Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

- Wiesz, ja nie kocham mojego męża. Nigdy go nie kochałam. – mówi Małgorzata. – Gośka, jesteś z nim od piętnastu lat, ale go nie kochasz, masz z nim dziecko, ale go nie kochasz? – odpowiadam. – Wyszłam za niego tylko dlatego, że byłam w ciąży, a moja mama, jako osoba bardzo wierząca, chciała koniecznie naszego ślubu. Nie wypada przecież, panna z brzuchem.
– Chcesz powiedzieć, że żałujesz…
– Chce powiedzieć, że zmarnowałam swoje życie. Gdyby nie moja mama wyglądałoby inaczej. Kiedy skończyłam szkołę miałam szanse wyjechać do Niemiec, do zaprzyjaźnionej rodziny. Miałam już nawet załatwioną pracę, ale mama nie zgodziła się na wyjazd. Do dziś jej tego nie potrafię wybaczyć.
Teraz jest już za późno – urywa zdanie – za późno by cokolwiek zmienić.
– Winisz za to mamę?
– Tylko i wyłącznie. Tomasz był moim najlepszym kumplem, przespaliśmy się ze sobą, zaszłam w ciążę, ale go nie kochałam. A moja mama kazała mi wziąć z nim ślub, rozumiesz?
– Wyszłaś za niego wbrew sobie…
– Pierwszy ślub był listopadzie, przyszło około stu gości. Stojąc przed ołtarzem, powiedziałam magiczne „nie”. Mama jednak nadal zmuszała mnie do małżeństwa. Dziecko w brzuchu rosło z dnia na dzień, a ja wciąż nie byłam mężatką.

W lutym kolejny raz stanęłam na ślubnym kobiercu. Tym razem gości było ledwo trzydziestu. Z żalu i litości powiedziałam „tak”. I wiesz co, obrączkę miałam na palcu tylko raz w życiu, w dniu ślubu.

 

Patrzę w jej świecące, zielone oczy i tłumaczę sobie, że łzy gromadzące się w kącikach, to efekt sztucznego świata w pomieszczeniu jakim się znajdujemy. Gośka płacze Nie, to niemożliwe, nie ona. Nie Gosia, która zawsze ma dobry humor, która pełna jest pozytywnej energii przechodzącej jak wirus, drogą kropelkową, na inne osoby, której nie można wyprowadzić z równowagi, która jest wciąż zadowolona i pełna życia.

 

Jakiś czas temu pisałam o małżeństwie z rozsądku. A teraz, małżeństwo z przymusu? Ślub dla matki? Dla świętego spokoju? Czy to z miłości do własnej córki, dla Boga, czy spełniania swoich marzeń? Matczyna siła perswazji, czy brak asertywności ze strony dziecka? Ile takich Małgorzat chodzi po ulicach z uśmiechem na twarzy, a padającym w duszy deszczu?

 

Słowa „jest już za późno” są jak ziarnko goryczy, sprytnie przekazywane przez synapsy mojego układu nerwowego. Gorycz towarzyszy mi w drodze do sklepu. Kupuję mleczną czekoladę z orzechami i zanoszę Gosi. Od razu się uśmiecha, w końcu to jej ulubiona.

 

Patrycja Jaskot

Foto: sxc.hu

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.