Ratuj Głuszca
problem

Ekshibicjonizm kojarzy się większości ludzi tylko z pewnym zaburzeniem seksualnym, polegającym na publicznym obnażaniu swoich narządów płciowych. Takich panów (kobiet, w tym wypadku, raczej się nie uświadczy) spotykamy czasami w przejściach podziemnych, parkach albo bramach. Czasami nawet – zboczeńcy! – sobie do windy z nami wsiądą.

Tymczasem istnieją jeszcze inne formy ekshibicjonizmu. Mamy zatem ekshibicjonizm intelektualny (rzadko, kto się do tego przyzna, ale ,,poważne’’ blogi zakładamy właśnie po to, żeby potencjalny czytelnik nam przyklasnął i napisał w komentarzu, że autor to człowiek inteligentny i oczytany) i ekshibicjonizm emocjonalny. Ten drugi możemy obserwować w prawie wszystkich programach rozrywkowych emitowanych przez telewizję (niech się Polska dowie, co czuję, myślę i co mi po głowie chodzi), ale dziś zajmiemy się ich szczególnym gatunkiem i dość osobliwą odsłoną.

Można z grubsza powiedzieć, że nasza przygoda zaczyna się od ,,Momentu prawdy’’ (,,dzisiaj tobie zniszczymy rodzinę’’, jak głosiły ongiś demotywatory). Swego czasu większa część polski (w końcu program miał dużą oglądalność) zbierała się o dwudziestej pierwszej, a później o dwudziestej drugiej przy ekranie, żeby obejrzeć wysiłki graczy podpiętych wcześniej do wariografu.

Przeróżnych widzów zbierał ten program – od fanów (ktoś w końcu musiał zasilać kolejne edycje), poprzez osoby oczekujące pocieszenia (w końcu ,,nasza’’ żona nas nie zdradza; mąż nas nie bije; nie oczekujemy, że nasi bliscy umrą i tak dalej…), po zdecydowanych przeciwników, którzy zastanawiali się, jak nisko trzeba upaść, żeby w ciągu pół godziny zdobyć przeklęte ćwierć miliona złotych.

Ale dobrze, nikomu z butami w życie nie będziemy wchodzić, moralizowanie i nawracanie Narodu nie jest naszą rzeczą, więc jeśli ktoś koniecznie chce powiedzieć wszystkim: ,,tak, zdradzałem żonę z jej najlepszą przyjaciółką’’  (piętnaście tysięcy złotych), ,,tak, zdarzyło mi się… uderzyć żonę’’ (już trzydzieści tysięcy), ,,właściwie to chodziłem do agencji towarzyskich przez cały czas trwania naszego małżeństwa’’ (użycie czasu przeszłego i już siedemdziesiąt pięć tysięcy! Jest pan bogaty!) albo coś równie kłopotliwego, to w końcu nie możemy mu tego zabronić.

Program wreszcie z anteny zniknął (ostatecznie nawet próby ,,pocieszania się’’ tym, że inni prowadzą życie gorsze od nas, albo, że właśnie dowiedzieli się o jakiejś intymnej sprawie na antenie, w imię kilkudziesięciu tysięcy złotych, mogą się przejeść odbiorcy) i zaczęły zastępować go nowe produkcje.

Mamy zatem ,,Surowych rodziców’’. I wbrew pozorom, mechanizm tego programu wcale nie różni się aż tak bardzo od założeń ,,Momentu prawdy’’. Taka jest prawda, obojętnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy, żeby było inaczej.

Spójrzmy na to, bowiem w ten sposób: przychodzi do naszego domu ekipa filmowa (a jakoś tak złożyło się, że nasze dziecko jest kłopotliwe), wywleka nasze rodzinne brudy, kłopoty i słabości w sposób tak uroczy, że telewidz tylko brwi unosi (co za nieudolni rodzice, prawda? My nigdy byśmy na to nie pozwolili…), zabiera nasze kłopotliwe dziecko do ,,surowej rodziny’’ (swoją drogą, dlaczego surowi rodzice w tym programie mieszkają zawsze na wsi? Dlaczego zazwyczaj się dość religijni i próbują te dzieciaki ,,naprawiać’’ nie rozmową – która, zdawać by się mogło, przynosi najlepsze efekty – ale wykorzystywaniem ich w ramach darmowej siły roboczej w domu i gospodarstwie?), dziecko, rzecz jasna, przechodzi ,,wielką metamorfozę’’, potem odbywa się spotkanie z rodzicami, koniecznie wzruszające, wyciskające łezki z oczu telewidza…

No tak. Tylko zauważmy, to, co już zostało wcześniej poruszone. O ile cały program nie jest ,,ustawiany’’ i reżyserowany (a pewności nigdy mieć nie będziemy, że tak nie jest), to po co ci ludzie, zamiast zwrócić się chociażby do OIK-u w swoim mieście (darmowy psycholog zapewniony), dzwonią (albo zgłaszają się w inny sposób) do TVN-u i zgadzają się na wywlekanie własnych prywatnych spraw publicznie i na dobrą sprawę, na pewne poniżanie siebie i własnej rodziny przed narodem?

Oczywiście, znajdzie się ktoś, kto powie – zdesperowani do granic możliwości. Nawet na terapię rodzinną poszli (jasne) i nic to nie dało. Został im tylko TVN i program ,,Surowi rodzice’’.

Czy czytelnik widzi, że takie podejście do sprawy jest, co najmniej, kuriozalne? Czy zgłoszenie udziału w tej… produkcji nie jest publicznym przyznaniem się do tego, że rodzic sobie w życiu nie radzi, nie podołał swojej społecznej roli, nie wychował dziecka, a teraz – zamiast z nim spokojnie porozmawiać – oddaje je obcym ludziom po to, żeby chociaż okna nauczyło się myć?

Ktoś pewnie zechce wiedzieć, czym różni się krytykowany i kontrowersyjny swego czasu ,,Moment prawdy’’ od ,,Surowych rodziców’’, prawda? Otóż, powiem, że w zasadzie, w samej swojej idei, w sednie programu – n i c z y m się nie różni. Obie produkcje poniżają w pewien sposób uczestnika – w ,,Momencie prawdy’’ zadając pytania intymne (a tu psikus, jeśli źle odpowiemy cała wygrana przepada, a Polska i tak wie swoje); w ,,Surowych rodzicach’’ pokazując te biednie dzieci (a wystarczy porozmawiać! Naprawdę!) jako zło wcielone, które zamienia w piekło życie rodziców.

Więc czy nie chodzi tu tylko o to, żeby w kontrowersyjny (do granic możliwości i jeszcze o krok dalej!) sposób prać rodzinne brudy i wyciągać na światło dzienne sprawy, które spokojnie można załatwić w domu? Czyż nie obserwujemy tendencji do samoponiżania się w imię pieniędzy (,,Moment prawdy’’) albo ,,nie-do-końca-wiadomo-w-imię-czego’’ (,,Surowi rodzice’’)?

Czyż nie jest to tak samo smutne, jak przerażające? I czy przypadkiem nie jest to nasz zeitgeist?

Martyna Biesiada

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.