Ratuj Głuszca
Book

Obserwuję ostatnio niepokojącą tendencje do prowadzenia pewnego rodzaju subtelnej nagonki na studentów kierunków humanistycznych – wiadomo, obiegowa opinia sprowadza wszystkich humanistów (nawet, a może w szczególności tych, którzy są naprawdę zafascynowani swoimi studiami) do roli ludzi zajmujących się smakowaniem coraz nowszych gatunków wódki/piwa i uaktywniających się intelektualnie tylko podczas sesji. I to jeszcze tej poprawkowej.

Obiegowa opinia głosi też, że ,,humaniści’’ nie są już w naszym kraju potrzebni, ponieważ rynek osiągnął stan przesytu i po prostu, gdy skończymy naukę, wypluje nas z dyplomami na próg Urzędu Pracy, w którym będziemy wegetować pod tablicą z ogłoszeniami, czytając wiersze Mickiewicza (najlepiej na głos) i kręcąc nosem na kolejne ,,oferty życia’’.

Oczywiście, to my – bezczelni humanistyczni idealiści (w końcu wybraliśmy te kierunki studiów, które nas interesują, a nie te, które są państwu aktualnie potrzebne) – ponosimy winę za taki stan rzeczy i jeszcze do tego ośmielamy się czuć niedocenieni. Po prostu skandal!

Odnoszę wrażenie, że właśnie tak myśli większa część użytkowników Internetu – na pohybel z ortografią (spróbujcie zwrócić komuś uwagę na błąd), na bakier ze stylistyką (spróbujcie zauważyć, że zdanie ,,nie brzmi’’), wszyscy powinniśmy być ścisłowcami ze stwierdzoną dysleksją, dysortografią i dysgrafią. W końcu Word i Firefox poprawią nasze błędy.

Tymczasem humanistów próbuje się przekonać (podejrzewam, że najlepiej wychodzi to wśród pierwszo i drugorocznych studentów) do tego, że powinni podnosić swoje kwalifikacje. Bo rynek ich nie wchłonie, ale wypluje, jako się rzekło wcześniej.

Oczywiście, zbytnią naiwnością byłoby w tym momencie sądzić, że podnoszenie kwalifikacji powinno się opierać na szkoleniach prowadzonych dla studentów i zdobytych zaświadczeniach, certyfikatach tudzież innych papierkach, zaświadczających o naszej przydatności dla pracodawcy. Nie.

Pierwszą ofertą naszego życia powinny stać się bezpłatne (to słowo-klucz) staże i praktyki. Z ciekawości próbowałam swojego czasu poszukać takich ofert i zwątpiłam, mili czytelnicy.

Wymagana dyspozycyjność: od trzech do pięciu dni w tygodniu (te trzy można jeszcze przeboleć, ale pięć – toż to normalna praca!).

Czas pracy: od pięciu godzin dziennie (na grafiku), przez pracę na zmiany (sześciogodzinne), skończywszy na pełnym etacie (bezpłatnym).

Czas trwania takiego stażu/praktyki: od trzech do sześciu miesięcy. Oczywiście prawie każdy pracodawca będzie nas mamił możliwością ,,zatrudnienia w przyszłości’’.

W tym momencie przypomniał mi się obrazek przedstawiający sowę z rozdziawionym dziobem, która zanosiła się śmiechem, żeby na następnym zdjęciu przybrać ponurą-sowią minę i oznajmić ,,No’’.

Zauważmy bowiem, że każdy normalny człowiek, ot, chociażby w wieku naszych rodziców, na podobną ofertę (od trzech miesięcy do pół roku pracy za darmo bez gwarancji zatrudnienia) zareagowałby negatywnie. Dlaczego więc od nas wymaga się nagłego przypływu euforii, który miałby zaowocować wysłaniem CV i niecierpliwym oczekiwaniem na telefon ze strony takiego pracodawcy? Dlaczego nie docenia się naszych umiejętności, ani talentów, proponując nam wykonywanie w zasadzie normalnej pracy za darmo, a w rzeczywistości za kartkę (albo kilka kartek) zadrukowanego papieru z podpisem Prezesa? Dlaczego ludzie uważają, że powinniśmy się z całych sił starać za nic i nie wiadomo, po co?

Ano, dlatego, że jesteśmy humanistami.

Tylko w tym wypadku, zdaje się, już nikt nie pamięta o tym, że jeśli sami nie wycenimy swoich talentów, to świat ich nie doceni. To tak, jak napisanie książki i całkowite zrzeczenie się praw autorskich na rzecz wydawnictwa w ramach nieodpłatnego debiutu (zdarzają się tacy szaleńcy, a potem płaczą, że korekta cały tekst zmieniła i nie przypomina pierwowzoru, bo nikt nie uznał za stosowne porozmawiać o tym z autorem). To tak, jak dawanie darmowych koncertów w restauracjach i pubach. To bez sensu.

Druga oferta naszego życia brzmi już jak żart, ale zapewniam, mili czytelnicy, że jest prawdziwa. Podczas zeszłorocznych wakacji postanowiłam sobie dorobić w branży mniej lub bardziej związanej z kierunkiem moich studiów (raczej mniej), więc wysłałam CV na stanowisko ankietera. Wiadomo, praca niewymagająca, pozostawia duże pole manewru (zazwyczaj), ludzie w większości są życzliwi (jeśli nie próbuje się ich zagadywać podczas biegu na autobus), a niektóre firmy Bardzo Dobrze Płacą (tak, tak, mili moi, z dużych liter).

W momencie, w którym akurat podjęłam już inną pracę, zadzwonił telefon i pan o uroczym głosie radośnie oznajmił mi, że moje CV jest oszałamiające (wszyscy w ten sposób kłamią?), widać, że posiadam doświadczenie, ogólnie – cud, miód, orzeszki i jest pani wspaniała.

Przyzwyczajona, zatem do stawek dość wysokich postanowiłam pociągnąć pana za język i zapytać ile oferuje mi za realizację jednego kwestionariusza ankiety. W tym momencie pan przestał być już taki radosny, ale udzielił mi odpowiedzi, która sprawiła, że zaniemówiłam (a szkoda, bo przydałaby się jakaś zjadliwa riposta).

Otóż… pan zaoferował oszałamiającą, niesamowitą, stawkę 1 zł (słownie: jeden złoty)/brutto za ankietę.  Oferta życia, prawda?

Oczywiście, w ostateczności i tak wychodzi na to, że my, podli studenci kierunków humanistycznych ośmielamy się wymagać (tak! Wymagać i to w sposób bezczelny!) dobrze płatnej pracy po zakończeniu studiów i otrzymaniu dyplomu magistra czy licencjata. To nasza wina, bo najniższą stawką, za którą ośmielamy się wychylić nos z domu jest 1500 złotych brutto (a i tak nie starczy na założenie rodziny). To nasza wina, bo w większości nie poświęcamy swojego cennego czasu (w ciągu trzech miesięcy możemy pomóc rodzicom w remoncie mieszkania, możemy zapisać się na kurs językowy, na kurs tańca, zajęcia dokształcające, studium aktorskie, słowem: możemy robić cokolwiek, co nas interesuje, też za darmo, zamiast przekładania papierów w biurze i parzenia kawy dla Prezesa w godzinach 8-16). To nasza wina, bo uważamy za marny żart oferty pracy ze stawką, której nie można brać na poważnie.

Ale przede wszystkim: naszą największą winą jest to, że złożyliśmy papiery na polonistykę, socjologię, politologię, bibliotekoznawstwo, filozofię czy kulturoznawstwo zamiast na informatykę albo inżynierię środowiska. Względnie architekturę przestrzeni miejskiej.

Po prostu, okazało się, że Świat nie docenia naszego zapału, naszej energii, naszych talentów oratorskich i literackich, naszych analitycznych (tak, humaniści muszą cechować się umiejętnością analizy danych/tekstu) umysłów. Świat, a właściwie wolny rynek, o który tak walczyliśmy swojego czasu, chwilowo nas nie potrzebuje. I niby powinniśmy się z tym pogodzić. Ale jakoś nie chcemy.

Martyna Biesiada

Jeden komentarz :) w artykule: ”,,Oferty życia’’”

  1. Kuba Blade pisze:

    Jestem historykiem z wyksztalcenia, a z zamilowania i zawodu programista. Przepraszam za brak polskich znakow.

    Moge powiedziec tylko tyle… wyksztalcenie humanistyczne i wspomniane przez autorke umiejetnosci „pisania/czytania/analizowania/wnioskowania” klada na lopatki tych scislych informatykow, ktorzy mysla szablonami.

    Jest tylko jeden problem. Zeby opanowac warsztat i teorie przekuc w praktyke, potrzebowalem 5 lat… mimo wszystko warto. Raczej nie martwie sie o to co zaoferuje mi rynek pracy!

    Humanisci! Nie traccie nadzieji! Szukajcie zajawki i pasji, a potem to po prostu opanujcie do perfekcji. Trzymam za Was/nas kciuki!

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.