Ratuj Głuszca
kobieta

Charlize Therone odegrała naprawdę świetną rolę w filmie, który rokował dobrze, a wyszedł – marnie. Mowa tu o jednej z nowszych amerykańskich super(?)produkcji, którą jest ,,Królewna Śnieżka i Łowca’’. Pomijając wszelkie filmowe nieścisłości – wszak nie o nich będzie mowa – skupimy się na postaci Złej królowej Ravenny.

Królowa, jak bezpośrednio wskazuje jej przydomek, nie tylko jest zła, ale i najpiękniejsza w całym królestwie. Słowa, które wypowiada do lusterka (przyjmującego humanoidalną postać i przemawiającego męskim głosem – przy czym wspomniana ,,męskość’’ lustra jest znacząca, dotyczy ona bowiem podrzędności i nadrzędności relacji między kobietami i mężczyznami. Ravenna, jako pozornie niezależna i zasadniczo samodzielna królowa jest uzależniona w swojej samoocenie od pierwiastka męskiego i na tym polega tragedia jej pseudowyzwolenia) ,,Who is fairest of them all?’’ stają się jej przekleństwem. W końcu, jak każdy z nas wie, lustereczko pewnego dnia wypowiada sakramentalną kwestię: ,,Ty jesteś najpiękniejsza, ale…’’

Owo ,,ale’’ stanowi powód, dla którego Ravenna wydaje wyrok śmierci na Śnieżkę. Dotyczy ono również pewnego ,,porównania’’. Królowa, dla której lustro stanowi cały życiowy układ odniesienia (w końcu, ani bajka, ani film w żaden sposób nie wspominają o tym, jakoby radziła się ona innych osób w sprawach swojej urody) jest nie tylko wszechwiedzące (co w kontekście jego męskości stanowi powielenie kulturowych stereotypów) – pełni ono funkcję wyroczni. I oto pewnego dnia, podobnego wszystkim pozostałym, wyrocznia, która stanowiła do tej pory źródło gratyfikacji (a więc podwyższenia samooceny), odwraca się od Złej królowej. Oto pojawia się konkurencja. Dziewczę piękniejsze, ale przede wszystkim – młodsze.

Ten nieco przydługawy wstęp nie powstał tylko z powodu mojego artystycznego kaprysu, jak może pomyśleć czytelnik. Służy ukazaniu historii Ravenny, taką, jaką w istocie ona była, a więc – tragiczną.

Bo czyż my, piękne, wyedukowane kobiety XXI wieku, przebojowe, inteligentne, zaradne – nie uzależniamy się od ,,luster’’ i męskich sądów? Czyż nie budujemy na tej kruchej i wątłej podstawie naszej samooceny?

W okresie adolescencji jesteśmy najbardziej podatne na sądy ,,luster’’, którymi mogą być nasze matki, koleżanki, koledzy, platoniczne miłości. Niektórym z nas budowanie własnej tożsamości dzięki sądom innych zostaje na zawsze, kalecząc nasze dusze i nasze Ja, czyniąc z nas istoty powtarzalne, niczym plastic-fantastic, których wciąż pełno stuka szpilkami po ulicach.

Inne z nas starają się budować własny wizerunek w oparciu o zaprzeczenie sądów z zewnątrz. Wychodzi nam to wtedy lepiej lub gorzej. Niemiej jednak może stanowić dobrą drogę do zbudowania czegoś własnego. Droga ta jednak nie jest łatwa i niewiele z nas ją wybiera. Łatwo też w niej przesadzić, dokonując zaprzeczenia tego, co jest powszechnie akceptowane (a wtedy otoczenie zaczyna odbierać nas, jako karykatury. A jak wiadomo, trudno na tej podstawie zbudować pozytywny wizerunek samej siebie).

Dorastając zmieniamy grupy odniesienia, koleżanki, kolegów, zakochujemy się po raz kolejny – nie pozbywamy się jednak ,,lusterka’’, które zaczyna atakować nas w zupełnie nieoczekiwany i często, nieuświadamiany sobie sposób.

W momencie, w którym zaczynamy doświadczać tego, co psychologowie określają dumnym mianem uogólnionego innego, a prościej rzecz ujmując, wtedy, gdy zaczynamy rozumieć, iż istnieją rzeczy, które akceptują i pochwalają mityczni ,,wszyscy’’, zaczyna do nas docierać cała fala informacji, nakazów i zakazów, którym powinnyśmy podlegać.

I tak oto, już coraz wcześniej, zaczynamy się dowiadywać, że całkowicie wydepilowane ciało – zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet – jest rzeczą kulturowo pożądaną. Nie poddając się tej modzie popełniamy straszliwe faux pas wobec otoczenia. Nawet, jeśli otoczenie nie ma żadnego interesu w sprawdzaniu stanu gładkości naszych nóg.

Dowiadujemy się również, że sławny dzięki Wiktorii Beckham rozmiar zero jest rozmiarem, który koniecznie wszystkim się podoba. Każda z nas, ażeby stanowić obiekt pożądania i zachwytu, powinna być wysoka i chuda (tak, chuda, a nie szczupła), niczym Anja Rubik, albo Kate Moss. To, że twarz pierwszej z modelek jest niespecjalnie pociągająca, a kłopoty osobiste drugiej z nich mogłyby posłużyć jako scenariusz dla drugiego sezonu ,,Mody na sukces’’ – zwykłyśmy pomijać cierpliwym milczeniem.

Bo cóż to wszystko znaczy wobec podziwu i zachwytu? Co to wszystko znaczy wobec zazdrości i komfortu, jakie powinno nam dawać wpisanie się we współczesny – dość dyskusyjny – kanon piękna? Nic.

To właśnie błąd, który popełniamy razem z Ravenną – chcemy być piękne. Piękne i podziwiane za wszelką cenę. A w parze z tymi pragnieniami, idzie – często zupełnie nieuświadamiana – potrzeba ciepła, bliskości i miłości, którą chcemy odnaleźć.

Właśnie na tej potrzebie i na tych pragnieniach bazują marketingowcy, kreatorzy mody i twórcy reklam. To oni wmawiają nam uparcie, że jesteśmy niedoskonałe, niegodne, że powinnyśmy sięgnąć po krem X (który fantastycznie wygładza zmarszczki), tonik Y (który rozświetli naszą cerę i sprawi, że staniemy się piękne i świeże niczym nastolatki), balsam Z (który w cudowny sposób usunie przebarwienia na skórze i sprawi, że cellulit zniknie), pigułkę A (która działa dwufazowo – spalając tkankę tłuszczową w dzień i w nocy), koktajl B (który sprawi, że nie będziemy odczuwać głodu), tabletki C (które zajmą się odnową kolagenu w naszej skórze i włosach). A jeśli to nie podziała – wtedy powinnyśmy sięgnąć po operacje plastyczne (regulowanie kształtu nosa, wielkości płatków usznych, odsysanie tłuszczu, powiększanie piersi i pośladków), albo po osławiony botoks, a więc jad kiełbasiany, który tak pięknie wypełni naszą twarz (mimika staje się sprawą drugorzędną).

I chyba żadna z nas, nie spojrzała na to w ten sposób – konserwujemy się. Mumifikujemy nasze ciało już za życia, mając nadzieję, że nie ulegnie ono najdrobniejszym nawet zmianom. Pierwsza zmarszczka, kurza łapka przy oku, urasta do rangi osobistej tragedii – końca świata w nieskończenie malutkim uniwersum. Popadamy w depresję, uważając starzenie się nieomalże za objaw nieuleczalnej choroby.

Czym więc różnimy się od Ravenny, która – w celu utrzymania własnego piękna – musiała odbierać młodość innym kobietom? Chyba tylko tym, że stosowane przez nas metody nie są tak skrajnie inwazyjne (pomijając operacje plastyczne i anoreksję, jako ostateczną formę dążenia do piękna). W ten sposób niszczymy tylko własne nerwy, ale podobnie, jak Zła królowa, zatruwamy sobie własne życia. Żyjemy w stanie ciągłego napięcia (czy jestem wystarczająco piękna?), ciągłego niedosytu (chcę być jeszcze piękniejsza), ciągłego niezadowolenia (nie jestem wystarczająco atrakcyjna).

Przy tym, zdawać by się mogło, podchodzimy do tych kwestii zupełnie bezrefleksyjnie, pozwalając na sytuacje, w których ludzie cechujący się dość dyskusyjnym gustem, pojawiają się w telewizji śniadaniowej, żeby zrugać nas za niewłaściwie – ich zdaniem – dobrane do marynarki jeansy. Owa bez-refleksja sprawia, że stajemy się coraz bardziej powtarzalne, mocniej lub słabiej sparaliżowane strachem przed starością i swoistym ,,wyjściem z użytku’’ (w końcu, uważamy, że wtedy nawet ,,lustro’’ nie zwróci na nas uwagi). Zamiast cieszyć się – brzydzimy się samymi sobą.

A gdzie w tym miejsce dla Śnieżki? Już odpowiadam – dziewczę o cerze białej, jak śnieg, ustach, czerwonych niczym krew i włosach czarnych, jak noc po prostu było. Śnieżka zestarzała się z godnością. I na tym polegało jej piękno.

Martyna Biesiada

Jeden komentarz :) w artykule: ”Zła królowa, botoks i konserwacja”

  1. COUNTERSTRIKE pisze:

    COUNTERSTRIKE…

    You’re a very helpful website; couldn’t make it without ya!…

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.