Ratuj Głuszca
wegetarianin

Można powiedzieć, że istnieje trwały antagonizm – wynikający z niezrozumienia – pomiędzy mięsożercami i wegetarianami. Jedni nie tolerują drugich. Mięsożercy (proszę zwrócić uwagę na negatywne konotacje tej nazwy: mięsożerca kojarzy nam się z drapieżnikiem, a więc z kimś niebezpiecznym) nie pojmują tego, jak można przeżyć tydzień bez szynki albo salami. Wegetarianin z kolei za nic nie wziąłby do ust nawet parówki, która obok mięsa prawdopodobnie nigdy nie stała.

Przy tym, zdawać by się mogło, stan idealny, a więc zwyczajna akceptacja i nie wchodzenie z butami w czyjkolwiek jadłospis, jest niemożliwy do osiągnięcia. Bowiem, jak wiadomo, każde kontinuum posiada swoje eksterma. I tak oto możemy zaobserwować czasami mięsożerców, którzy nabierają biednych wegetarian na kanapki z rzekomo sojowym pasztetem, a w rzeczywistości podają im do zjedzenia najzwyczajniejsze mięsne danie z puszki.

Dzisiejszy artykuł będzie jednak traktował o Vege misjonarzach, a więc o ludziach, którzy próbują usilnie i wbrew otoczeniu, nawrócić cały świat na jedyną i słuszną drogę wegetarianizmu.

Zaczyna się często niewinnie – na szkolnym korytarzu, na uczelni, w pracy – ot, zwykła rozmowa na temat jedzenia, gotowania, czegokolwiek, przy czym można wspomnieć to straszne słowo, jakim jest ,,mięso’’.

Jeśli jesteśmy w ,,czepku urodzeni’’, to nikt nie spojrzy się na nas ze wstrętem, nikt się od nas nie odsunie na bezpieczną odległość i nikt nie powie nam, że jesteśmy obrzydliwi.

Czasami jednak tego szczęścia nie mamy i ktoś z naszych znajomych okazuje się być Vege misjonarzem, który natychmiast – z pełnym zdegustowaniem – rozpocznie proces przypierania nas do muru, podczas którego zmuszeni jesteśmy się tłumaczyć (a tłumaczenie się z tego, co się je i dlaczego, jest cokolwiek dziwne) z naszych nawyków żywieniowych. A więc rozpoczynamy odwrót pod kryptonimem ,,przepraszam, że ośmielam się jeść mięso’’ (oczywiście, o ile jesteśmy osobami o dość ugodowej naturze).

Natychmiast zasypuje nas też lawina pytań. Czy my właściwie wiemy, co przeżywa nasz kotlet przed śmiercią? Nie? Otóż, nasz kotlet (schabowy, mielony – mniejsza o to) wcześniej był zwierzęciem, które na pewno zostało niedokładnie ogłuszone elektrowstrząsami, albo obuchem i które ktoś na żywca obdzierał ze skóry.

W tym wypadku Vege misjonarze nie przyjmują do świadomości tłumaczenia, że na pewno istnieją jakieś konkretne regulacje dotyczące humanitarnego uboju zwierząt hodowlanych, które – jak sama nazwa wskazuje – są hodowlane. I ludzie trzymają je i karmią w swoich obejściach właśnie po to, żeby dawały im mleko, albo dla ich mięsa. Względnie futerka.

Poza tym, przypadki przytaczane przez naszego nawracacza, stanowią marginalne przejawy okrucieństwa w imię zysku. Ale nie – ten wie swoje i nic tego nie zmieni.

A czy my wiemy, zapyta nas Vege misjonarz, w jakich warunkach są trzymane takie, na przykład, biedne kury? Nie? No to wyobraźmy sobie, że wszystkie siedzą – wszystkie, bez wyjątku – w małych klatkach i zadziobują się ze stresu na śmierć.

Tu nie trafia do nich czynnik ekonomiczny – nie potrafią zrozumieć, że jesteśmy w stanie za dziesięć sztuk jaj zapłacić 5 złociszy, nie zaś 10. Po prostu za drogo, wiadomo – kryzys. Z resztą nie każdego (nawet w najlepszych czasach) stać na jajka od szczęśliwych wolnych kur biegających po całkowicie ekologicznym, wolnym od pestycydów i zanieczyszczeń gleby, obejścia. Po prostu. Płaca minimalna w Polsce wciąż plasuje się na granicy ubóstwa.

A czy my wiemy, że do sera – żeby był bardziej spójny – dodaje się sproszkowany dodatek, pochodzący ze zmielonych jelit biednych, zabitych zwierzątek? (To już Vegan misjonarze) Nie? Ale teraz już wiemy, więc powinniśmy zaprzestać jedzenia mięsa, jajek i sera! W końcu to takie obrzydliwe…

A w ogóle, to czy zdajemy sobie sprawę – my, mięsożercy – że nie musimy jeść mięsa? Źli ludzie, którzy dzierżą w dłoniach udziały krwawej części branży spożywczej po prostu wmówili nam – tak dokładnie! Wmówili nam! – że powinniśmy jeść mięso, bo jest zdrowe. Tymczasem możemy, w imię szczytnych wegetariańskich i wegańskich ideałów, zrezygnować z mięsa na rzecz soi, która podobnież ma dokładnie takie same wartości odżywcze, jak kotlet schabowy!

Jakoś nie trafiają tu nieśmiałe sugestie, dotyczące tego, że – tak samo: podobnie – soja w dużych ilościach jest rakotwórcza.

Poza tym, taki Vege misjonarz, skreśla nas już z listy ludzkości, dlatego, że ośmielamy się jeść szynkę. Okazuje się, bowiem szybko, że skoro lubimy wołowinę, wieprzowinę, albo drób, to musi oznaczać (jakżeby inaczej!), że jesteśmy niemalże socjopatami, nieczułymi na cierpienie naszych ,,braci mniejszych’’.

W skrajnych wypadkach Vege misjonarz (historia prawdziwa) będzie się nam starał wmówić, że owce – tak, te białe owieczki z dzwoneczkami u szyi – założyłyby związki zawodowe, gdyby tylko mogły. I postulowałyby przeciwko bezczelnemu strzyżeniu. W końcu właściciel ma ze sprzedaży wełny pieniądze. A owca, co? Nic!

I właśnie dzięki takim zabiegom, dzięki tak sformułowanym pytaniom, zaczynamy się czuć, my, mięsożercy, jak, nie przymierzając, ,,obywatele drugiej kategorii’’. Apeluję, więc do wszystkich ludzi dobrego serca, wrażliwych wegetarian i członków Greenpeace’u, a także ludzi, którzy swojego czasu rozsyłali ulotki przedstawiające zwierzęta obdarte ze skóry (uwierzcie, że dla dziecka w wieku lat trzynastu był to szok niemały) przestańcie nawracać mięsożerców wbrew ich woli.

Każdy swoją ,,prawdę’’ dotyczącą jedzenia, albo niejedzenia mięsa, musi zrozumieć sam. A nawracanie świata na jedyną i słuszną drogę wegetarianizmu, poprzez dawanie temu światu – a przynajmniej jego cząstkom składowym – do zrozumienia, że jest się gorszym ze względu na ,,słabość’’ związaną z jedzeniem mięsa, nie jest najlepszą z możliwych do obrania taktyk.

Po prostu – tolerujmy nawzajem swoje zwyczaje żywieniowe. W końcu diabetycy i osoby uczulone na orzechy nie mają takich problemów, jak my.

Martyna Biesiada

 

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.