Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

„Flądra”. „Hipokrytka”. „Wredne babsko”. „Dlaczego muszę się z nią użerać?”. „Nienawidzę jej”. „Niech ona w końcu da mi święty spokój”. „Zmierzła”. Wiedźma”. „Wiecznie się wtrąca”. „Nie da się normalnie żyć w tym domu!”. „Niech sobie weźmie tą swoja miotłę i leci na niej, gdzie jej miejsce!”. Jednym słowem – teściowa. Oczywiście nie można generalizować. Część młodych ludzi wchodząc na, jak to się popularnie nazywa, nową drogę życia, od początku spotyka na niej ludzi życzliwych. Jeśli należą do nich rodzice współmałżonka, można powiedzieć, że ma się prawdziwe szczęście, zwłaszcza w sytuacji, gdy samodzielne życie nowożeńców nie wchodzi w grę. Pomocni teściowie i bezkonfliktowe stosunki z nimi często owocują zgodą we własnym małżeństwie i, co oczywiste, poukładanym i spokojnym życiem prywatnym.

 

Kiedy zaszłam w ciążę, a mój mąż musiał wyjechać za granicę, teściowa opiekowała się mną, karmiła, woziła po lekarzach, płacąc w dodatku za wizyty. Moją córką zajmuje się cztery dni w tygodniu. Kiedy mąż odbiera ją wieczorem, dostaje w słoiku świeżo przygotowany, gorący obiad dla nas. Gdy jest krucho z kasą, zawsze możemy na nią liczyć i nie martwimy się, o to, że będziemy musieli zwrócić. Moja teściowa kupuje mi też ubrania. Ma fatalny gust, ale przecież nie to jest ważne, mam ogromne szczęście, że trafiłam na taką kobietę.” – przyznaje Madzia, na jednym z forów dyskusyjnych, dotyczących relacji z teściami. Dodaje także, że przykro czyta się posty tych forumowiczek, których stosunki z teściową układają się źle lub wręcz fatalnie, a takich wypowiedzi nie brakuje. I choć część nazywa swoje teściowe skarbem i nie ukrywa, że dogaduje się z nimi doskonale, to skądś musi się brać opinia, że takie stosunki są cenniejsze niż wygrana głównej puli w lotto.

 

Nie trzeba komentarzy psychologów czy socjologów, żeby dowiedzieć się, dlaczego matki mężów i żon popadają w konflikty z wybrankami swoich dorosłych dzieci. Większość z nich tak bardzo chce dobra tych drugich, że nie są w stanie pojąć, jakoby ktoś inny mógł im to dobro zapewnić. Inne czują się odrzucone i zazdrosne, w sytuacji, gdy syn spotyka kobietę, która może stać się „tą ważniejszą”. Jeszcze inne najchętniej same wybrałyby swojemu dziecku życiowego partnera według ustalonej przez siebie hierarchii. Niech boi się ten, którego osobowość od niej odbiega. Nie mówiąc już o tym, jak niewiele matek przejawia troskę i zrozumienie w przypadku nieplanowanej ciąży.

 

Niejeden pewnie stwierdzi, że te wszystkie odchylenia są spowodowane niczym innym, jak matczyną miłością. I ma rację, tylko czy tak wygląda prawdziwa miłość matki do dziecka?

 

O ile zdarzające się od czasu do czasu niesnaski i różnica zdań, nawet w zasadniczych kwestiach są normalnym zjawiskiem, a wyjściem z nich są porozumienie i kompromis, o tyle bywają sytuacje, w których na myśl nasuwają się jedynie określenia z wstępu do tego artykułu.

 

Basia, matka 4-letniej Milenki, tak wspomina na forum reakcję swojej toksycznej „teściowej”, gdy ta dowiedziała się o ciąży swojej niedoszłej synowej: „Byłam w trzecim miesiącu ciąży, kiedy mój ówczesny chłopak ogłosił na niedzielnym obiedzie u swoich rodziców, że zostanie ojcem. Jego matka odpowiedziała na to: „No czym się przejmujemy? Może nie dożyje porodu?”. Do tej pory nie wiem, kto miał go nie dożyć – ja czy moja córka, bo rozpłakałam się i wybiegłam z tego domu. Po roku od narodzin Milenki rozeszliśmy się, okazało się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni”.

 

Tak, natomiast, opowiada o swoich relacjach z teściową Monika: „Kiedy byłam z moim ówczesnym mężem na etapie „chodzenia”, ubóstwiałam jego matkę na wszystkie sposoby. Kiedy wpadliśmy sobie i trzeba było wziąć ślub, wszystko się zmieniło. Mieszkaliśmy jakiś czas u niej, ale wyrzuciła nas na bruk, gdy zadecydowałam, że to moja kuzynka, a nie jej pierworodna córka będzie chrzestną dziecka. Nie mieliśmy, gdzie odprawić chrzcin, już nie mówiąc o tym, że nie mieliśmy, gdzie mieszkać, póki moi rodzice nie zaczęli wiązać końca z końcem, żeby nam pomóc”.

 

Wiele młodych małżeństw, przynajmniej na jakiś czas, zamieszkuje u rodziców. Oczywiście, o ile ci podadzą im pomocną dłoń. Jedna z forumowiczek wspomina – „Kiedy zaszłam w nieplanowaną ciążę, postanowiliśmy z ówczesnym chłopakiem, teraz mężem, nie poddawać się i spróbować żyć samodzielnie. Mimo prób znalezienia małego i taniego mieszkania, nie udało nam się od razu. Poprosiliśmy o pomoc moją teściową. Ta odprawiła mnie z kwitkiem, mówiąc, że jeśli nie mam, gdzie mieszkać, to niedaleko jest dom samotnej matki”.

 

Wiele kobiet uważa, że ratunkiem z tego typu sytuacji jest mąż, pod warunkiem, że wie po czyjej stronie stanąć – „Rok po ślubie żona poroniła.” – wspomina 30-letni Michał. „Moja matka tylko dolała oliwy do ognia, mówiąc żonie, że za wcześnie się ucieszyła. Przy kolejnym dziecku próbowała mi wmówić, że na pewno nie jest moje. Mieszkamy 250 km od niej i nigdy nie pozwoliłbym na wspólne życie”.

 

Niestety nieraz nie ma innego wyjścia, niż tylko zamieszkać z rodzicami współmałżonka. A mężowi w domu toksycznej teściowej też nie jest łatwo. Wie o tym 24-letni Piotr – „Zamieszkałem u rodziców mojej dziewczyny, gdy mając 21 lat zaliczyliśmy wpadkę. Mimo że kochają naszą córkę, od teściowej zawsze słyszałem, że zmarnowałem życie mojej dziewczynie. Wyprowadziliśmy się, oboje pracujemy, dziewczyna studiuje, ogólnie jest nam dobrze. Nigdy nie doszliśmy do wniosku, że stało się źle, ale teściowa nadal mnie nienawidzi.

 

Wyprowadzka wydaje się być najlepszym rozwiązaniem tego typu konfliktu. Okazuje się, jednak, że nawet takie działanie nie zawsze skutkuje. – „Moja teściowa niszczyła moje, trwające 4 lata małżeństwo, gdy mieszkaliśmy z mężem u niej. Paradoksalnie po przeprowadzce była jeszcze gorsza. Nakręcała męża przeciwko mnie. Jej podłość, a słabość męża poskutkowały rozwodem” – pisze o swojej sytuacji Grace.

 

Temat teściowej wydaje się nie mieć końca. Dlatego wielu własne historie kończy zdaniem „można książkę o tym napisać”, a tematy na forach pękają w szwach od wypowiedzi pełnych żalu, a nierzadko obelg pod wiadomym adresem. Nie bez powodu, więc, wszyscy zapytani o to, co robić, by uniknąć podobnych sytuacji do opisanych powyżej, bez namysłu odpowiadają, że najlepsza teściowa to ta, która mieszka 1000 km dalej. I choć dystans jest może przesadzony, a samo stwierdzenie dość kolokwialne, nikt chyba nie zaprzeczy, że lepiej zapobiegać niż leczyć.

 

Elżbieta Gwóźdź

 

Foto: www.flickr.com/photos/denisecarbonell

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.