Ratuj Głuszca
mam talent

Jeśli jestem dobrze poinformowana, to rusza kolejna edycja tego, wątpliwej jakości, telewizyjnego programu rozrywkowego. Wszyscy wiemy, na czym on polega – przychodzi osoba X, prezentuje swoje umiejętności przed widownią i jury, komisja wydaje werdykt (często okupiony długą, mniej lub bardziej – często mniej – merytoryczną dyskusją), a potem osoba X odpada, albo przechodzi do kolejnego etapu.

Zdarzyło mi się obejrzeć kilka odcinków tego intelektualnego fast-foodu, który przybył do nas zza oceanu i za każdym razem dochodziłam do konkluzji, że moje talenty na zawsze pozostaną ukryte przed całą Polską (a bynajmniej nie ograniczają się one tylko do pisania). Te kilka godzin (liczone sumarycznie) pozwoliło mi zauważyć, że ,,talenty’’, które wyławia ten program są dość… jednorodne.

Pierwszą kategorię stanowią osoby, które potrafią śpiewać (albo są szczerze przekonane o tym, że potrafią to robić). Wchodzą, więc na scenę, wybierają jakiś oklepany utwór, dokonują jego interpretacji, a jury ich ocenia. Oczywiście, ta ocena jest kompleksowa – obejmuje wygląd, często dość osobliwy (w końcu ,,twój image – twój sukces’’, nieprawdaż?), wybór utworu (Doda, Rihanna, Britney są passe, jak się zdaje; tak samo wszelkie ,,ludowe przyśpiewki’’, weselne klimaty, ale też… kapele rockowe!), a dopiero na końcu – wykonanie.

Drugą kategorią są tancerze wszelkiej maści (również często przekonani o tym, że to, co robią, jest zjawiskowe i wspaniałe). Ukazują się publice samotnie, albo w grupie (dziwne bądź kuse stroje również są tu dość częstym zjawiskiem), zaczynają tańczyć coś, co wygląda mniej lub lepiej (widać jestem tu konserwatywna, ponieważ za taniec wciąż uznaję tańce klasyczne; hip-hop i modern jazz często wyglądają dla mnie, niczym bezładne miotanie się po scenie i tancerz musi być naprawdę dobry, żeby jego przekaz do mnie w tym wypadku dotarł), a potem oczekują w milczeniu i pokorze na ocenę jury. (Chociaż o tą pokorę w różnych kategoriach to czasami trudno…)

Trzecią kategorię zasilają nam osoby potrafiące się wyginać pod różnymi kątami i ogólnie posiadające talent cyrkowy. Możemy obejrzeć całą plejadę przyszłych gwiazd (w końcu każdy na to liczył, nawet pan Gienek) – od kobiety-węża, która potrafi się zaplątać w samą siebie (dosłownie!), poprzez żonglerów i połykaczy ognia, na akrobatach skończywszy.

Czwarta kategoria to muzycy. Przychodzi taki zaopatrzony w instrument (flet, skrzypce, wiolonczela, harmonijka, przynoszą mu pianino etc.) i zaczyna grać. Nie skłamię, jeśli powiem, że to właśnie oni podobają mi się najbardziej – dobra muzyka poruszy każdego (i nikt nie próbuje układać do niej dziwnych, fałszowanych rymów ani też nie próbuje growlować).

Piąta kategoria jest niejednolita – to, zdaje się, ludzie, którzy coś potrafią zrobić, w taki sposób, żeby zaciekawić odbiorcę, ale nie mieszczą się w żadnej powyższej grupie. Więc mamy tu kobiety układające obrazy z piasku (to było, moim zdaniem, świetne), babcię składającą atomowego grzyba z papieru zwiniętego uprzednio w harmonijkę, czy ludzi z wytresowanymi psami (właściwie, w tym wypadku to oni prezentują talent i inteligencję swojego psa, nie własną), albo barmanów podrzucających shakerami.

Szóstą kategorię stanowią ,,Inni’’. Tacy z dużej litery. Wiem, że to zabrzmi cynicznie, ale nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że odcinki z ich udziałem służą podniesieniu oglądalności. Numer sześć przypada zatem wszystkim osobom, które przychodzą tam w przekonaniu, że są Wspaniali, Świetni, Rozrywkowi i świat zaraz doceni ich talent. Oni, rzecz jasna, najżarliwiej i najgłośniej kłócą się z jury, często robiąc z siebie ogólne pośmiewisko, kiedy okazuje się (a okazuje się zawsze), że według nich tego talentu zwyczajnie nie mają.

Osobnym tematem są cud-dzieci, których wysyp (ach, aby wszystkie były tak genialne i niebywale utalentowane!) obserwujemy w tego rodzaju programach. A więc widzieliśmy dziewczynkę, która tak dramatycznie, poruszająco i wspaniale śpiewała ,,Dziwny jest ten świat’’ (o ile dobrze pamiętam), chłopca, który jest młodym wirtuozem gry na pianinie, drugą dziewczynkę – akrobatkę, kolejnego chłopczyka, który tak świetnie tańczy hip-hop… Ostatnio takie dzieci zaczęły jednak odpadać. Oczywiście, po usłyszeniu ,,chyba jeszcze jesteś za młody’’ telewizja serwuje nam ckliwe ujęcia rozpłakanego dziecka, zdenerwowanej matki czy czego tam jeszcze. Rzecz jasna po to, żeby zrobiło się nam smutno i ciężko na duszy, żebyśmy pojęli niesprawiedliwość, jaka spotkała właśnie cud-dziecko i żebyśmy zrozumieli ,,jak trudna’’ była to decyzja dla jury.

A prawda jest taka, że dzieci – obojętnie od tego, jak byłyby utalentowane i inteligentne – na wizję nie powinno się posyłać. To nie ten wiek, nie ten czas, nie ta mentalność, nie ten stopień rozwoju psychicznego… Z resztą, zarówno wygrana finału, jak i porażka na którymś z etapów (w końcu ktoś kiedyś musi odpaść) może być dla takiego małego destruktywnym doświadczeniem. Bo albo uzna takie dziecko, że jest z tego powodu ,,lepsze’’ albo ,,gorsze’’ od innych. Ot, wszystko w tym temacie.

Powróćmy, zatem do głównego wątku. Jak już zapewne zauważyłeś razem ze mną, czytelniku, wszystkie wyżej wymienione ,,talenty’’ są zjawiskowe. Zauważalne, medialne. Można je zaprezentować w ciągu dwóch i pół minuty przewidzianych przez regulamin.

W tym czasie jednak, inne osoby – również niewątpliwie utalentowane – nie mają szans pokazać tego, co potrafią. Napisanie dobrej książki zajmuje mniej więcej rok. Napisanie opowiadania, powiedzmy, miesiąc. Napisanie artykułu – kilka godzin. A przecież dar literata jest również talentem? Nikt nie powie, że Tolkien nie potrafił pisać i nie był utalentowany. Albo Sapkowski. Albo Mickiewicz.

Z kolei wyhaftowanie obrusu, napisu na bluzce albo torbie, albo, chociaż wyhaftowanie chusteczki (żeby pokazać różnicę objętościową) zajmuje czas od dwóch miesięcy (jeśli bawimy się ze ściegiem prostym, płaskim; niestety krzyżykowym nie próbowałam jeszcze, więc nie zdradzę, jak bardzo jest czasochłonny) zajmuje czas od dwóch miesięcy do dwóch dni.

To może rysowanie? Ale takie szczegółowe, realistyczne. Miałam swego czasu kolegę, który w przypływie weny potrafił stworzyć naprawdę realistyczne cudo. Ale zajmowało mu to piętnaście minut.

A co z ludźmi, którzy zajmują się innymi rzeczami, które też wymagają talentu? Co ze stolarzami, którzy czując prawdziwe powołanie, tworzą meble wyglądające jak małe dzieła sztuki? A co z metalurgami? Co z osobami, które zajmują się ręcznym wyrobem biżuterii? A co z cukiernikami, którzy pieką kilkukondygnacyjne torty przyozdobione wzrokami, różami, napisami?

Innymi słowy: co z nami?

Jak widać, konkluzja też będzie tu raczej ponura, bo okazuje się, że naszych talentów nie można ,,sprzedać’’ w telewizji. Nie jesteśmy medialni, nie wejdziemy na scenę i nie rozdamy publice, każdemu z osobna, egzemplarza naszej książki, żeby się z nią zapoznano w ciągu dwóch minut. Tym bardziej – nie zaczniemy pisać, haftować albo gotować na wizji. Z resztą, nawet gdybyśmy próbowali to zrobić, to jakby to wyglądało? Nieciekawie. Zwyczajnie. Nawet gdybym zasiadła do laptopa w bikini, puszczając w tle Mansona, to nie robiłabym przy tym absolutnie nic zjawiskowego (w końcu zajmowałabym się ,,tylko’’ pisaniem i z pewnością nie napisałabym dużo).

A więc, ile talentu jest w ,,Mam talent’’? Czy telewizja znowu nie serwuje nam tego, co uważa za stosowne? Czegoś, co nie wymaga w zasadzie większych nakładów wysiłku intelektualnego? Czegoś, co można łatwo sprzedać, bo ludzie lubią to oglądać? Czegoś, co znowu jest tak bardzo fizyczne i co, tak w zasadzie, zależy tylko od kondycji i dużego nakładu ćwiczeń?

Martyna Biesiada

 

Autor wpisu: ag

Jeden komentarz :) w artykule: ”Ile talentu jest w ,,Mam talent’’?”

  1. pbiismcebn pisze:

    pbiismcebn…

    Sustain the helpful work and producing in the crowd!…

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.