Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

Do Cinema City wchodzi pierwsza – wychodzi ostatnia. Jest Pani kinomanką, czy na kogoś czeka? Zaprzecza. A kto Pani jest? – Bezdomna. – Przepraszam, ma Pani może okulary? Próbuję to przeczytać, ale bez okularów, ani rusz…

 

– Proszę, ale nie wiem, czy będą pasowały.

 

Będą, miałam podobne, ale mi zawinęli.

 

– Tylko niech Pani tych nie zawinie (śmiech).

 

Popołudnie. L’arte, ani jednego klienta, prócz Łucji. Łucja nie jest klientką, choć na pierwszy rzut oka, tak właśnie wygląda. Krótkie, ufarbowane włosy, nazbyt szczupła sylwetka, ogólnie zadbana, o czym mogą świadczyć maźnięte lakierem paznokcie i schludne ubranie. Siedzi przy mrożonej kawie i ciastku. Nobliwa, nazbyt ekspresyjna (bo mówi energicznie i ciągle).

 

– A to w takim razie kto Pani jest, jak nie klientka? – pada pytanie.

 

Bezdomna.

 

Pierwsza grupa przebywająca na terenie kina to, jego miłośnicy, miotający się pomiędzy salami. Druga : dopijący kawę w jednej z przytulnych kafejek. Trzecia : pracownicy. Do której kategorii należy Łucja? Kobieta przebywająca codziennie od dziewiątej do jedenastej w budynku.

 

Dosiada się chętnie, acz nie nachalnie. „Jeżeli nie będę przeszkadzać, i czy aby na pewno przeszkadzać nie będę”. Ma to wyćwiczone do perfekcji. Kiedy dopadnie bardziej wrażliwego słuchacza, opowieścią o nieszczęsnym losie, wzbudzi empatię, naciągnie na kawę. Zawsze może liczyć też na gratisowy posiłek od firmy. Wszyscy ją tu rozpieszczają, Czuje się jak w domu. Chociaż co znaczy mieć dom, zdążyła zapomnieć od 2004 roku.

 

Widzi Pani zbieram pety, ktoś wyrzucił Marlboro – pokazuje na mały stosik tytoniu ułożony na serwetce i puste niebieskie pudełko. – Jeszcze nigdy nie kupiłam całej paczki, za te pieniądze wole pojeść, wie Pani?

 

W odstręczającej szczerości, jest coś wzruszającego. Chętnie opowie swoje życie, każdemu, kto poświęci odrobinę uwagi. Robi to chętnie, bez nakazu, lubi rozmawiać. Ktoś robił z nią wywiad, w Dzienniku, chodziło o obniżenie zasiłku. Trochę jej wtedy pomogli, teraz nikt się nie interesuje.

 

Przychodzi tu zawsze – bez cienia emocji, mówi kelnerka. – Nie jest szkodliwa, ale czasem irytuje klientów, a czasem coś jej kupują, wysłuchają, poradzą.

 

Ale przecież nie zawsze tak było. Kiedyś miała swój dom, rodzinę. A właściwie męża. Ten bił na oślep i poniżał, a na końcu wyrzucił. Matka zmarła wcześnie, ale intuicja nie dawała spokoju nawet wiele lat po ślubie. Od samego początku powtarzała, że to ktoś nie dla jej córki, ale nikt nie słuchał. Łucja nie szczególnie też była zakochana,

 

Jak to się mówi? Tak długo, chodził za mną, aż wychodził – konstatuje.

 

Później spowszedniał, zmienił się nie do poznania, z łagodnego baranka, w prawdziwego tyrana. By w końcu odebrać żonie godność, dom, a na końcu syna. Czym sobie zawiniła, pamiętać nie chce. Cokolwiek, by to było (albo i nic), nawet ksiądz przyznał, że swoje już odpokutowała. (Podczas spowiedzi, opowiadając księdzu swoje życie, długo z nią rozmawiał, na końcu udzielił rozgrzeszenia).

 

Umawiamy się na spotkanie. Chce mi pokazać mieszkanie, jakie jej przydzielono – budynek socjalny, kamienica – opowiada o nim z pietyzmem „moje mieszkanko”. Właśnie wniosła stół do środka, bo próbuje się urządzić. Znaleziony kwadrat, sterczy na wytartym gumolicie, ze ścian odchodzi farba.

 

Podarta, skórzana spódnica imituje obrus. Dostęp do wody, w kuchni, w zlewozmywaku. Toaleta komunalna, na półpiętrze. Wbrew pozorom to jednak nie estetyka stanowi barierę do wprowadzenia, a brak kaflowego pieca, nie wspominając o centralnym ogrzewaniu, na jakie w chwili obecnej pewnie i tak nie mogłaby sobie pozwolić.

 

Przy nieszczelnych oknach i październikowej temperaturze, w nocy nie da się tu wytrzymać. To dlatego, po zamknięciu obiektu rozrywki, schronienia szuka u innych, w zamian pierze, sprząta i gotuje.

 

Zwykle to co sama przyniesie, nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Może nie jest to uczta Lukullusa, ale zawsze coś dostanie od zaprzyjaźnionych sprzedawczyń. A to serki po terminie, a to bułki co się nie sprzedały, obcy też ją często zapraszają, czasem nawet na obiady. Sama nigdy nie prosi o jałmużnę.

 

Pokazuje miejsce noclegu. Przedstawia Heńkowi. Wiem o nim tyle, że pije na umór, ma czterdzieści lat, i hemoroidy. Łucja zawsze sprząta zakrwawioną łazienkę. Nawet teraz opowiada o tym, bez zażenowania. I że jest z niej bardzo zadowolony, bo kobieca ręka w domu zawsze się przydaje. Kiedy Heniek chce się jej pozbyć, a czasem się to zdarza, do świtu jeździ tramwajami. „Byle ciepło”, mówi.

 

Nie ma to jak w więzieniu – opowiada.

 

Jakiś czas temu, zamknięto ją na czterdzieści pięć dni, po tym jak obraziła policjanta, wypisującego jej mandat za jakieś przewinienie.

 

Prysznic dwa razy w tygodniu, w wodzie tak gorącej, że aż cierpnie skóra, ciepło i przytulnie, obiady pyszne! Takich nie było nawet na plebani, wspomina.

 

Podobnie zresztą jak na izbie wytrzeźwień, tylko że tę musiała opuścić zaraz na drugi dzień. Gdyby chciała, bez ograniczeń mogłaby żyć na koszt podatnika, ale powstrzymuje ją przed tym silna potrzeba wolności. A za straty finansowe do woli mogą ją ścigać, bo i gdzie wysyłać mandaty?

 

– Pracowałaś?

 

Pracowałam. W kiosku w Orzeszu, pomagałam znajomemu. Układałam rano gazety, sprzątałam i gotowałam w domu, dopóki jego żona z Irlandii nie wróciła.

 

Jest pracowita. Lubi gotować, dba o porządek. Swoje nowe mieszkanko, też próbuje urządzić, widać ten wkład. Często sobie dorabia, gdzieś sprzątając. Nie jest żebrakiem. Nikogo nie okrada. Za to ją ograbiają regularnie. Tylko wczoraj zabrali jej nowe zimowe buty, nawet nie zdążyła ich ubrać.

 

To tu najczęściej przychodzę – przed nami wyłania się parterowy budynek.

 

Mega Club, to nie jedyna odwiedzana przez nią dyskoteka. Bo nad wszystko kocha się bawić, tańczyć, nawet do białego rana. Uwielbia muzykę. Jest pełna życia. Kiedy opowiada o zespołach, jakie poznała, w jej oczach płonie iskra. Gaśnie natychmiast, gdy wspomnieć o synu.

 

– Co robi?

 

Studiuje zaocznie, pracuje.

 

– Nie pomaga?

 

(długa cisza). Możemy rozmawiać o braku domu, hemoroidach Heńka, problemach z byłym mężem, ale kiedy zapytać o syna milknie, płacze, może nigdy, a może kiedyś, przy kolejnej okazji…

 

Mimo wszystko, jakoś sobie radzę, w przeciwieństwie do innych bezdomnych, może kolejną zimę przetrwam. Mam 56 lat, nie wiem ile jeszcze pożyję, ale przynajmniej nie zamarznę na ławce, jak tamci, a zresztą któż to wie?

 

Łucja M. dowodu nie nosi, w kartotece figuruje, najczęściej można spotkać w kinie, krótki rysopis:

 

Wzrost: ok. 160
Włosy: ciemne
Zawód: czeladnik bieliźniarski
Adres zamieszkania: bezdomna
Statut: jedna z wielu.

 

Aneta Bulkowska

 

Foto: sxc.hu

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.