Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Babcię mojego partnera odwiedzamy regularnie, co dwa tygodnie. Zazwyczaj nasza wizyta trwa od godziny 17 do około 19. Opiera się na klasycznej kawie i standardowym, zawsze świeżym cieście. Babcia jest uśmiechniętą i pogodną osobą, emanującą niezwykłą serdecznością. O dziwo nie narzeka na swój żywot, co jest częstą przypadłością ludzi w podeszłym wieku. Podczas jednego ze spotkań, ogarnęło ją ogromne wzruszenie, przenikające każdy kąt niewielkiego pokoju, docierające do każdej starej szafy i kufra, które od lat piastują swoje funkcje w stałym miejscu saloniku.

 

Jestem osobą sentymentalną aż nadto, dlatego historie z cyklu: „z życia wzięte” są dla mnie jak białe kruki dla prawdziwego konesera. Szczególnie, gdy w roli narratora występuje osoba dwa pokolenia starsza ode mnie i ma zamiar zaprezentować opowieść z czasów wojny. Tak właśnie było tego wieczoru…

 

Zaczęło się od wydukanego półszeptem zdania: „Miałam taką fryzurę za czasów wojny. Taką jak ta aktorka w serialu. Tylko musiałam ściąć włosy, kiedy pojechałam na przymusowe roboty do Niemiec.”

No i tu połknęłam haczyk.
- Przymusowe roboty do Niemiec?
– No tak. Widzisz, moja młodość nie była tak niezwykła jak wasza.
– Chętnie posłucham.

Starsza pani widząc moje iskierki w oczach, nie miała chyba, śmiałości odmówić. Nie zwlekając długo, zaczęła opowiadać:
- Pracowałam w Łodzi w fabryce dziewiarskiej. Każdy zakład pracy musiał oddać jakiś procent swoich pracowników na roboty przymusowe do Niemiec. Najpierw pracodawca chciał, żeby ktoś pojechał dobrowolnie, ale nikt się nie zgodził. Zaproponował więc losowanie. Ale i na to nikt się nie zdecydował. Szef zaczął wybierać sam. Niektórym udało się wybrnąć, usprawiedliwiając, że mają na utrzymaniu rodziców, czy dzieci.
– A Pani?
– Ja na usprawiedliwienie nie miałam nic. Pojechałam na roboty do Saksonii.
– Był strach i obawy?
– Obawy chyba nie było, bo nikt nie wiedział gdzie jedzie i po co.
– Więc spakowała się Pani i pojechała…
– Dojechaliśmy do Drezna, badano nas nago, musiałyśmy iść pod prysznic. Niemcy dezynfekowali nasze ubrania.  Potem rozdzielano nas do fabryk. Trafiłam do Geyer, do fabryki amunicji. Zakwaterowali nas na strychu, gdzie było czterdzieści piętrowych łóżek. Dopiero potem wybudowali baraki.
– Ciężko Pani pracowała?
– Pracowaliśmy na trzy zmiany… było ciężko, to prawda.
– A co poza pracą?
– Nigdzie nie wolno było chodzić. Ani do restauracji, ani do kina. Raz tylko poszłam do kina, ale zobaczyła mnie Niemka. Kolejnego dnia zatrzymał mnie strażnik przemysłowy. Na szczęście udało mi się wybrnąć i wytłumaczyć.
– Stosowano przemoc wobec przymusowych robotników?
– Owszem. W fabryce stosowano przemoc niejednokrotnie. Raz szłam z koleżankami ze spaceru i pewna Lagerfuhrerka zobaczyła, że jedna z koleżanek zerwała gałązki z drzewa. Podeszła do nas, odebrała dziewczynie gałązki i zaczęła bić ją rękami po twarzy…
– Karano więzieniem?
– Za najmniejsze przewinienie… Jedną dziewczynę uwięziono, za urwanie kawałka papieru z worka przeciwpożarowego.
– Można było też trafić do obozu koncentracyjnego?
– Zdarzało się. Kiedyś w fabryce wybuchł pożar. Posądzono o to sześć dziewczyn. Wszystkie aresztowano, a dwie z nich trafiły do obozu. Każdy, kto przebywał na robotach, a byli wśród nas poza Polakami, Ukraińcy, Rosjanie, Francuzi; byli posądzani o sabotaż.
-W niemieckiej fabryce spędziła Pani trzy lata…
– Trzy lata bez dnia urlopu… No, poza niedzielami.
– Pewnie towarzyszyła temu ogromna tęsknota..
– Oczywiście. Tęskniłam za ojczyzną, za domem. Tęskniłam za moimi polskimi czasami. Obawiałam się tego, co przyjdzie po wojnie.
– Jedyną formą kontaktu z bliskimi były listy…
– Pisałam tak często, jak tylko się dało. Pisałam właściwie non stop, do rodziców, sióstr, ciotek, przyjaciół. Korespondencja z bliskimi dodawała mi sił. Nie czułam się tak odizolowana.
– A czy wśród  robotników panowała atmosfera wzajemnego wsparcia, czy raczej każdy żył tam sam dla siebie?
– Spośród wszystkich robotników z Polski miałam sporo koleżanek. My, Polacy tworzyliśmy, tam na obczyźnie, naszą małą Polskę.

Nagle babcia wstała, schyliła się niezdarnie do jednego z kuferków i wyciągnęła pożółkły notes. W nim to dopiero roiło się od emocji i wzruszeń. Dla poczucia niedosytu i pretekstu do refleksji przekażę czytelnikowi zaledwie maleńki kawałek.

„(…) Jedna myśl tylko ma loty ptaka,
jedna myśl tylko przemknie jak orzeł,
po tych podniebnych słonecznych szlakach
do Ciebie Ziemio polecieć może!
A ja na próżno każdą godziną,
na próżno marzę, tęsknię i czekam.
Dni beznadziejnie w szarą dal płyną,
Ziemio ojczysta! Jakżeś daleka.”
                         (rok 1943)

 

Do domu wróciłam przed godziną 23:00…

Patrycja Jaskot

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.