Ratuj Głuszca
mama

Przeminęły czasy, w których w polskich domach o ognisko domowe dbały wzorowe matki Polki. Równie szybko alkohol przestał być wyłącznie męskim problemem. Pani Bożena jest matką i alkoholiczką, której dzieci zamiast matczynej miłości czuły tylko zapach rozlanej wódki. Pani Bożena w dzielnicy, w której mieszka, jest bardzo znana. Zrobiło się o niej głośno, kiedy sąsiedzi zauważyli, że od jakiegoś czasu nie pojawia się przed nocnym sklepem. Zaczęto się zastanawiać, co się z nią stało. Wyjechała? Zaginęła? Głosy ustały, kiedy mąż pani Bożeny – Waldemar, oraz trójka ich dzieci zdementowali plotki. Justyna, Paweł i Marcin bez skrępowania mówili ciekawskim, że ich matka odeszła.

Odchodząc z domu nie zostawiła żadnego listu. Pewnego wieczoru spakowała do torby najważniejsze rzeczy i wyszła. Zostawiła męża i trójkę dzieci w wieku 16, 14 i 9 lat. Minęły cztery lata od tego wydarzenia. Dziś 20-letnia Justyna niechętnie, ale jednak dała namówić się na spotkanie.

Wspomnienia z dzieciństwa

O tym, że mama pije wiedziałam mając już 6 lat – mówi Justyna. Była małym dzieckiem ale pamięta do dziś jak tata wracał głodny z pracy a na stole zamiast obiadu stała butelka wódki. Po południu do ich domu przychodzili sąsiedzi i pili alkohol razem z rodzicami. – Kiedy ktoś przychodził do domu, mama zawsze wypraszała mnie z pokoju. Razem z Pawłem bawiliśmy się w małym pokoju. Kiedy za ścianą słyszeliśmy awantury, a zdarzało się to bardzo często, biegliśmy tam. Dorośli pod wpływem alkoholu wyrzucali sobie wszystkie żale. Pamiętam, że w obliczu takich sytuacji zawsze stawałam po stronie mamy.

Od czasu do czasu, kiedy awantury były bardzo głośne i odbywały się w godzinach nocnych, interweniowała policja. Stąd pani Bożena i pan Waldemar byli miejskim policjantom dobrze znani. O ile po takiej wizycie pan Waldemar potrafił się uspokoić i pójść spać, pani Bożena była krzykliwa i agresywna.

Minęło sporo czasu zanim pan Waldemar zaczął się sprzeciwiać takiemu obrazowi rodziny. Zbyt często musiał wstydzić się za żonę. Ponadto rodzina zaczęła mieć problemy finansowe. Po tym jak 10-tego dnia miesiąca była wypłata, 20-tego brakowało już pieniędzy. Pani Bożena codziennie piła alkohol a dzieci chodziły głodne i zaniedbane. Justyna miała wtedy 15 lat. Jej ojciec postawił żonie ultimatum: albo ja będę zarządzał pieniędzmi, albo zabieram dzieci i się wynoszę. Pani Bożena ostro się opierała. Pan Waldemar odpuścił.

- Nigdy tego nie zapomnę, to było w styczniu, w moje 16 urodziny. Tata przyszedł do pokoju i kazał się spakować. Powiedział mi i braciom, że mama zadłużyła mieszkanie i musimy się wyprowadzić – opowiada Justyna. Okazało się, że pani Bożena od pół roku nie płaciła czynszu oraz nie opłacała mediów. Ich zadłużenie wynosiło 7 tysięcy złotych. Tego dnia ich rodzina nie wyprowadziła się z domu, ale właśnie wtedy zdali sobie sprawę, że sytuacja jest bardzo poważna a jej konsekwencje mogą być tragiczne.

Szczęście w nieszczęściu

Pan Waldemar był zawsze wzorowym pracownikiem. Do dziś cieszy się dobrą opinią na kopalni, gdzie nadal pracuje. W obliczu sytuacji, w jakiej się znalazł 4 lata temu, dyrektor kopalni wystawił mu pochlebną rekomendację. To nas uratowało – wspomina pan Waldemar. Tylko na tej podstawie spłatę długu odroczono na 2 miesiące.

W lutym, z okazji jubileuszu, pan Waldemar otrzymał dodatek do wypłaty. Los chciał, że właśnie w lutym mijało 20 lat, odkąd pracuje na kopalni. Otrzymaną sumę od razu przekazał na wyrównanie finansowych zaległości. Pieniędzy wystarczyło by spłacić większą część długu, pozostałą udało się rozłożyć na raty.

Ale to nie był koniec problemów z pieniędzmi. Do ich drzwi co jakiś czas pukały kolejne osoby upominające się o zwrot pieniędzy, które pożyczyła od nich pani Bożena. Sumy te wynosiły od 50 do 300zł. – Mama kiedyś pracowała – mówi Justyna. Ale była to praca dorywcza. Mama z zawodu jest krawcową. Pamiętam, że kiedyś szyła spodnie w Bytomskich Zakładach Odzieżowych. Kiedy ją stamtąd wyrzucili nie umiała znaleźć nic na stałe. Często zmieniała miejsce pracy. Nikt nie przedłużał jej umowy, bo wiecznie chodziła wypita. Nie piła w pracy ale popołudniami. Bądź co bądź następnego dnia rano nie wyglądała najlepiej – wspomina Justyna. Pani Bożena rzadko miała swoje pieniądze. Kiedy nie zarabiała pan Waldemar wydzielał jej określone sumy. Zostawiał pieniądze i listę tego, co ma kupić. Kontrolowana przez męża, pożyczała pieniądze od znajomych.

- Kiedyś pojawił się u nas komornik. Przyszedł i powiedział, że zabiera nam telewizor. Dobrze, że tata był wtedy w domu i temu zapobiegł – mówi Paweł, brat Justyny. Komornik przyszedł w sprawie niespłacania przez panią Bożenę kredytu, który wzięła w banku. Pan Waldemar zauważył, że przybyły mężczyzna jest dziwny. Mówił niewyraźnie i mało precyzyjnie. – Powiedziałem mu, że zgłoszę jego pracodawcy fakt, że w stanie nietrzeźwości nachodzi ludzi. Pracownik chyba miał coś na sumieniu, przeprosił i szybko opuścił nasz dom. Nic nie zabrał. Znów nam się udało – mówi i wzdycha pan Waldemar.

Ostre słowa

Pretensje i krzyki nic nie zmieniały. Pani Bożena zawsze miała gdzieś schowaną butelkę z wódką. Wiedziała, że mąż sprawdza jej rzeczy, więc butelki chowała w szafkach dzieci, czasem w koszu na pranie. Nakryta przez dzieci na piciu, krzyczała po nich i je biła. – Kiedyś powiedziała mi, że gdyby wiedziała, że taka będę, zostawiłaby mnie w szpitalu – mówi Justyna. – Te słowa bardzo mnie zabolały. Całkowicie straciłam do niej szacunek. Tego samego dnia połknęłam chyba ze sto tabletek. Wszystkie jakie były w domowej apteczce – przyznaje Justyna i spuszcza głowę.

Całą noc bolał ją brzuch. Kiedy ojciec wrócił w nocy z pracy, zauważył, że z córką dzieję się coś niepokojącego. Zaproponował, by wzięła tabletki na żołądek. Wtedy przyznała się co zrobiła. Siedzieli w kuchni do rana i razem płakali. Następnego dnia czuła się już lepiej. Do lekarza nie poszła bo się wstydziła. Tata wyjątkowo pozwolił jej nie pójść do szkoły. Po tym wydarzeniu pan Waldemar kupił sobie i Justynie telefony komórkowe. Kazał dzwonić do siebie, kiedy w domu będzie się działo coś złego.

Pan Waldemar złożył do sądu wniosek o ograniczenie żonie praw rodzicielskich. Krótko po tym do ich domu często przychodził kurator. Pytał każde dziecko z osobna, jak wyglądają jego stosunki z matką. Postępowanie zakończyło się dla pana Waldemara pomyślnie. Pani Bożenie ograniczono prawa do dzieci.

Nowe życie

Pewnego wieczoru pani Bożena zabrała parę swoich rzeczy i wyszła z mieszkania. Nie było jej kilka dni. Rodzina zaczęła się niepokoić. Mimo, że pani Bożena sprawiała bliskim wiele przykrości, martwili się o nią. Dzwonili do wszystkich znajomych i pytali tylko o jedno: czy jest u ciebie Bożena? Ale nikt jej ostatnio nie widział. Tylko głos brata pani Bożeny – Macieja, wydał się podejrzany. Okazało się, że pani Bożena planuje wyjechać za granicę. Pan Maciej wyznał, że siostra się mu żaliła, była nieszczęśliwa i chciała stąd uciec. Parę dni później już nikomu nie udało się z nią skontaktować, nawet jej bratu. Wyjechała.

- Matka odchodząc zrobiła nam przysługę. To brzmi egoistycznie, ale nam naprawdę lepiej żyje się bez niej – mówi ze spokojem Justyna. – Pierwsza zmiana jaką razem z braćmi zauważyliśmy to obiad. Codziennie w domu był na piecu obiad, który sobie odgrzewaliśmy. Do tej pory ciągle jedliśmy tosty z serem. Od jakiegoś czasu ja też próbuje coś gotować. Przepisów szukam w gazetach. Ale to tata dominuje w kuchni – mówi z dumą o swoim ojcu Justyna. – Pierwsza zupa była super! Tata stał nad piecem z telefonem przyłożonym do ucha. Zadzwonił do babci, czyli do swojej mamy, i pytał krok po kroku jak zrobić rosół. Udało mu się. Był pyszny! – mówi Marcin, najmłodszy syn.

Rodzina Justyny, choć o jednego członka mniej, rozpoczęła zupełnie nowe życie. – To wszystko co widać to praca mojego ojca – mówi. Rozejrzałam się po pokoju, który był naprawdę ładny. Ściany pomalowane były na fioletowy kolor. W pokoju znajdowały się jasnobrązowe meble a podłoga wyłożona była panelami. Można podejrzewać, że powodzi im się naprawdę dobrze. – Tata zaoszczędził i urządził mieszkanie. Kupił nową lodówkę i pralkę. Razem z kolegą kładli kafelki w łazience. Od kilku miesięcy mamy w salonie nowe meble – dodaje.

Zerwane więzi

Pan Waldemar i jego dzieci nie wiedzą co się obecnie dzieje panią Bożeną. Nie utrzymują kontaktu z jej rodzicami ani bratem. – Z dziadkami nie rozmawiamy. Kiedyś zadzwonił do mnie dziadek i powiedział, że jesteśmy niewdzięcznymi dziećmi. Był oburzony, że odtrąciliśmy matkę. Obwiniał ojca, że nas zbuntował. Na koniec dodał, że już nie jesteśmy jego wnukami – mówi Paweł. Od tej pory żadne z wnuków nie odważyło się odezwać do dziadka.

Pani Bożena i pan Waldemar prawnie nadal są małżeństwem. Jednak żadne z nich nie stara się o rozwód. Pan Waldemar nie jest jeszcze gotowy spojrzeć żonie prosto w oczy. Dzieci także nie narzekają na brak matki. – W niektórych przypadkach lepiej mieć jednego rodzica – dodaje Justyna.

Daria Cygan

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.