Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Ludzie mają różne fobie. Na niektórych w małych pomieszczeniach rzucają się ściany, inni na wysokości trzech metrów czują się jakby stali na czubku Wieży Eiffla, w efekcie czego robi im się błyskawicznie gorąco i pierwszą reakcją jest złapanie się czegoś kurczowo. Dla mnie istnieją dwa miejsca, które napawają mnie takim lękiem, że na samą myśl mam gęsią skórkę, a włosy stają mi dęba. Pierwszym z nich jest piwnica, drugim natomiast gabinet dentystyczny. Jak sie ma jedno do drugiego? Tak się składa, że nie mam bladego pojęcia, ale cóż zrobić.

 

Sama nie wiem skąd u mnie taki strach przed wilgocią piwnic, ale gdzieś tam głęboko, coś stale krzyczy: „nie wchodź tam, bo staniesz się pokarmem tych okropnych, owłosionych i przysparzających cię o palpitację serca pająków!”. No i wszystko jasne. Cóż ja mogę za to, że zazwyczaj w sytuacji, gdy zaistnieje konieczność pójścia do piwnicy, przeżywam lekki napad wciąż jeszcze niestwierdzonej arachnofobii. Na myśl o tych ganiających z prędkością światła po wszystkich możliwych płaszczyznach przepaskudnych odnóżach, za którymi ciągnie się jak ociężały odwłok moje alter ego siedzi na lampie, a moje oczy w przerażeniu poruszają się jak satelita dookoła głowy. Zostawmy jednak temat tej nieszczęsnej piwnicy i przejdźmy do drugiego mojego „ulubionego” miejsca.

 

Zupełnie zrozumiałym mam nadzieje, jest z kolei mój strach przed wizytą u stomatologa. Złe wspomnienia z dzieciństwa? Ależ skąd! Jeśli już ktoś miałby mieć z nim złe wspomnienia ,to raczej nie ja, a biedna pani dentystka-sadystka, którą w wieku zaledwie kilku lat tak dotkliwie ugryzłam w palec, że podobno od tamtej pory chroni swoje palce przed potencjalnymi atakami siekaczy przerażonych dzieciaków. Ów tarcza przypomina wyglądem naparstek z tą jednak różnicą, że chroni ona nie sam opuszek, a cały palec. Taki to był ze mnie mały brzdąc! Pewnie nieźle nacisnęłam kobiecie na…hmm palec.

 

Ale wróćmy jednak do wizyty. Otóż jakby się mogło wydawać, wykonanie samego telefonu w celu umówienia się nie jest niczym specjalnie trudnym. Wizyta przypada na 14., we wtorek o godzinie 17.15. Schodki zaczynają się, gdy z dwóch tygodni na psychiczne oswajanie się z myślą o tym jakże przyjemnym spotkaniu z Panem Wiertłem i Panią Próchnicą, robi się doba. No i tutaj wskakujemy na wyższy poziom paranoi (dodam, że również niestwierdzonej). Mam więc 24 godziny i tylko odliczam ile jeszcze czasu do mojej osobistej apokalipsy zostało.

 

Wtorek, punkt 17: przekraczam próg i już na samym wejściu czuję, że to będzie najdłuższe półtorej godziny tego miesiąca. Najpierw siadam na jednym z wystawionych w poczekalni białych krzesełek. Po kilku minutach zdobywam się na nieśmiały uśmiech a la kozak, w stylu „nie ma sie czego obawiać” skierowany do innych oczekujących pacjentów, po czym nieudolnie staram się odciągnąć moją uwagę od odgłosów dobiegających zza drugich drzwi, przy użyciu jakiegoś kolorowego magazynu, nawiasem mówiąc już tydzień nieaktualnego.

 

No i przychodzi moja kolej. Ostatnie zawahanie, głęboki oddech i jazda do przodu zanim się nie rozmyślę! Siadam na fotelu, wymieniam z Panią Doktor kilka poprawnych sytuacyjnie zdań, po czym przystępujemy do działania. Oczywiście-znieczulenie, bez tego ani rusz. Rach ciach, igła w dziąśle, a potem to już tylko zamknąć oczy i udawać, że wcale nas tu nie ma. Filozofia czapki-niewidki okazuje sie jednak bezskuteczna, w wyniku czego mija kwadrans, następnie pół godziny, co jednoznaczne jest z wbitymi paznokciami w fotel, kilkunastoma grymasami lekkiego bólu i pojękiwań mówiących: „Błagam, juz dosyć tego wiercenia, bo tam zaraz Chińczycy nam pomachają!”.

 

Doczekuję się wreszcie końca borowania, drażniący mnie zapach powoli się ulatnia, ostatnich kilka ruchów, plomba na swoim miejscu, parę kosmetycznych poprawek i wreszcie upragniony koniec stomatologicznych mąk.

 

I tutaj odliczam niczym najlepszy sekundnik, aż pani z plakietką „pomoc dentystyczna” uwolni mnie od tego śmiesznego śliniaczka dla dorosłych. Czym prędzej uciekam z miejsca katuszy na bezpieczne krzesełko ulokowane obok biurkopodobnego mebla Pani Doktor.

 

Uradowana tym stanem rzeczy, uprzejmie wręczam jej stuzłotowy banknot i ochoczo wstaję wypatrując klamki drzwi wyjściowych. Ogarniając już dłonią mój klucz do wolności, wypowiadając absurdalne „dziękuję”, zza pleców dobiega mnie znajomy głos: „To kiedy znów się widzimy. Ostatnio mówiłam Pani, że stan trzonowców jest niepokojący. Należy czym prędzej się tym zająć, bo przecież i z jedynką dzieje się coś niedobrego…W takim razie kiedy następna wizyta?”

 

W tym momencie zalewa mnie ta sama fala gorąca i strachu co przed wejściem do gabinetu i mówię sobie pełna przekonania we własną asertywność : „ Ooo nie! Co to, to nie! Ledwo wytknęłam nos spod paszczy lwa i znów mam tutaj wracać?! Po moim trupie!”

 

Po czym najuprzejmiej jak potrafię odpowiadam, że przyszły wtorek o tej samej porze będzie idealny.

 

No bo co? Mój mózg znacznie szybciej włączył bujną wyobraźnię i zestawił mi dwa przepiękne obrazy mnie samej. A uściślając, to stanu mojej twarzy, bądź też szczęki, jak kto woli:

 

Pierwszy: Moja facjata, uśmiech numer 6 i… klops! Zamiast kochanych moich siekaczy pokazują się wbite w ich miejsca dwie śnieżnobiałe drażetki Orbit. Efekt- sami sobie wyobraźcie.

 

No i drugi: Ta sama sytuacja, z tą jedną różnicą, że mój uśmiech rodem z Hollywood jest uwieńczony niezwykle efektownym błyskiem na dwójce, niczym u gwiazdki z nowego spotu reklamowego Blend-a-Med Complete.

 

No cóż, zawsze wiedziałam, że obraz może znacznie więcej niż słowa. Toteż zbieram się na odwagę i motywuję na kolejną wizytę u Pani Doktor.

 

 

Małgorzata Morcinek

 

Foto: sxc.hu

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.