Ratuj Głuszca
bezdomny

Opowiem wam pewną historię. Rzecz miała miejsce kilka lat temu, po zakończeniu matur. Pogoda była wtenczas wyśmienita – słońce grzało, egzaminy dojrzałości wreszcie za nami… Postanowiłyśmy, więc z koleżanką uczcić zakończenie edukacji piwem wypitym w parku.

Siedziałyśmy akurat na ławeczce, paląc papierosy (młodość, wiadomo) i rozmawiając na tematy przeróżne, aż nagle w polu naszego widzenia pojawił się podstarzały pijaczek. Rzecz jasna, nie byłoby to zjawisko na tyle ciekawe, żeby zainteresować się nim na dłużej, gdyby nie fakt, że wyżej wspomniany pan, zachowywał się conajmniej dziwnie, by nie rzec – podejrzanie.

Ot, zatrzymał się w pewnym oddaleniu od nas i patrzył. Potem przysunął się trochę i dalej patrzył. Tak bez słowa. I znowu.

W międzyczasie, obserwując zachowanie pana pijaczka, doszłyśmy do wniosku, że należałoby się jednak ewakuować z ławki, gdy za nami rozległ się głos:

- Staszek, weź nie strasz dziewczyn!

Z potencjalnej opresji uratował nas Pan Bezdomny. Człowiek wzrostu średniego, w łachmanach, zarośnięty, brodaty. Staszek, słysząc jego słowa, uśmiechnął się tylko i usiadł na oddalonej od nas ławeczce, wyjaśniając, że tak właściwie, to on wcale nie chciał nas straszyć. Po prostu koleżanka mu się spodobała i chciałby ją poderwać.

Ot, taka junacka fantazja aktywująca się po wypiciu kilku piw pod monopolowym.

Tymczasem Pan Bezdomny przysiadł się do nas, pytając, czy nie poczęstowałybyśmy go papierosem. Jako, że natury sępa nigdy nie miałam, podzieliłam się z nim paczką i zaczęliśmy rozmowę.

Okazało się przy tym, że nasz Bezdomny przyjechał na Śląsk aż z Pomorza. Po prostu nie ułożyło mu się w życiu, a kiedyś był malarzem. I trzeba było słyszeć, w jaki sposób o swoich obrazach opowiadał, o tych statkach stojących w porcie, o tym, że w swoim poprzednim życiu próbował sił w impresjonizmie, zamiast, jak do tej pory, w realizmie. Trzeba było usłyszeć, z jakim namaszczeniem wspominał twórczość Claude’a Moneta!

O Katowice zahaczył, w swojej podróży, przypadkowo. Ot, na kilka dni, puszki pozbierać, zobaczyć, może tu się życie ułoży.          Bo teraz, wiadomo, ani rodziny, ani dachu nad głową, ani nawet pieniędzy…

Kilka dni później maszerowałam przez park do szkoły, w towarzystwie kolegi z klasy. Byliśmy już właściwie w połowie drogi, gdy zauważyłam swojego Pana Bezdomnego. I trzeba było widzieć, jak się ucieszył, kiedy powiedziałam mu ,,dzień dobry’’. Zwykłe ,,dzień dobry’’, formułkę powitalną wpajaną nam od dziecka.

Kolega nie podzielał jednak mojej uprzejmości, tylko fuknął, że ,,to przecież bezdomny’’ wypowiadając to słowo w intonacji obelgi. Wiadomo, bezdomni w końcu stanowią margines społeczeństwa, są ludźmi, których istnienia zupełnie świadomie większość z nas nie zauważa, są ludźmi, z którymi nie należy rozmawiać, a tym bardziej nie należy mówić im ,,dzień dobry’’. W końcu na to nie zasługują.

Próbowałam – bezskutecznie – wyjaśnić koledze, że Pan Bezdomny nie jest takim zwykłym, stereotypowym bezdomnym, a więc człowiekiem złośliwym, który chce naciągnąć nas – ciężko i sumiennie (gdybyż jeszcze tak było!) pracujących na swój chleb powszedni – praworządnych obywateli na kilka groszy albo złotych, których mu brak do kolejnej flaszki denaturatu spod lady.

Czemu o tym opowiadam? Ano, z dwóch powodów. Po pierwsze, zdaje się, że nam, ludziom, którzy mają i pracę, i dach nad głową, i którzy ukończyli albo kończyć będą studia, zbyt często brakuje tego, co określa się mianem zwykłej ,,empatii’’. Generalizujemy, lubimy czuć się bardziej wartościowi i zdecydowanie lepsi od innych, zupełnie nie zdając sobie przy tym sprawy, że tylko szczęśliwy los pomógł nam osiągnąć, to, co mamy. I że równie dobrze moglibyśmy nic nie mieć. Jesteśmy zbyt ,,wygodni’’ na współczucie i zrozumienie.

Po drugie, dlatego, że zasmuciła mnie historia związana z projektem Łukasza Surowca, studenta ASP, który stworzył dla bezdomnych trzy kontenery na surowce wtórne. Ładne, białe, podpisane imieniem (,,Marta – zbieram miedź, aluminium, butelki z kaucją’’), które miały stanąć w trzech miejscach, wybranych przez trójkę bezdomnych. Tymczasem pojawił się tylko jeden kontener na ulicy Gliwickiej w Katowicach. Reszta lokalnych administracji nie poparła tego pomysłu.

I tu znowu zabrakło nam empatii, zabrakło nam współczucia i chociażby zwykłego zrozumienia. Generalizujemy, wykluczamy już wykluczonych, poniżamy ich jeszcze bardziej.

A przecież nie trzeba od razu się z nimi zaprzyjaźniać. Wystarczy – podarować im puszkę po piwie; wystarczy – postawić kontener. Bo bezdomni są takimi samymi ludźmi, jak my – tak samo myślą, tak samo czują, mają takie same marzenia, jak każdy z nas.

Tylko wielu ludzi wciąż nie potrafi tego zrozumieć.

 Martyna Biesiada

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.