Ratuj Głuszca
kobieta

Ania wraz z falą polskich imigrantów zaraz po studiach „popłynęła” do Wielkiej Brytanii. Z dyplomem biotechnologa zaczepiła się na czteroletni wolontariat, a potem z agencji na Au Pair. „Do it now!”, „Stupid polish bitch!” te rozkazy słyszy, na co dzień, ale i tak nie ma zamiaru wrócić.

Nie jest źle

Etat od 5:00 do 22:00

Wolne weekendy. 150 funtów tygodniowo.

Dach nad głową, prysznic rano (wieczorem z łazienki korzystają pan i pani domu), jedzenie na własny rachunek. Na polowe łóżko rzuca się o 23:00, niewykąpana budzi się o 5:00 rano, żeby nakarmić i przewinąć Michelle. Mała ma roczek, nie można na minutę spuścić jej z oka. Ostatnio, kiedy na chwilę odeszła ta już majstrowała przy obrusie chcąc ściągnąć ze stołu ciastko. Skupienie uwagi sięga zenitu. Każdą minutę, mikrosekundę poświęca dziecku, jest na każde jej chlipnięcie, uśmiechnięcie i tupnięcie nóżką. W odstępach między noszeniem, karmieniem albo bawieniem się z dzieckiem ma czas na wyczyszczenie podłogi, pomycie naczyń, wytarcie kurzów i zrobienie prania.

Wcześniej pracowała tu Rosjanka. Bez znajomości języka nie zważała na ton, w jakim Kate czarnoskóra imigrantka i żona Brytyjczyka wydawała jej polecenia. Mogła wygłaszać do niej serię epitetów, a ta jedynie schylała pokornie głowę i przepraszała, że nie pozamiatała tak dokładnie jak zrobiłby to odkurzacz, którego w domu nie było i nie ma do teraz. Pytanie, dlaczego przez 6 miesięcy nie nauczyła się języka do sprawnej komunikacji: w domu z nią zwyczajnie nie rozmawiano.

Ania wyje w poduszkę. Dzwoni do mamy, do Polski po radę. Długo nie może się uspokoić, nie jest mięczakiem, ma dwie prawe ręce. Wcześniej opiekowała się starszymi osobami w domu spokojnej starości, tam dopiero dostała w kość, ale nikt na nią nie podnosił tonu, miała chwilę dla siebie, opłacali jej mieszkanie i płacili kieszonkowe. Szukała pracy w swoim zawodzie, słyszała o cudownych zarobkach, jakie zaoferowano jej kolegom i koleżankom po fachu, widocznie miała mniej szczęścia, tłumaczyła sobie. W chwili obecnej studiuje zaocznie, jak ukończy swój kierunek będzie miała licencję do pracy w IT, może na przykład projektować strony internetowe. Jej pracodawca nie ma pojęcia, że Ania liczy z prędkością kalkulatora, że ukończyła ścisły kierunek z wyróżnieniem, bo też nie czuje, że ta informacja miałaby jej pomóc w pracy opiekunki. Chodzi, więc sobie jako niezbyt rozgarnięta dziewczyna z ubogiego kraju i podaje się za opiekunkę.

Pozdrowienia z Wielkiego Świata

Takich Ań jest tu tysiące. Zalewają brytyjski rynek pracy. Nikogo już nie dziwią mówiący w ojczystym języku Polacy, nikogo nie dziwią Polki podające się za Brytyjki. Niektórym jednak się udało. Są takie, które pracują w recepcjach luksusowych hoteli, albo takie, które znalazły bogatego Anglika, choć tych znacznie mniej, bo Anglicy z obcokrajowcami wiążą się raczej niechętnie, jeśli jednak któreś się powiedzie mówi się o nich „gold digger”.

Jedną z nich jest Ewa, która obecnie przedstawia się jako „Eva”, ma 24 lata i trzy lata temu urodziła Briana. Jego ojciec jest dyrektorem dużej korporacji, ma 54 lata. Ona zajmuje się domem, a właściwie dyryguje, co ma zrobić jej podwładna Marzena, dla odmiany studentka resocjalizacji, którą rzuciła na drugim roku chcąc uzbierać na podróż dookoła świata, albo przynajmniej jego fragment. Ma na to szansę. Tygodniowo potrafi zarobić nawet 300 funtów. To wysoka stawka, jedna z najwyższych, jakie do tej pory jej zaproponowano. W cenę wliczona jest też „cleaner,” czyli pani od opieki nad domem, a także ogródka i jadalni.

Codziennie ten sam uniform. Krótkawa spódniczka, cienkie rajstopy.

-Mój mąż się na ciebie cały czas gapi, bardziej wyciętego dekoltu nie było?– zwraca jej notorycznie uwagę Pani domu Eva (oczywiście po angielsku).

A kiedy Marzena przypomina, że sama kupiła jej ten uniform, ta mówi, że się wymądrza, a potem bierze ją na słowo: on jest sam w gabinecie, idź i zajmij mu czas. Posiedzę z Brianem.

Nieoficjalnie chodzi o to by mąż się zauroczył wdziękami młodej i atrakcyjnej kobiety, tylko wówczas Eva ma szansę na rozwód z orzeczeniem o winie. Póki co na to się nie zanosi.

-Jestem stary i brzydki – wyznał kiedyś Pan domu, z którym naprawdę się zaprzyjaźnili żłopiąc ukradkiem whisky w jego gabinecie. W przeciwieństwie do jego żony od  samego początku traktował ją jak partnera równego sobie, mimo że dzieliła ich przepaść społeczna i ekonomiczna.

-Jest pan bardzo mądrym i dobrym człowiekiem – odparła.

-Wcale nie, ale kocham moją żonę nad życie – wyznał i rozpłakał się, jak to zwykle płaczą dorośli panowie.

Wkrótce potem Marzena otrzymała wymówienie:

-Nieskuteczna.

Wielu wyjeżdża za granicę wiążąc z tym wielkie nadzieje i słusznie, w końcu, co byśmy poczęli bez nieroztropnej, ale czasem jedynej nadziei. Nie wszystkie historie są równie deprymujące. Gosia, jedna z dziewczyn, które wyjechały za „chlebem” przez pół roku opiekowała się domem zamożnych Brytyjczyków do momentu, aż pan domu nie zaproponował jej ważnego stanowiska w swojej firmie. W chwili obecnej ma się naprawdę nieźle realizując międzynarodowe kontrakty.

-Najtrudniej trafić do domu Brytyjczyków – tłumaczy Ania – w Londynie większość to imigranci. Są wśród nich Hindusi, bogaci Żydzi, ale „czyści” Brytyjczycy to wyjątki, niemal kasta. Większość imigrantów traktuje dorabiających w ich domach jak swoich niewolników, może dlatego że większość robi to z braku wyboru, z braku  perspektyw na coś lepszego sami pozwalają się tak traktować.

Trawa za granicą nie zawsze jest zieleńsza. Jednak i tak wielu chce ją zobaczyć na własne oczy. Londyn jest jednym z wielu miast gdzie młodzi ludzie zatrudniają się jako opiekunki do dzieci. I wszędzie znajdą się dobrzy i źli pracodawcy, dobre i złe opiekunki. W końcu u nas też nie zawsze obcokrajowcy mogą liczyć na pochwały, a i sami nieraz mamy się czym pochwalić.

Niania w Londynie nie ma lekko, kiedy sen się kończy i zaczyna prawdziwe życie. Może być jednak przepustką do dalszej kariery, a już na pewno cennym doświadczeniem, konkluduje.

Ana Miler

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.