Ratuj Głuszca
hooper

Noc dobiega końca, choć my wiemy, że świt już nigdy jej nie przegoni. Jest bezcielesna i szklista, przepływa przez nią metafizyczny chłód „Tajemnicy i melancholii ulicy” Chirca. Od dawna cisza i pustka Manhattan pogrążył się we śnie.Przy kontuarze całodobowego baru zasiada para. Ona klasyczna rudowłosa piękność, ma na sobie czerwoną suknie i wieczorny makijaż, on garnitur i krawat zawiązany pod szyją, na głowie kapelusz. Prawdopodobnie wracali do domu, może z teatru, albo jazzowego koncertu, może i chciał ją odprowadzić pod sam dom, ale postanowili, że jeszcze wstąpią coś zjeść i tak już zostali, na zawsze unieruchomieni zamknięci w pułapce malarza od ponad 70 lat odgrywają tę scenę. Dobrze się znają, o czym świadczy poufałe trzymanie ręki jednak nie wyglądają na radosnych, głęboko pogrążeni we własnych myślach, ściągnięte usta, ostre rysy twarzy, jakieś myśli szarpią się w ich głowach, może się pokłócili, a może zwyczajnie nie czują szczęścia. Toczą jałową pogawędkę z obsługującym lokal mężczyzną w podeszłym wieku, ta przykurczona nieco postać jeszcze bardziej nasuwa im skojarzenia z nieuchronnością przemijania. Naprzeciwko siedzi samotnie mężczyzna również w garniturze i kapeluszu, puste miejsca obok pogłębia atmosferę samotności. Dlaczego nie może zasnąć? Co robi o tej godzinie w mieście?

Dopiero kiedy podchodzimy bliżej dostrzegamy, że bar nie ma wyjścia. Całość szczelnie oddzielają od świata szyby. To pułapka! To akwarium oddzielające skazujące was na izolację, aż chce się w nią rzucić kamieniem i zobaczyć jak rozpada na kawałki, krzyknąć uciekajcie! Gdzieś tam po drugiej stronie jest życie! Ale oni wcale nie chcą się wydostać, nie wiedzą, że są uwięzieni, ta rezygnacja, ta poddańcza postawa. Postacie oświetlone świetlówką prezentują się jak bohaterowie głównej sceny w kadrze w kiepskiej produkcji. Dopiero kiedy podchodzimy bliżej zauważamy, że są to lata 40. Tak zaczynają się „ćmy barowe”, a ściślej „Nocne Marki” (Nighthawks”) obraz, który na stał się sztandarowym dziełem amerykańskiej sztuki realizmu.

Nowy Jork, gorący lipiec 1882 w zamożnej rodzinie Holendrów na świat przychodzi chłopiec. Nie wyróżnia się niczym na tle innych noworodków. Nic nie wskazuje, że za parę lat na zawsze odmieni oblicze Ameryki i świata. Jednak już w młodym wieku wykazuje zalążki talentu. Jego kreatywne pomysły doskonale sprawdzają się agencji reklamowej, ale on pragnie czegoś więcej. Zwiedza więc Europę osiedlając się w Paryżu, tam samodzielnie studiuje malarstwo. Jednak w krótkim czasie i równie krótką, jednorazową przygodą z impresjonizmem wraca do rodzinnego miasta, tam buduje pracownie przy Washington Square North 3, gdzie będzie już malował przez całe swoje życie.

Dlaczego Hooper? Może dlatego, że sam nigdy nie prosił o poklask. Nie zabiegał o sławę, nie wpadał w alkoholizm, nie popełnił samobójstwa, nie dzierżył nędzy, uprawiał monogamię, dziś w tabloidach nie byłoby o nim wzmianki, a jednak na zawsze odmienił obliczę amerykańskiego malarstwa poważnie potrząsając światem sztuki. Introwertyk i samotnik poślubił tak bardzo kontrastującą z nim Josephine Nivisonrównież również malarkę. On nieśmiały, zamknięty w sobie, ona przebojowa ekstrawertyczka, stworzyli tandem, który przetrwał.

Nie robiąc pozornie nic potrząsnął światem artystów stając się inspiracją dla wielu muzyków Toma Waitsa – album Nighthawks at the Diner – oraz polskiego kompozytora Pawła Szymanowskiego. Jego obrazy stawały się inspiracją wielu filmów, w tym „Psychozy” Hitchcocka, „Drogi do zatracenia” Mendesa, a jeszcze częściej pojawiają się jako elementy scenografii, między innym w „Tataraku” Wajdy.

Jego bohaterowie to eleganckie kobiety i atrakcyjni mężczyźni z klasy średniej i wyższej. Umiejscowieni w luksusowych hotelowych pokojach i prywatnych apartamentów borykają się z samotnością. Są wyalienowani, społecznie rozdarci i bardzo nieszczęśliwi. „Poranne słońce”, „Siódma rano”, „Południowa Karolina o poranku”, wszystkie obrazy Hoopera rozgrywają się albo późnym wieczorem, albo wczesnym rankiem, kiedy człowiek jest sam ze sobą, z dala od tego zgiełku, to właśnie wtedy Hooper jak dobry papparazzi łapie ich na gorącym uczynku, odkrywając to co pragną ukryć przed światem.

Czysty brutalizm realistyczny na bazie pozornego spokoju. Za fasadą „keep smiling” skradają się na palcach prawdziwe emocje, utajnione„Ego” tak dobrze zakamuflowane przed resztą świata. Dla wielu malarstwo metafizyczne, zawieszone w próżni, gdzie wskazówki zegara nie drgną o milimetr, może nudzić – pozostać niezrozumiane. Kiedy nikt nie wymachuje szablą, nie wyrusza na Barykady, nie rozsypuje całości w sieć porozrzucanych elementów figur przestrzennych – ale Hooper tego nie robi. Porusza za sznurki, steruje widzem jak marionetką, jest jak cichy wódz, który pozwala myśleć poddanym, że to oni tu dowodzą. Jest jak cichy głos siedzący na ramieniu, który odzywa się czasami, a który tak bardzo próbujemy zagłuszyć. Jego obrazy są lustrem, w którym obijają się postaci : z pozoru szczęśliwe, w środku rozdarte, zawieszone w próżni, poszukujące emocji i celu, który zagłuszyłby samotność

Aneta Bulkowska

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.