaciółką, wiem, że jej sytuacja podobna do mojej. Ona jednak została, wybrała może łatwiejszą drogę, nadal robi dobrą minę do złej gry z wprawą pokerowego gracza. Ona na swe barki przyjęła krzyż bólu, kłamstwa w atmosferze spokoju, krzycząc, że na zewnątrz jest trzydzieści stopni, chociaż wiemy, że panuje przygnębiająca zima. Pierwszy raz wiedziałam, że zrobiłam słusznie, kiedy zobaczyłam, na co się zdobyła, albo na co pozwoliła się przerobić.

 

Ależ oczywiście, że się bałam! Targały mną wątpliwości. Setki razy ubierałam się i rozpakowałam. Ale wiedziałam, że nie mogę wrócić, już dawno przestało być do czego wracać. Dziś jestem tutaj. Wiem, że dobrze postąpiłam, kiedy patrzę na moje biurko w pracy, wiem że dobrze zrobiłam, kiedy patrzę w oczy Małgorzaty, która żałuje, że również nie zaryzykowała. Dziś nie żałuje, odpowiadam na pytanie Jackowi, który w kobiecie po czterdziestce odnalazł kobiece piękno, które już dawno spisałam na stracenie. Dziś wiem to, czego nie wiedziałam jeszcze dwa lata temu. Kobieta jak feniks potrafi spalić się na popiół po to, by odrodzić się na nowo jeszcze piękniejsza, jeszcze odważniejsza. Wierzę pani Weroniko, ależ oczywiście, że wierzę, wierzę że jeszcze za życia można umrzeć i urodzić się na nowo…

 

Aneta Bulkowska

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.