Ratuj Głuszca
cisza

„Kiedy weszłam do klasy, uczniowie zaczęli klaskać i uderzać dłońmi o blaty ławek jak stado rozszalałych dzikusów. W jednej chwili zrobiło się tak przerażająco głośno, że nie wiedziałam dokąd uciekać, później przyszło mi zrozumieć, że oni  w ten sposób okazują sympatię.”.

Jak nauczyć angielskiego dzieci, które od urodzenia nie słyszą? Dzieci, którym nikt nie nucił do poduchy, nie wyśpiewywał „Sto lat” w urodziny, dzieci które nigdy nie skarżą się na odgłosy ulicy wpadające przez otwarte okno. Joanna nie miała wiele czasu na rozważenia.

-          Halo? – któregoś wieczoru podniosła słuchawkę.

-          Chcesz u nas pracować?

Tak bardzo potrzebowała tej pracy. Niedawno zwolniła się z etatu w liceum ogólnokształcącym i wynagrodzenie z korepetycji nie wystarczało na opłaty, nie wspominając o codziennych wydatkach, czy chociażby takim luksusie jak kupno biletu na lot do Augsburga by wreszcie odwiedzić córkę.

-          Ale ja nie znam języka migowego! – uświadomiła sobie nagle, czując jak entuzjazm maleje.

-          Nauczysz się – dyrektorka ukróciła wątpliwości.

Joasia nad nauką nowej mowy siedziała nie tydzień, nie dwa. Ponad dwa miesiące przyszło jej opanowanie podstawowych znaków. To ona miała się przecież dostosować do nich, nie odwrotnie. Ale nauka mimiki i gestykulacji była niczym w porównaniu z tym co dopiero miało ją czekać.

-          Byłam przerażona – wspomina.

Chrzest

Pierwsze dni należały do najbardziej życzliwych i jak wszystko co dobre minęły równie szybko i bezpowrotnie.

- Pamiętam jak dziś. Weszłam do klasy. Wszyscy uczniowie w wieku gimnazjalnym zaczęli krzyczeć i uderzać dłońmi o blaty. Powstała taka kakofonia dźwięków, że nie wiedziałam dokąd uciec, wybiegłam. Wpadłam jak strzała do pokoju nauczycielskiego gotowa spakować swoje rzeczy.

-     Nie, nie dam rady – wydukała.

-          Oni w ten sposób okazują radość. Przywykniesz – poklepał jej ramie Jurek, nauczyciel matematyki trzymający w jednej ręce kubek wystygłej kawy, drugą kartkujący leniwie strony dziennika, którego poznała na długiej przerwie – polubili cię.

Motywacja okazała się skuteczna. Udała się do łazienki. Obmyła twarz patrząc w lustro. Dasz radę rozkazała znajomej w odbiciu, która wyglądała teraz jak po dwudniowym raucie i nic dziwnego jak się całą noc spędza na chodzeniu od sypialni do kuchni, od kuchni do łazienki, z łazienki na balkon, z balkonu do sypialni… Z klas co chwilę dobiegały zniekształcone dźwięki, do których wbrew rokowaniom nigdy się nie przyzwyczaiła.

Pierwsze zajęcia

Dzień dobry jestem J-O-A-N-N-A wymówiła bezdźwięcznie ustami. Wkrótce nauczyła się oszukiwać odgrywając pantomimę, albo mówiąc przeponą, przecież i tak nie słyszą, a ona przynajmniej uniknie choroby wszystkich belfrów, afonii.

J-O-A-N-N-A, dzieci uderzały końcówkami palców w blaty jak w bębny uśmiechając się i wydając z siebie głosy o takim natężeniu, że żaden zdrowy człowiek nie przygotowany do takiej pracy odszedłby od zdrowych zmysłów.

Napisała swoje imię na tablicy. Uczniowie zaczęli notować coś w zeszytach, śmiejąc się i wygłupiając, tylko jedna dziewczyna siedziała nieruchomo. Wielkie, bystre oczy śledziły każdy ruch nauczycielki.

- Większość dzieci jest tutaj lekko upośledzona, ich twarze bywają zdeformowane, nie wszystkie, ale symetryczne rysy można tu rzadziej zaobserwować niż na twarzach zdrowych żaków. Dlatego uroda i postawa tej uczennicy dodatkowo wyróżniały ją na tle tego miejsca. Na pierwszy rzut oka nie różniła się niczym od przeciętnej czternastolatki.

Karina, bo tak miała na imię zbuntowana dziewczynka, długo nie nawiązywała kontaktu, ani z nauczycielem ani z rówieśnikami potrafiąc przesiedzieć 45 minut z założonymi rękoma lub dla odmiany rysując szlaczki w zeszycie, aż pewnego razu podczas przerwy podeszła do nauczycielki.

-          Wydawała się taka normalna, taka zwyczajna, spotykając ją na ulicy nigdy nie pomyślałabym, że nie słyszy i zdaje się ona też o tym zapominała.

Pewnego dnia po lekcji, kiedy już wszyscy uczniowie wyszli z klasy dziewczynka ośmieliła się podejść do biurka. Joanna wyczuła, że chce powiedzieć jej coś ważnego, ale co Joanna już nigdy nie miała się dowiedzieć.

„Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy Karinka próbowała ze mną porozmawiać. Otworzyła usta jej piękna i niewinna jak u cherubina twarz kontrastująca z niepokornym charakterem zdeformowała, skrzywiła się szpetnie, usta wygięły asymetrycznie, a z gardła zaczęła wydobywać się mieszanina okropnych i niezrozumiałych dźwięków, to w tym momencie normalni chłopcy skuszeni urodą nastolatki uciekali z odrazą, a koleżanki z podwórka śmiały się wytykając palcami.”

Joanna zrozumiała, że dziewczynka chce jej coś powiedzieć, ale nie mogła jej zrozumieć. Pracowała zbyt krótko, zbyt mało rozumiała ich język. „Co, co?” Rozkładała bezradnie ręce, ale im bardziej dziewczynka starała się coś powiedzieć, tym większy wychodził bełkot.

- Napisz na kartce – podsunęła zeszyt i długopis nauczycielka.

Ale to jedynie rozwścieczyło dziewczynkę. Trzasnęła drzwiami i Joanna nigdy już jej nie widziała.

Jak nauczyć głuchoniemych angielskiego kiedy już język polski jest dla nich sztucznym językiem? Przecież posługują się swoją mową, naturalną mową wypracowaną od dziecka, już sam polski w ich odczuciu brzmi egzotycznie.

Lepsi i gorsi

Jednak różnice w przyswajaniu wiedzy były równie wielkie jak przepaści pomiędzy statusem społecznym.

-          Jeszcze nigdy nie widziałam takiej nierówności – mówi Joanna – były tu dzieci z bogatych rodzin, zadbane, uczesane i kochane, były też takie których rodzice oddali do internatu zapewniając im należyte warunki i opłacając szkołę, ale odwiedzający je nie częściej niż w święta.

Najwięcej było dzieci z patologicznych rodzin, brudnych, zaniedbanych, nierzadko zastraszonych. Czy zatem od takiego dziecka można wymagać przyswajania wiedzy?

-          Pamiętam jak dziś, piętnastolatka, który nie panował nad fizjologicznymi procesami, a przecież podobnych przypadków było całe mnóstwo.

Kiedy taki incydent miał miejsce podczas zajęć angielskiego wybuchało larum.

-          Kiedy mówiłam, że nie podoba mi się ich system szybko z miłej, nie wadzącej nikomu nauczycielki awansowałam na żywą tarczę. Pisałam pisma do ministerstwa, starałam się o dotację, rozmawiałam z rodzicami, próbowałam coś zmienić, wytykałam błędy wychowawcze, a więc stałam na drodze ich karierze i spokojnej, nie wymagającej pracy.

Oczywiście, że nie wszyscy mieli podobne podejście. Było wielu wspaniałych, pełnych ciepła nauczycieli i to właśnie z nimi Joanna trzymała przez cały etat. Niestety kontakt z pozostałymi musiał się urwać kiedy Joanna zauważyła z jakim podejściem podchodzą do uczniów.

-          Oni i tak nic nie osiągną. Spójrz na nich – oznajmiła któregoś dnia dyrektorka – nawet jeżeli stąd wyjdą i tak żaden z nich nie zostanie Einsteinem. Naszym zadaniem jest jedynie przystosować ich do życia, no chyba że liczysz na awans.

-          Nie, nie liczyłam na awans – dodaje. – I byłam równie nieprzystosowana do życia jak te dzieciaki, w zderzeniu z ludzką obojętnością okazałam się równie ułomna i bezradna. Spakowałam rzeczy i przeprowadziłam ostatnie zajęcia.

Goodbye”, napisała kredą na tablicy. Dzieci pomachały łapkami jak zawsze gdy uczyła ich nowego słówka. Po raz pierwszy żadne z nich nie uderzyło o blat stołu, zapanowała cisza…

Joanna to autentyczna postać, jej imię jednak zostało zmienione na potrzeby artykułu, z przyczyn osobistych bohaterka zastrzegła sobie anonimowość oraz nieupublicznianie nazwy placówki. W szkole dla głuchoniemych pracowała 1,5 roku, obecnie szuka zatrudnienia. Praca w placówce była najtrudniejszym, ale i najpiękniejszym okresem w jej całym dorobku.

„Jeszcze nigdy nie spotkałam tak wrażliwych i cudownych dzieci oraz pełnych wyrozumiałości ludzi, zawsze będę wracała do tamtych chwil.”

Chwil pięknych, ale i niezwykle bolesnych, świata głuchej ciszy przerywanej jedynie rozdzierającym krzykiem. Krzykiem którego się nie słyszy, słowami których się nie słucha…

Aneta Bulkowska

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.