Ratuj Głuszca
pracownik

O przedmiotowym traktowaniu pracowników pisałam już we wcześniejszym artykule – niemniej jednak, osiem godzin stania albo osiem godzin ciągłego recytowania dokładnie tej samej formułki przez telefon, to nie koniec przygód, jakie czekają młodego pracownika na rynku pracy.

Bo, ten młody, ambitny pracownik, który jest przekonany o swojej użyteczności dla świata, który chce podjąć jakąś pracę wartościową i potrzebną, może natknąć się na bardziej ambitne ogłoszenia. Ot, na przykład na ogłoszenie poszukujące takiego ,,specjalisty ds. rekrutacji’’. I biada temu, kto pomyślał, że w tej pracy będzie się zajmował szeregowaniem CV i przeprowadzaniem rozmów kwalifikacyjnych,

Biada, albowiem szybko okaże się, że ,,specjalista ds. rekrutacji’’ (co, oczywiście, zapomniano zaznaczyć w ogłoszeniu) rekrutuje ale… klientów. Miła pani, do której przyjdziecie na rozmowę w sprawie pracy wszystko wam wytłumaczy. Posadzi was w cieplutkim gabinecie, zaproponuje herbatę albo kawę (familiarny nastrój, nieprawdaż?), będzie się chciała dowiedzieć, jak tam z waszą motywacją i chęcią pozyskania klienta… Na przykład, czy ktoś z twoich znajomych nie byłby chętny ubezpieczyć się na życie na wypadek choroby na raka? Poza tym, miła pani palnie nam dłuższe kazanie, każdy z nas jest narażony na tego typu wypadki i każdego może dotknąć toczeń rumieniowaty albo inna choroba powodująca niezdolność do pracy. I co wtedy? Co z nami? Co z naszą rodziną? (w ten pośredni sposób pani próbuje nas przekonać do tego, żebyśmy też uwierzyli, że to ,,praca z misją’’, wymagająca ,,odpowiedniego poziomu wrażliwości i empatii’’).

Jeśli naszemu młodemu bohaterowi, w tym momencie zapali się czerwona lampka (prawda jest w tym wypadku tyleż bolesna, co nieprzyjemna – znajomi może i w ostateczności się u nas ubezpieczą, ale przestaną być już naszymi znajomymi, a i sprawa z przyjaciółmi będzie wyglądać średnio. Nikt nie lubi akwizytorów – nawet tych od ubezpieczeń), to najpewniej wpisze nieco zmienione numery telefonów w formularz, który dostał.

Bo, wystawcie sobie, mili państwo, że może dostać taki formularz do wypełnienia. Kilka rubryczek proszących o numery telefonów do znajomych i przyjaciół (rodziny nie wolno wpisywać). Oczywiście ta przemiła pani od razu nam wytłumaczy, że to tylko po to, żeby mogła zadzwonić do twoich kolegów i do twoich koleżanek, i tak się wypytać, co oni o tobie sądzą, że jak się będziesz do tej pracy nadawać? (Tymczasem ktoś inteligentniejszy mógłby sobie zadać pytanie: po co przeprowadzanie   w y w i a d u   ś r o d o w i s k o w e g o  podczas rozmowy rekrutacyjnej?)

Taka sytuacja to niby nóż na gardle – bo z jednej strony, co nam szkodzi podać prawdziwe numery (i imiona, i nazwiska!) znajomych, ale z drugiej strony… naszym znajomym może to nie odpowiadać. Albo oni też podejdą do odbierania telefonów z firmy oferującej ubezpieczenia na życie, jak do sprawy, która ich nie obchodzi i prawdopodobnie długo jeszcze obchodzić nie będzie. (I wtedy dzwoniący niczego się nie dowie).

Kiedy tak nasz bohater zastanawia się nad moralną i etyczną stroną podawania numerów (i imion, i nazwisk!), i zaczyna czuć się wyraźnie źle, miła pani prowadząca rozmowę, najwidoczniej widząc cierpienia bohatera, postanawia roztoczyć przed nim wspaniałą wizję przyszłych bogactw. Oczywiście, na tej pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej (ach, więc będzie już kilka?), nie może zdradzić pełnej sumy, ale jest to kwota o której z całą pewnością nam się nie śniło. Będziemy niesamowicie bogaci, będziemy posiadać duże, wspaniałe mieszkania (tak, w liczbie mnogiej) i będziemy opływać we wszelakie luksusy, zupełnie niedostępne przeciętnemu, szaremu człowiekowi.

Wystarczy tylko, że przez najbliższe dwa miesiące (bo tak się miłej pani wydaje) będziemy przychodzić regularnie na wstępne kwalifikacyjne szkolenie (tak, będziemy uczęszczać tam nieodpłatnie; a co jeśli te wielkie, wspaniałe pieniądze byłyby nam potrzebne na już, na teraz?), a potem już świat (i klienci, których szybko nauczymy się zdobywać) będzie stał przed nami otworem.

A ponieważ podczas tej rozmowy nie dowiedzieliśmy się niczego, bo miła pani w końcu nie powie nam ani na czym dokładnie będzie polegać nasza praca (w jaki sposób zdobywamy klientów? Dowiesz się za tydzień, dwa), ani też ile będziemy zarabiać (,,bardzo dużo’’ jest wyrażeniem bardzo nieścisłym), ani też ile godzin będziemy musieli spędzić w pracy (ile chcesz, bo niby masz otworzyć własną działalność gospodarczą) – uciekamy od takiego pracodawcy, który za pomocą odpowiedniego doboru słownictwa (,,wspaniałe perspektywy’’, ,,pełny portfel’’, ,,luksusowe życie’’, ,,praca z misją’’) za wszelką cenę stara się wzbudzić w nas zaangażowanie wobec tej pracy. I nie, żeby pracodawca nie miał prawa wymagać od pracownika zaangażowania w pracę, którą mu powierza, ale przynajmniej moim zdaniem, pracodawca nie ma prawa wmawiać pracownikowi (a więc manipulować go), przekonując go do   s p r z e d a n i a   swoich znajomych (w zasadzie prawie dosłownie) firmie w której może (ale nie musi) rozpocząć pracę.

W tym wypadku manipulowanie potencjalnym pracownikiem już na wstępie (a proszę mi uwierzyć, że wiem, o czym mówię, ponieważ jestem osobą stosunkowo biegłą w zakresie technik inżynierii społecznej), i wyciąganie od niego numerów kontaktowych wraz z cząstkowymi danymi osób znajomych jest bezczelne i uwłacza godności człowieka.

Tym, którzy chcieliby dowiedzieć się, co by się stało, gdyby nasz bohater nie wpisał tych numerów do formularza odpowiadam od razu (jako, że przeżyłam taką sytuację, naiwnie postanowiłam zadać to pytanie, mając nadzieję, że usłyszę ,,nic się nie stanie’’; jakże się myliłam!) – usłyszą państwo od miłej pani, że w takiej sytuacji nie przejdziecie do drugiego etapu rozmowy kwalifikacyjnej, a to dlatego, że te numery TRZEBA wpisać.

Bo tak sobie życzy firma, która – mili państwo musicie jakoś to przetrawić – wcale nie musi was zatrudnić.

Poza tym, w ogóle rozbijanie przez pracodawcę rozmów kwalifikacyjnych na etapy ma nie służyć tylko temu, co nam się wmawia – a wiec odfiltrowaniu tych dobrych, lepszych, bardziej wykwalifikowanych pracowników od pracowników gorszych. Nie, to ma na celu zwyczajne, sztucznie zbudowane ,,nakręcenie się na pracę’’, która jest nam proponowania.

I pół biedy, jeśli te etapy dzielą od siebie stosunkowo krótkie odstępy czasu – dajmy na to tygodniowe. Wtedy, ten dobrze wykwalifikowany pracownik (o ile nie poczuje szybko głębokiej irytacji tym, że ciągle woła się go na kolejną rozmowę, nie dając mu jednak przy tym pracy, która w końcu by mu się przydała – najprawdopodobniej właśnie na już, na teraz, od ręki) ma szansę przejść przez wszystkie etapy z wynikiem pozytywnym i zdobyć upragnioną pracę,

Tymczasem, w rzeczywistości proces etapowej rekrutacji pracownika jest w stanie rozciągać się na miesiące. Osobiście znam człowieka, który postanowił aplikować na stanowisko doradcy klienta w firmie X (produkującej piwo). Zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną otrzymał (przez telefon). Miła pani powiedziała mu, że dnia takiego, a takiego powinien oczekiwać kolejnego telefonu od konsultantki.

Siedział więc on biedny (a słoneczko świeciło, a ptaszki śpiewały, a woda szumiała za oknem, bo to wakacji czas był), i na telefon czekał dnia wyznaczonego. Wtenczas – faktycznie, aparat się rozdzwonił i kolega przez najbliższe dwie godziny był wyłączony z życia, albowiem przemiła pani konsultantka przeprowadzała z nim arcydługą rozmowę kwalifikacyjną przez telefon. No, ale nie należy się dziwić, bo może taka specyfika tej branży – w końcu, jeśli szukali telefonicznego konsultanta, to mogą go przez telefon rekrutować, prawda?

Pani w końcu skończyła z kolegą rozmawiać i poinformowała go, że ,,ktoś się w najbliższym czasie zgłosi i do pana przedzwoni’’. Minął miesiąc, dwa miesiące, trzy miesiące (nasz bohater w tym czasie znalazł już pracę) i wtenczas dzwoni telefon, kolejna miła pani się przedstawia i zaczyna drugi etap rozmowy kwalifikacyjnej od pytania ,,co pan wie o naszej filmie X’’?

Po trzech miesiącach. W momencie, w którym już chyba żadne z nas nie oczekiwałoby tego telefonu.

A to, mili moi czytelnicy, jest zaledwie ułamkiem tego, co potencjalny, młody pracownik (a więc osoba, której jeszcze się chce pracować i próbować zmieniać świat), musi przejść, zanim otrzyma upragnioną ,,umowę o pracę’’.

Martyna Biesiada

 

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.