Ratuj Głuszca
człowiek

Zewsząd bombardują nas informacje o wzrastającej stopie bezrobocia (najnowszym wynikiem, jaki podaje GUS w tej sprawie, jest wartość 12,6) – pewnie, dlatego niektórzy z nas zaczynają traktować pracę (jakąkolwiek), jako dobro najwyższe będące nieomal wynikiem cudu (a prozaicznie mówiąc: po prostu niektórzy szaleńczo i kurczowo trzymają się swojej pracy, bojąc się okrutnie zwolnienia, redukcji etatów i zmian). Z kolei inni rozsyłają swoje CV gdzie popadnie, licząc na odzew.

Ta druga kategoria pracowników jest nie mniej zdesperowana od tych ludzi, którzy kurczowo trzymają się swojej pracy i niechętnie patrzą na nowe osoby przyjmowane do zespołu (w końcu to zagrożenie, które może nas wygryźć albo odsunąć na dalszy plan w ,,naszej’’ firmie i co wtedy poczniemy?) – składa się ona, bowiem w dużej mierze z osób, które dopiero, co skończyły studia, albo edukację w ogóle (a więc cechują się jeszcze zapałem i chęciami do podjęcia pracy), albo z ludzi, którzy już od dłuższego czasu tej pracy poszukują (i tu, niestety, o zapał już trudno).

Oczywiście, na kilka albo kilkanaście (z kilkuset) wysłanych CV zdarzy się nam otrzymać odpowiedź, ale to nie koniec naszych przygód związanych z poszukiwaniem pracy, ale dopiero początek. Teraz, bowiem nasz bohater – a właściwie w tym wypadku, nasza bohaterka, skusiła się o wysłanie CV na stanowisko ,,przedstawiciela handlowego bez doświadczenia’’. Ten zwrot ,,bez doświadczenia’’ zdecydowanie zwiększa szansę naszej bohaterki na otrzymanie tej pracy (może i nie wymarzonej, ale dobrze płatnej).

W końcu też, wedle przewidywań, nadchodzi ten magiczny dzień, w którym dzwoni telefon i miła pani zaprasza naszą bohaterkę na rozmowę kwalifikacyjną, która odbędzie się w miejscu X.

W tym wypadku, specyfika miejskiego centrum nie stwarza dobrego klimatu dla firm lokujących tam swoje biura – wielkie, przestronne mieszkania, jakby na siłę przerobione na pomieszczenia firmowe sprawiają naprawdę smutne i depresyjne wrażenie, A jeśli jeszcze obrazu za oknem dopełnia odrapany spadzisty dach albo mur pełen płatów odpadającego tynku – to czasami może to wystarczyć do tego, żeby człowieka naszła konkluzja, mówiąca: ,,miesiąc tu popracuję i będę mieć depresję’’.

A więc rozmowa naszej bohaterki przebiega w takim, dość nieciekawym otoczeniu. Tymczasem jednak, jeszcze przed właściwą rekrutacją, otrzymać możemy do wypełnienia formularz – dość szczegółowy  (gdzie pani pracowała wcześniej? Ile pani zarabiała? Jaki był powód pani odejścia? Czy jest pani karana? Jakimi językami się pani posługuje? Czy może pani określić stopień swojej motywacji? Gdzie pani studiuje, studiowała albo uczy się, uczyła się ostatnio?), ale wywołujący pewną irytację, gdyż w końcu część informacji zamieściliśmy już w CV, a tu pytani jesteśmy ledwie o kilka nowych faktów z naszego życia.

Wypełnienie tych kilku karteczek zajmuje od dziesięciu do piętnastu minut (w zależności od tego, jak dokładnie staramy się nasz formularz wypełnić), mniej więcej też wtedy dobiega końca czas oczekiwania na rozmowę kwalifikacyjną.

Tu pozwolę sobie na delikatną dygresję, mili czytelnicy, bowiem, jak zapewne wielu z was już zauważyło, praktyki związane z opóźnianiem czasu rozmowy kwalifikacyjnej są dość powszechne. Zupełnie, jakby pracodawcy nie obchodziło w najmniejszym stopniu to, że potencjalny pracownik X został umówiony na konkretną godzinę Y – jeśli przyszedł, to może poczekać jeszcze z pół godziny, prawda?

Właśnie w takiej sytuacji znalazła się nasza bohaterka (a więc odsiedziała już swoje pół godziny w poczekalni w sekretariacie), gdy kolejna miła pani zaprosiła ją na… łączoną rozmowę kwalifikacyjną.

Udała się zatem dziewoja, razem z towarzyszem niedoli do gabinetu zajmowanego przez dwie panie w wieku raczej średnim (określenie ,,miłe’’ do nich nie pasowało, za to ,,profesjonalne’’ – w każdym calu), wszyscy się ze sobą przywitali, usiedli i nastał czas ognia pytań krzyżowych.

A co pani myśli o marketingu? A czemu pana zespół osiągał wynik dziewięćdziesięciu siedmiu procent sprzedaży, a nie sto? (Tak, mili czytelnicy, to było szalone pytanie, albowiem wiadomo, iż nikt nigdy nie osiągnie wyniku stu procent sprzedaży bezpośredniej). Czy jest pani osobą raczej ambitną czy spokojną? Czy chciałby pan w przyszłości zostać kierownikiem czy dalej szeregowym pracownikiem? A właściwie to, dlaczego aplikowała pani na to stanowisko?

Rzecz jasna, te wszystkie pytania są normalne, zwyczajne i chyba każdy z nas może się z nimi spotkać na różnego rodzaju rozmowach kwalifikacyjnych. Aczkolwiek cała ta sytuacja nie byłaby tak ciekawa i godna opisu, gdyby nie perełka, która pojawiła się wśród pytań.

Pana zapytano czy ,,za dziesięć lat widzi siebie jako kierownika zespołu czy właściciela własnej firmy’’? Dziewczę, które szykowało się do usłyszenia podobnego pytania, zostało niemile zaskoczone zupełnie innym:

- A jak pani wyobraża sobie siebie za dziesięć lat? Jako bizneswoman czy jako matkę z dziećmi w domu?

I teraz proszę, mili czytelnicy, jeszcze raz dobrze przemyśleć i odtworzyć sobie całą sytuację. Mamy w gabinecie dwóch kandydatów, aplikujących na to samo stanowisko – młodego mężczyznę (posiada mniejsza kwalifikacje zawodowe) i młodą kobietę (lepiej wykwalifikowaną). Przypomnę i podkreślę: rekrutującymi są w tym wypadku k o b i e t y (a z resztą sama firma jest dość sfeminizowana, co można było szybko zauważyć) i to one mężczyźnie zadają pytanie o chęć założenia własnej FIRMY, a kobiecie o chęć założenia RODZINY.

Oczywiście, nie było to pytanie zadane wprost (,,czy chce pani założyć rodzinę/ zamierza pani założyć rodzinę?’’) niemniej jednak dotyczyło planów naszej bohaterki, związanych z rodzeniem potomstwa, braniem ślubu, zakładaniem rodziny (a jeszcze w taki dużym przedziale czasowym, jakim jest d z i e s i ę c i o l e c i e, było właściwie pytaniem kuriozalnym. W końcu czasami trudno nam określić, co będziemy robić w przyszły piątek o godzinie piętnastej, a co dopiero powiedzieć, co będziemy robili za dziesięć lat!), a wiec było i jest pytaniem niedopuszczalnym podczas rozmowy kwalifikacyjnej i pytaniem zakazanym.

Bo chociaż zostało zadane drogą okrężną, to i tak miało na celu wybadanie ,,użyteczności potencjalnej pracownicy’’ (to zabrzmi okrutnie, ale widać większość firm – właściwie prawie wszystkie poza nielicznymi wyjątkami – nie potrzebuje pracownic, które planują posiadanie potomstwa i męża). Poza tym, w kontekście łączonej rozmowy kwalifikacyjnej było jawną dyskryminacją płci (a przy tym sytuacją o tyle ciekawą, że to kobiety dyskryminowały kobietę) – w końcu towarzyszowi rozmowy naszej bohaterki nie zadano ani jednego pytania związanego z chęcią i możliwością planowania potomstwa, budowania domu, kupowania psa, sadzenia drzewa i obecności przy porodzie żony.

I potem miła pani rekrutująca naszą bohaterkę była szczerze zdziwiona odmową zjawienia się na drugim etapie rozmowy rekrutacyjnej (bo przecież ,,poszło pani świetnie’’, ma pani ,,ciekawe CV, którym jest zainteresowany nasz menager’’ itd.)

W końcu ciężko sobie wyobrażać pracę w firmie, która – poza tym, co powinna o swoim pracowniku wiedzieć – rości sobie jeszcze prawo do jego czasu wolnego i potencjalne zatrudnienie (bo nikt nie wmówi mi, że jest inaczej – gdyby sytuacja wyglądała na odwrót, pytanie o planowanie rodziny nie padałoby podczas rozmów kwalifikacyjnych, mimo, iż jest zakazane w polskim prawie) uzależnia od jego (a właściwie zawsze i niezmiennie JEJ, bo, jak zauważyliśmy, ,,dzieci nie są problemem mężczyzn’’) chęci założenia rodziny i posiadania potomstwa.

A przecież – pracodawca nie powinien być ani trochę zainteresowany naszym życiem prywatnym i planami, jakie snujemy na przyszłość.

Martyna Biesiada

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.