Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Wszystko zaczęło się pod koniec sierpnia. Z paczką znajomych ruszyliśmy w trzy terenówki (Landcruiser, Hummer i mój Grand Cherokee) by pozwiedzać rumuńskie góry. Zaliczyliśmy słynną Transalpinę, jeszcze słynniejszą Transfogarską, dwa zamki Drakuli (ten prawdziwy i ten dla turystów), polskie wsie na Bukowinie oraz malownicze szutrowe drogi w Maramureszu. Było rewelacyjnie (galeria zdjęć z tego wyjazdu). Wracając do kraju wiedziałem, że muszę do Rumunii jak najszybciej wrócić. Koniecznie z quadem! Było rewelacyjnie (galeria zdjęć z tego wyjazdu). Wracając do kraju wiedziałem, że muszę do Rumunii jak najszybciej wrócić. Koniecznie z quadem!

Ponownie na południowy-wschód ruszyłem cztery tygodnie później. Ekipę z ATVFunsQuad zmontowaliśmy skromną, gdyż wyjazd miał być rozpoznawczym rekonesansem. Żaden z nas nigdy wcześniej nie quadował w Rumunii. Ruszyli: Bracik (Polaris 800), Lucek (Renegade), Cisza (Renegade), Antibes (LTZ 400).

 

Tu znajdziecie pełną galerię zdjęć z wyjazdu

Przyjęliśmy koncepcję stacjonarną. Noclegi w jednym miejscu i codzienne wycieczki po bliższej i dalszej okolicy. Nie jest to tak romantyczne jak obóz wędrowny z biwakami pod gołym niebem, ale uznaliśmy, że na to przyjdzie jeszcze czas. Teraz lecimy oblookać co i jak.

 

Na nocleg wybraliśmy miejsce, które zaliczyłem podczas jeepowej ekskursji. Niewielki górski pensjonacik (rum. cabana), 20 km od miasta Borsa w Maramureszu. Miejsce skromne, ale wyjątkowo urokliwe. Górska przełęcz, 1406 metrów, pyszne widoki wokół. U sympatycznej i gadatliwej właścicielki (super angielski!) zarezerwowaliśmy 4-osobowy pokój. Stawka: 25 lei od osoby za noc. Wspomnę że 1 leja to niemal równo 1 zł. Na miejscu okazało się, że dostaliśmy do dyspozycji dwie czwórki, przy niezmienionej stawce za osobę. Rzecz wygodna, bo każdy miał dwa łóżka. Jedno do spania, drugie na podręczny bałagan.

 

Ale najpierw był dojazd. Ruszyliśmy na noc. Dwa samochody, dwie 2-quadowe przyczepki. Plan podróży: Śląsk/Zagłębie, Kraków, Nowy Targ, Poprad, Miszkolc, Baia Mare, Borsa. O poranku meldujemy się na rumuńskiej granicy. Krótka kontrola dokumentów, zaraz potem zakup winietek. Rumuńskie drogi są pełne kontrastów. Serie wypasionych BMW i Audi mijają się z rozklekotanymi Daciami. Cyganów, tak kojarzonych z Rumunią, niemal nie sposób dostrzec. O wiele więcej jest ich na Słowacji.

 

Po drodze zatrzymujemy się w Sapancie, by obejrzeć słynny „wesoły cmentarz”. Rzecz osobliwa, warta zobaczenia, ale dla mnie rysunek trzyletniej dziewczynki potrącanej przez auto to dość dyskusyjna „atrakcja” turystyczna.

 

Po południu docieramy na nocleg. Podróż trwała ok. 15 godzin, osiemset kilometrów nawinięte na koła. Quady zrzucamy z przyczep i spinamy niemal pancerną stalową liną. Tuż obok stróżuje pies, który na koniec w formie podziękowania dostanie sporą porcję kabanosów z Sokołowa..

 

Wieczorem, przy butelkach miejscowego piwa Ursus, omawiamy jutrzejszą trasę. Przed wyjazdem były dwie koncepcje. Moja – lecimy gdzie nas wzrok poniesie, bo drogi wszędzie piękne i Ciszy, którego pasja to planowanie wycieczek z użyciem wszelkich dostępnych narzędzi planistycznych – starych tracków, map pod Garmina i zdjęć satelitarnych z Googla. Tu wspomnę, że te ostatnie pokrywają całą Rumunię (w przeciwieństwie do Polski) w wysokiej rozdzielczości. Stanęło na wersji hybrydowej – jedziemy wg zaplanowanego wg Ciszy tracka, ale rezerwujemy sobie margines na spontan, jeśli jakaś boczna droga szczególnie nas zauroczy.

 

Sobota, dziewiąta rano. Na wysokości 1400 m. jeszcze nieco chłodno, ale słońce i błękitne niebo obiecują niezłą pogodę. Zakładamy lekkie motocrossowe bluzy. Jako stary zmarzluch wrzucam jednak pod nią lekki obcisły polar. Czas na zdjęcia. Jeśli fotografować górskie plenery, to tylko teraz. Przy ciepłym, z boku padającym świetle.

 

Jedziemy zgodnie z trackiem. Wspinamy się w górę na północ, później skręcamy na wschód. Jest bajkowo! Cicho wszędzie, głucho wszędzie. Cudowne połoniny, jakby bieszczadzkie, tylko sto razy bardziej rozległe. Gdzie okiem sięgnąć trawiaste szczyty gór, w dole lasy. Wśród nich białe nitki szutrowych dróg, po których legalnie możemy śmigać. Istny raj na ziemi. Mocno kamieniste dukty na przemian zamieniają się z równymi jak stół szutrami, na których piąty bieg ma co robić.

 

I nagle, na szybkim wyjściu z takiego piątkowego „driftowego” zakrętu na drodze stają nam żołnierze! Polowe mundury, kałasznikow na ramieniu. – Your papers please – mówi jeden po angielsku. Okazuje się, że to pogranicznicy, bo jesteśmy o jeden rzut beretem od Ukrainy. Z początku urzędowa atmosfera rozluźnia się. Żołnierz pyta czy jesteśmy na wakacjach, ja proszę go o wspólne zdjęcie. Niestety odmawia.

 

Jedziemy dalej, tym razem lasami. Też fajnie, ale do widoków ze szczytów połonin daleko. Jedynym minusem pięknej pogody jest kurz, szczególnie na równych i ubitych drogach. Trzeba jechać w przynajmniej kilkusetmetrowych odstępach, albo… równolegle parami, co od czasu do czasu czynimy.

 

Mijamy zagubione pośród gór malownicze wioski. Zgodnie z kodeksem quadowca mocno zwalniamy. Nasz przejazd wzbudza poruszenie wśród starszych i dzieciarni. Wydaje się, że jesteśmy dla nich kosmitami z innej planety, zielonymi ludkami z błoną między palcami. Ale jest miło. Są uśmiechy, są wzajemne pozdrowienia.

 

Zjeżdżamy w dół, przecinamy drogę krajową nr 18 i rozpoczynamy zaplanowaną pętlę południową. Wszystko idzie zgodnie z planem, piękna trasa otwiera coraz to nowe widoki. Aż nagle… kończy się. Koniec kropka. Cóż, jak mawiał pewien filozof, jeśli teoria (track) nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów. Ruszamy objazdem, czyli leśną przecinką usłaną różnej wielkości głazami i wszelkiej maści fragmentami drzewostanu. Mina mocno mi rzednie, gdy Cisza już na wstępie wiesza się na podwoziu. Moje LTZ jest dużo niżej zawieszone. Ostatecznie dajemy radę, choć ekwilibrystyki było sporo. Z ulgą przyjmuję wjazd na szerszą drogę.

 

Jedziemy teraz na azymut, starając się przebić do zaplanowanego tracka. Skręcamy w górę w kamienistą ścieżkę. Rzecz mi się nie uśmiecha, bo zdecydowanie wolę sound odkręcanego gazu, niż szorowania osłony łańcucha o kamienie. Co gorsza, robi się coraz bardziej stromo, a do tego mokro i grząsko. Dla chłopaków w 4×4 to pikuś, ale ja w pewnym miejscu grzęznę w błocie. Wyprowadzam maszynę idąc obok niej, później obieram jedynie słuszną na taki teren taktykę – pełen ogień (na jedynce) i bez pieszczenia się z każdym głazem. LTZka tłucze podwoziem, stęka, ale jedzie. Szybkość jest moim sprzymierzeńcem.

 

W pewnym momencie na wąskiej drodze spotykamy zrywkowóz (to takie moje słowotwórstwo) ciągnący dwa potężne pnie. Spodziewamy się opierdzielu od drwali, ale im nie przeszkadzają nasze quady. Kierowca daje popis zdolności swojego monstrum. Wjeżdża jednym kołem na niemal metrowy głaz, a mi oczy wychodzą z orbit. Nie wiem jak zmotana terenówka byłaby w stanie tego dokonać.

 

Wkrótce droga jeszcze bardziej się zagęszcza, a mówiąc wprost przechodzi w regularny las. Cisza szukając innej drogi zapuszcza się w boczne ostępy i o mało nie wykonuje rolki. Nie ma opcji, trzeba zawrócić.

 

Teraz wizyta na stacji benzynowej. Polaris Bracika przyjmie każde ilości paliwa, zawsze i wszędzie. Ta wygodna salonka pali jak amerykański krążownik szos z lat sześćdziesiątych. Renegady są bardziej oszczędne, a LTZ-ta zadowala się splunięciem w baczek, które wystarcza na pół dnia jazdy. Maszyny wzbudzają spore zainteresowanie. Pan od dystrybutora pyta ile kosztuje Renia, inne pytania dotyczą GPSów i CB.

 

Po krótkim asfaltowym łączniku zjeżdżamy na szuter. Zamykamy pętlę, by zakończyć dzień trasą, którą zaliczyliśmy rano. Drogi znane, więc idziemy pełnym ogniem. Miodzio! Kilka kilometrów przed cabaną zjeżdżamy na pobliski szczyt (1755 m). Landszafty o zachodzie słońca są takie cukierkowe, że z miejsca rozpoczyna się rozpasana orgia fotografów.

 

Wieczorem jedziemy autem do Borsy na kolację. Najpierw lokalny przysmak – zupa ciorba (nie siorbać!), później mięso w różnych postaciach. Jesteśmy zmęczeni, wszystko znika w mgnieniu oka.

mapa 1 2009 10 04 550 Rumunia 2009 by ATVFunsQuad
dzień 1 – 173 km

W niedzielę ruszamy według tracka w kierunku Baia Borsa. Na GPS nie muszę patrzeć, bo drogę pamiętam z wyjazdu Jeepem. Najpierw połoniny, później mniej atrakcyjna widokowo szutrówka w lesie. Wjazd do Baia Borsa sprawia dość przygnębiające wrażenie. Najpierw wielkie wysypisko śmieci, później zdewastowane fabryki, wreszcie szare blokowisko z szarymi ludźmi siedzącymi dookoła. Nie zatrzymując się ruszamy w górę, by po kilku kilometrach wjechać na teren odkrywkowej kopalni, osadzonej na zboczu stromej góry. Pustka. Groźny, surrealistyczny klimat. Trochę błądzimy, ale ostatecznie udaje się nam utrzymać linię tracka. Poziomice zagęszczają się i pokonujemy kilka stromych podjazdów. Na szczęście dla mnie nie ma wyrypu, więc trasa nie stanowi problemu.

 

Na przełęczy krajobraz łagodnieje. Znów piękne połoniny, a my płyniemy po trawniczku godnym eleganckiego pola golfowego. Zapewne przystrzyżony przez owce. Po godzinie leniwy popas. Najedzony kabanosami leżę w słonku i dobrze mi. Niewiele brakuje do słodkiej drzemki…

 

Po tankowaniu ruszamy na południe i zaliczamy zonk z poprzedniego dnia. Szeroka leśna droga nagle urywa się. Finito. Dalej już tylko na motocyklu trialowym. Nie mamy takich pod ręką, więc wracamy. Postanawiamy zaatakować wyznaczoną trasę z drugiej strony.

 

Wjeżdżamy na drogę 17D, wyrysowaną na ogólnokrajowej mapie. Co ciekawe, jest szutrowa. Takie rzeczy tylko w Rumunii. Szuterek idealny pod rajd WRC. Równy i szeroki. Teraz marzę nie o przeprawówce, ale szybkim i niski LTR. Kilkanaście kilometrów mija w mgnieniu oka. Trzeba jednak uważać, bo ruch samochodowy na 17D całkiem spory.

 

Z głównego traktu odbijamy w lewo. Mijamy kilka ośrodków wypoczynkowych (drogie fury na parkingach), potem lasem i wreszcie wyjeżdżamy na połoniny. Tym bardziej malownicze, że słońce powoli zaczyna zachodzić. Chłopaki buszują po lokalnych szczytach. Zjeżdżając z jednego Lucek wpada w pułapkę. Z pozoru łagodny stok robi się coraz bardziej stromy, wyboista darń nie pozwala zawrócić, a zjazd na drogę niemal pionowy. Nie pozostało nic innego jak spuścić „Renatkę” w dół na linie. Malowniczą pętlę kończymy dojeżdżając do 17D. Na nocleg wracamy asfaltem, bo zrobiło się ciemno. Zaliczyliśmy dziś 196 kilometrów. To wersja GPS. Niektóre liczniki wskazały ponad 200.

mapa2 2009 10 04 550 Rumunia 2009 by ATVFunsQuad

 dzień 2 – 196 km

Na poniedziałek plan jest mniej ambitny. Jedziemy bez ściśle ustalonego tracka, wrócić chcemy wcześniej, by za dnia spakować quady i inne szpeje. Ruszamy w kierunku przeciwnym niż zwykle, czyli na południe. Widoki chyba jeszcze piękniejsze, niż w poprzednich dniach, bo góry w parku Muntii Rodnei mają bardziej strzelisty, a nie połoninowaty charakter. Odwiedzamy pasterską osadę, gdzie góral daje na nam koncert na oryginalnej, długiej trąbie. Niedaleko nieco rozleniwieni słońcem pasterze zapraszają nas do degustacji własnej roboty buncu (odmiana sera). Dogadujemy się po rosyjsku, atmosfera sielankowa. Gdyby nie to, że musimy zjechać do Borsy do bankomatu, chętnie zostałbym tu na dłużej. Po drodze odwiedzamy malownicze jeziorko Bistrica i wodospad „Dzikie konie”, który jednak nie wygląda zbyt imponująco, bo suche dni przykręciły kurek z wodą.

 

Do miasta zjeżdżamy najpierw lasem, później w dół na krechę stokiem narciarskim. Po napełnieniu portfeli postanawiamy zaliczyć górską pętle wyznaczoną przez Ciszę jeszcze w Polsce na mapach Googla. Z początku droga jest dla mnie fatalna, bo kilka razy zawieszam się w koleinach. Cholerna droga jest tak ukształtowana, że tych kolein nijak nie można wziąć okrakiem. Zaczynam kląć, ale później jest już lepiej, choć o biciu rekordów prędkości z poprzednich dni nie mam mowy. Cisza na jednym z kamieni nieco fatyguje sobie felgę i zawieszenie. Powyżej 1700 m. znów muszę ostro kombinować. Raz egzamin zdaje technika full-attack, innym razem trzeba kluczyć pomiędzy głazami.

 

Docieramy na wysokość 1811 m. Tu niknie ślad po jakiejkolwiek drodze, musimy powiedzieć pass. Wokół sama kosodrzewina, przez którą nawet piechur miałby problemy się przedrzeć. Wracamy trackback.

 

Mając w perspektywie rychły powrót pozwalam sobie na nieco ostrzejszy zjazd. Podwozie dobija, ale już uodporniłem się na te dźwięki. Coraz bardziej zaczynam wierzyć w pancerność mojej Suzy. Póki maszyna nie wisi, to przejedzie najgorszy wyryp. Na szybkim kamienistym zjeździe mocno dostają ręce, ale i na to odkrywam receptę. Trzeba gada ścisnąć jak najmocniej udami. Rękom od razu robi się lżej.

 

Koniec imprezy. Ofiar ani rannych nie było, sprzęt spisał się na medal. Odnotujmy jedynie uchodzące powietrze w oponie Bracika i zerwane mocowania cordurowego bagażnika u mnie i u Ciszy (oba z tej samej firmy). Nawigacja z Garminem Colorado spełniła swoje zadanie. Niestety nie można tego powiedzieć o zestawach CB pod kaskiem. Sprawa wymaga dopracowania, bo co rusz coś się rozłączało, albo zaczynało charczeć.

mapa3 2009 10 04 550 Rumunia 2009 by ATVFunsQuad

 dzień 3 – 84 km

Ciszę nosiło jeszcze na mały nocny rajd, ale reszta uznała, że nie ma co kusić losu, skoro wyprawa udał się na medal. Wspaniałe widoki, dużo doświadczeń, ponad 400 km kilometrów w wymagającym terenie. Do tego Bozia i rumuńskie ministerstwo turystyki zafundowały nam wspaniałą pogodę przez cały pobyt. Zapewne dlatego, abyśmy chcieli tu wrócić. Ja na pewno chcę!

quadowcy2009 10 04 550 Rumunia 2009 by ATVFunsQuad

Antibes, Lucek, Cisza, Bracik. Ekipa wyjazdowa w pełnym sqadzie.

I jeszcze drobne uwagi/spostrzeżenia/wskazówki:

 

1. Do Rumunii wjeżdżamy na dowód osobisty. Nie potrzeba paszportu. 2. Na samochód należy wykupić winietę. Obowiązuje ona na wszystkich drogach. Jeśli przekraczamy granicę przed Baia Mare, można ją kupić na pierwszej stacji benzynowej za przejściem. 3. Ludzie w ogromnej większości są mili i sympatyczni. Quady są dla nich ciekawostką, a nie maszyną rozjeżdżającą leśne ścieżki. 4. Ani razu podczas jazdy nie spotkaliśmy innych quadowców czy motocrossowców. Ryk silnika póki, co nie jest więc tam uciążliwym problemem. 5. Planując trasy koniecznie trzeba brać pod uwagę stacje benzynowe. Poza większymi miastami wiele ich nie ma. Kanister w bagażniku zwiększy nam zasięg. 6. Szerokie leśne drogi potrafią się nieoczekiwanie skończyć. 7. Drogi widoczne na zdjęciach satelitarnych z Google Earth zwykle mają pokrycie z rzeczywistością, ale nie jest to żelazną regułą. 8. Dostępne mapy papierowe, a także elektroniczne pod Garmina mają bardzo ubogą siatkę szutrowych dróg. W rzeczywistości jest ich multum. 9. Na trasę ze Śląska do Borsy trzeba zarezerwować 14-15 godzin.

Foto: Grzegorz Krajewski
www.atvpolska.pl

Autor wpisu: ag

Jeden komentarz :) w artykule: ”Rumunia 2009 by ATVFunsQuad”

  1. nba2k16 cheap pisze:

    nba2k16 cheap…

    Just simply want to express I’m thankful I stumbled on your webpage!….

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.