Ratuj Głuszca
hollywood

Magiczna muzyka filmowa. Dobry soundtrack wkrótce po premierze osiąga status hymnu rodzimej produkcji filmowej. Współuczestniczy w nim, niesie jak sztandar i w sposób magiczny wywołuje retrospekcje.Choć wiadomo, że to jedynie tapeta kinowego świata i jak każda tapeta potrafi odejść. I często odchodzi, tworząc własną legendę. Kto przeczy jego roli niech obejrzy film bez podkładu. Same obrazy i teksty tchną prostotą i banałem, tracą swoją trójwymiarowość. Tak niepozorna i nie narzucająca swoją obecnością skrada się na paluszkach, niezauważenie by na zawsze zagnieździć się w pamięci. W wielu filmach służyła ratunkowym kołem wyłaniając scenariusz przed zatonięciem. Po dziś dzień wiadomo, że „Specjalistę” wybroniły jazzowo – rockowo – symfoniczne kompozycję Johna Barrego. Ale mówi się czasem o jej komercyjności i tworzeniu pod publikę, lub złośliwie „publiczkę”. Sporo i w tym prawdy, ale z drugiej strony co to za sztuka, która się nie sprzedaje? Z pewnością nie użytkowa. Gdyby nie użytek właśnie, nigdy nie usłyszelibyśmy heroicznych partytur „Gladiatora”, ani pobudzających wyobraźnie kompozycji „Władcy pierścieni”, ale o tym później…

Hollywood kolebka kultury masowej, mitu amerykańskiego snu, świata drakońskich diet, botoksowych uśmiechów i plastikowych pośladków. W tym całym motłochu, jak diament znaleziony na wysypisku przychodzą na świat najpiękniejsze dzieci współczesnej muzyki -soundtracki. Oczywiście, nie wszystkie ścieżki zasługują na uznanie, tak jak nie wszystkie filmy i odwrotnie. Ale kto choć trochę interesuje się muzyką rozumie potęgę nazwiska Morricone, gdzie nuty z „Dobry, zły i brzydki” do dziś przyprawiają o dreszczyk, a minimalizm Glassa w „Koyaanisqatsi „Iluzjoniście”, „Truman show”, czy „Candyman” są prawdziwą ucztą nie tylko dla koneserów, ba! Nawet nie powinny być. A skoro już mowa o upraszczaniu dźwięków to nie sposób pominąć Nymana Michaela z jego słynnym „Fortepianem”.

Tytułami możemy sypać z rękawa, albo zasięgnąć porady w Google, nieważne. Każdemu teraz na myśl przychodzą setki faworytów, ten artykuł ma za zadanie odświeżenie zakamarków pamięci tymi będącymi wycinkiem mniejszym niż ziarnko piasku, ale zasługującym na uznanie szczególne dziełami hollywoodzkich partytur.

Oczywiście, że dźwięk to sprawa mocno indywidualna i intymna, a o gustach nie wypada toczyć dyskusji. Niemniej muzyka filmowa rządzi się pewnymi prawami, uniwersalnym zasięgiem, ani nie elitarnym, ani szczególnie wysublimowanym, a prawdziwym, szczerym, bez przesadnej kombinacji siejącej czasem więcej zamętu niż pożytku udowadniając, że sekret kryje się w prostocie. Czy to nie właśnie Kronos Quartet pod dyktando Mansella dodał somnambuliczny charakter Requiemowi tematem, który w wielkim stylu otwiera film nadając mu dramatycznego rozpędu prowadząc ku psychotycznej orkiestralnej kulminacji? Podobnie postępuje z czarnym łabędziem nadając mu fantastycznego, onirycznego charakteru na pograniczu jawy i snu.

Odziedziczony geniusz Thomasa i Davida Newmana synów najważniejszego kompozytora w filmowego Alfreda, to temat na osobny artykuł, a nawet na książkę i to pewnie nie jedną. Zresztą jak każdy z tu wymienionych twórców (i nie tylko tych) przejawia talent przez duże „T”. Kto nabył zdolność przemawiania do sfery emocji ten już jest zwycięzcą. A ci bracia grają na uczuciach jak na strunach. American Beauty, Gdzie jest Nemo, Joe Black, Skazani na Shawshank, Zapach kobiety, Zielona mila, Bracia… Jeżeli dołożyć do tego teatr, Broadway, brakło by miejsca. Podobnie David komponujący od 1984 roku znany jest z Spirit, duch miasta, Epoka lodowcowa, gruby i chudszy, otrzymał nominację do Oscara za ścieżkę do animowanej projekcji Anastazja.

Co roku Best Score (Oscary za muzykę filmową) lądują w rękach zasłużonych. Patrząc przekrojowo średnio od 1930 co chwila wzrok napotyka na nazwisko: Alfred Newman, John Barry, pojawiają się też inni, których nie sposób wymienić nawet w połowie. Od dziesięciu lat wstecz statuetka znajdywała się kolejno w rękach Howarda Shora (Władca Pierścieni), Elliota Goldenthala (Frida), Jana AP Kaczmarka (Marzyciel), Gustava Santaolalla (Tajemnice Brokeback Mountain i Babel), Daria Marianelli (Pokuta), AR Rahmana (Milioner z ulicy), Michaela Giacchino (W górę), a w 2010 do Trenta Reznora i Atticus Rossa za Social Network.

Kto szuka podniet w muzyce z pewnością zaspokoi głód twórczością Johna Williamsa. Częstokroć bywa, że słysząc motyw przewodni znamy go dobrze, wydaje się znajomy, ale samo nazwisko twórcy gdzieś umyka . Tak jest w przypadku Johna Williamsa, ojca muzycznej oprawy Kevina, a także stu innych produkcji w tym Terminala, Wyznań gejszy, Harrego Pottera, Gwiezdnych wojen…

Wzniosła partytura z wartką akcją, apokaliptycznymi chórami i bohaterskimi tematami Gladiatora musi należeć do Hansa Zimmera. Po jakikolwiek utwór by nie sięgnąć tam gwarancja, że nie zawiedzie, sentymentalny odnoszący się do sfery ducha Król lew uwrażliwił dziecięcą wyobraźnie całego świata (dziś takich bajek nikt już nie kręci).

Przy tworzeniu filmowej oprawy reżyserzy chętnie wyciągają ręce do pułki z klasykami. Puccini Che Gelida Manina to chyba najsłynniejszy epizod z Wpływ Księżyca, powalająca Maria Callas ze swym soprano drammatico w repertuarze Madame Butterfly „pojawia się” w mieszkaniu Toma Hanksa. Bo nie wolno zapominać, że to właśnie klasyka dała początek temu co dziś cieszy nasze uszy. Michael Kamen czerpał z baroku przy produkcji swoich filmów kostiumowych, stylizując się na Bacha, Handla. John Williams zrekonstruował motywy muzyki afrykańskiej przy tworzeniu historii o buncie niewolników. Ale i muzyka rozrywkowa czerpie z filmowej, przykładem jest tu motyw przewodni Ecstasy of Gold Metalliki zapożyczony od Ennio Morricone, należy chyba do najbardziej rozpoznawalnych motywów dźwiękowych w historii kina i tym samym heavy metalu

Nie sposób pominąć Jana A.P. Kaczmarka przeniesionego wprost z Konina w złote góry Hollywood i tam już osiadłego na stałe. Oprócz muzyki filmowej pisywał chóralne i symfoniczne partytury, słynne z okazji 25-lecia Solidarności i Oratorium 1956 w 2006 r. Zdobywając oskara za podkład do „Marzyciela” udowodnił, że marzenia się spełniają wytyczając ślad młodym kompozytorom z Polski.

Steve Jablonsky nieodłącznie kojarzy się w Wyspą o ile są tu ci, którzy ten film darzą szczególnymi względami (poza urokiem Scarlett). Ścieżka z The Island warta odsłuchania, godna polecenia, z czystym sercem. Superprodukcja z 2007 roku Michaela Baya – Transformers to szóstka z plusem mówiąc kolokwialnie. Przyjemna wariacja z jakąś wysublimowaną magiczną nutą Gotowych na wszystko to także dzieło Jablonskyego.

Cartel Burwell swoją ścieżkę dźwiękową do „Prawdziwego męstwa” zaaranżował XIX wieczne hymnach gospel, od zawsze zresztą współpracował z braćmi Coen i Spike Jonzem podkreślając w filmach to co najlepsze, za każdym razem mistrzowsko budując suspens.

Sabrina Williamsa, Truman show Glassa, American Beauty, Forrest Gump to nie tylko honorowe soundtracki. To mikro dzieła w całej przestrzeni setek wartych uwagi dzieł. John Williams powiedział, że najlepsza muzyka w filmie to taka, której nie słyszymy, my słyszymy, bardzo uważnie.

Aneta Bulkowska

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.