Ratuj Głuszca
Meller1

W podróż w magiczne zakątki Kaukazu zabrali tym razem mieszkańców Śląska Marcin Meller z żoną Anną Dziewit-Meller.

„Gaumardżos! Opowieści o Gruzji” to ewidentnie tytuł niepełny, właściwy mu: Wszystko co chcielibyście wiedzieć o tym kraju, ale boicie się zapytać. Bowiem tak wyczerpująco i z taką pasją niewielu mówiło o tych (niesprawiedliwie) omijanych przez turystów szerokim łukiem dolinach Kaukazu. Obecnie wycieczki do Gruzji stają się dla wielu alternatywą egzotycznych wyjazdów do ciepłych krajów, dziś niemal wszyscy chcą „spróbować” tego miejsca, zakosztować tej słynnej gruzińskiej gościnności.

Po „Gaumardżos!” ruszyła masowo sprzedaż biletów do Gruzji, turyści bowiem są pewni, że przeżyją niezwykłą przygodę, ale czy w Gruzji w ogóle można być czegoś pewnym?

Anna Dziewit-Meller: Oczywiście, że nie, to znaczy można wtedy gdy już coś się wydarzyło i trudno cofnąć dane wydarzenie. Ale w Gruzji niczego nie można być pewnym. Mieliśmy wiele takich przykładów, choćby przez samo podróżowanie. Zdarza się, że jedzie sobie busik z punktu A do punktu B i nagle kierowcy przypomni się, że między punktem A i B jest punkt C, w którym mieszka jego ciotka, której dawno nie widział i całkowicie zmienia bieg trasy.

Jak wygląda wesele w Gruzji?

A.D.M: Bardzo często pada to pytanie, ale my tak naprawdę niewiele mamy do powiedzenia w tej kwestii, bo jako Polacy mogliśmy wziąć jedynie ślub w konsulacie polskim.

Marcin Meller: Ale był zespół Gruziński.

A.D.M: Natomiast wesele było prawdziwą gruzińską suprą. Z gruzińskimi tańcami, śpiewem, tamadą czyli człowiekiem, który kieruje toastami, odpowiednik naszego weselnego wodzireja. Tamadą był nasz przyjaciel Aczibo, który na długo przed przyjazdem gości wypytywał o szczegóły z nimi związane. Efektem były wzniosłe i osobiste toasty, dzięki nim każdy czuł się wyróżniony, o każdym z nich była piękna przemowa po angielsku tłumaczona na polski, która potem spełniona została okrzykiem „Gaumardżos!” czyli „Na zdrowie!” „Życzę ci zwycięstwa!” i wypijało się tego roga. Bo tam się wino pije ze szklanek, ale również z 1,5 litrowych rogów i to jednym haustem bo nie możliwości, żeby to gdzieś odłożyć bo zaraz by się wylało.

M.M.: Ślub i wesele w Gruzji. Klasyczna historia. Najpierw miało być kameralnie, później się okazało, że przylatuje 75 osób z Polski i innych krajów, drugie tyle Gruzinów, w końcu zamiast kameralnej kolacji było wielkie wesele.

A.D.M.: Całe wesele trwało tydzień, bo na tyle przylecieli też nasi znajomi bo wzięli sobie urlopy traktując to jako wakacje i większość tu wróciła ponownie, udało nam się zarazić ich tą fascynacją.

Mentalność gruzińska jest specyficzna, bowiem jak wiadomo nigdy im się nie śpieszy i zawsze jest czas, żeby napić się wina…

M.M.: Zawsze powtarzamy, żeby nie brać sobie do siebie kiedy Gruzin się spóźni, albo nie przyjdzie. Przekładając to na nasze normy możemy czuć się urażeni, wyobrażając sobie, że ktoś nas lekceważy. Ale w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

Faktycznie, tu się wszystko da załatwić, ale w odpowiednim tempie, Gruzini się nie śpieszą, jednak jeżeli ktoś ma takie podejście, że „musi na już” to może się zdenerwować troszkę.

Natomiast wino jest dziełem Boga. Czacza, czyli to co zostaje z produkcji wina to z tego robi się czaczę. We Włoszech odpowiednik grappy, to mniej więcej tym czym jest grappa jest czacza. Czacza butelkowana w sklepach ma mniej więcej 40%, a domowa lepiej nie pytać. Ale Czacza jest jeszcze w porządku, najgorsza jest raky, co nie ma nic wspólnego z bałkańską rakiją. W górach robi się ją z chlebem, jest to po prostu bimber, przerażający po prostu.

A.D.M.: Przerażająco niedobry i mocny.

Wszystkim zdarzają się dobre przygody w Gruzji?

M.M.: W Warszawie podeszła do nas studentka mająca pracować jako wolontariusz w zachodniej Gruzji. Powiedzieliśmy jej na co ma się przygotować. Po czasie dostaliśmy od niej maila. Puenta była mniej więcej taka: kiedy Państwo mówiliście mi, że jednocześnie mi zazdrościcie i współczujecie nie wiedziałam dokładnie o co wam chodzi. Teraz już wiem.

Podejrzewam, że codziennie przytrafia jej się coś takiego czego nigdy w życiu by sobie nawet nie wymyśliła, na przykład zapraszają ją do domów zupełnie obcy ludzie, którzy nagle traktują ją jak najlepszą przyjaciółkę rodziny i to jest fantastyczne. A z drugiej strony kiedy ma wstać o ósmej rano i wykonać jakieś czynności w stylu: „zrobimy dziś 5 punktów” no to może być problem.

A.D.M.: Już na samym początku pobytu w Gruzji ta dziewczyna napisała mi w mailu, że poczuła skutki winobrania nie pijąc jeszcze, ani razu wina w Gruzji, bowiem ze względu na winobranie nikt nie przyjechał po nią na lotnisko, bo zapomnieli o niej. Po prostu świętowali. Ale w końcu kogoś wysłali i ktoś się dobrze nią zaopiekował, więc skończyło się dobrze.

Oczywiście też trzeba pamiętać, że to nie jest tak, że wylądujemy na lotnisku w Tbilisi i od razu stoi tłum krzyczącyy: „O tego, tamtego to zabieram do domu!”. To jest tak, żeby zakosztować tego wszystkiego i jakby powiedzmy sobie pozwolić na spróbowanie tej gościnności trzeba tutaj pobyć trochę, przede wszystkim otworzyć się też na tych ludzi, pozwolić sobie na większy luz. Jednak trzeba się jednak naprawdę bardzo postarać, żeby nie przytrafiło nam się coś miłego.

Gdyby porównać gruzińską gościnność do polskiej?

M.M.: Mamy porównanie samochodowe. Jeżeli skandynawska gościnność to jest powiedzmy Trabant, polska gościnność to jest taka powiedziałbym Toyota, to gruzińska gościnność to jest jakieś Porsche Carrera, ewentualnie Rolls Royce.

To kraj gdzie gość jest katalizatorem wydarzeń. Gość wywołuje amok. I to zarówno gość planowany jak i ten, który trafia w to miejsce powiedzmy przypadkowo. Gruzini wiedzą, że mają opinię najbardziej gościnnego narodu pod słońcem w związku z czym na co dzień starają się dorastać do tego stereotypu, wkładając w to dużo ciężkiej pracy.

Czy Gruzja jest niebezpieczna?

M.M.: Tu wychodzą jakieś wspomnienia ludzi z czasów wojny, obrazy z telewizji gdzie gość biega z kałasznikowym. Znajomy z Polski, którego poznaliśmy w Gruzji opowiadał nam, że często jeździ na rowerze i on mówił, że Gruzja jest bardzo niebezpieczna. Bo kiedy jeździ się po Gruzji, a drogi są słabo oznakowane to czasem trzeba się zapytać o kierunek i jak spyta się człowieka, który stoi na drodze to owszem ten człowiek mu odpowie, ale najpierw go ściągnie do domu i tak nakarmi i napoi, że ten na drugi dzień jest albo tak przejedzony, albo zbyt pijany żeby wejść na ten rower. A gdy w końcu wejdzie na niego to pojedzie do następnej wsi, ma stany lękowe zanim się ponownie zapyta kogoś o drogę i to się może źle skończyć.

A.D.M.: A poza tym Gruzini nie są wielkimi fanami rowerów więc człowiek, który jeździ na rowerze jest wielką atrakcją.

Złota rada na drogę?

A.D.M.: Nie spinać się. Nie zakładać, że coś będzie pewne tylko pozwolić tym rzeczom po prostu się dziać. Bardzo często zdarza się, że to co sobie zaplanowaliśmy, przewidzieliśmy może okazać się gorsze od tego co nam się przydarzy. Dlatego otwarty umysł, pozytywne nastawienie i trochę zaufania. I nie bać się tego, że kiedy ktoś nas zaprosi do domu to nie w celach rabunkowych, ale wręcz przeciwnie, żeby się z nami podzielić.

Aneta Bulkowska

 

Komentarzy: 5 w artykule: ”Pasjonująca podróż do Gruzji z Anną Dziewit-Meller i Marcinem Meller”

  1. NBA pisze:

    NBA…

    I enjoy the details on your web site. Thanks for your time!….

  2. csgo skins pisze:

    csgo skins…

    Your advice is quite fascinating…

  3. cs:go pisze:

    cs:go…

    You have astonishing information on this website…

  4. csgo skins pisze:

    csgo skins…

    I enjoy this website – its so usefull and helpfull…

  5. csgo skins pisze:

    csgo skins…

    Neat page, Carry on the good job. Many thanks!….

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.

  • R E K L A M A

    Oxford school od english Bacom